Pierwsza od czasu głośnych „Łaskawych” powieść Jonathana Littella to chęć opowiedzenia o ludzkiej naturze w kontekście uniwersalnych popędów: żądzy dominowania lub poddania się dominacji
Magazyn DGP 15.03.19 / Dziennik Gazeta Prawna
DGP
Przed dekadą z niedużym hakiem wszyscy mówili w kółko: ”Littell, Littell„. I słusznie. ”Łaskawe„ – monumentalna powieść 40-letniego wówczas pisarza, jego, jak sam podkreśla, ”pierwsza wartościowa praca literacka„ – była najczęściej chyba dyskutowaną książką początku wieku. Urodzony w 1967 r. w Nowym Jorku Littell, dziennikarz, pracownik sektora pomocy humanitarnej (z organizacją Action Internationale Contre la Faim jeździł do m.in. Bośni, Sierra Leone, Czeczenii, Demokratycznej Republiki Konga), napisał swoje tysiącstronicowe dzieło po francusku, choć jest Amerykaninem, w dodatku synem Roberta Littella, jednego z najwybitniejszych twórców w dziejach powieści szpiegowskiej. Oczywiście nie chodzi tu tylko o lingwistyczny kaprys: Robert Littell w latach 70. przeprowadził się z rodziną do Francji, Jonathan dorastał więc w środowisku dwujęzycznym (choć studia ukończył w Stanach, na Uniwersytecie Yale). Pisarstwo Littella juniora wyrasta ponadto wyraźnie z przełamującej tabu, buntowniczej francuskiej tradycji: z de Sade’a, Bataille’a i Céline’a.
”Łaskawym„ (wyd. pol. 2008, Wydawnictwo Literackie, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon) przyznano w 2006 r. dwa spośród najważniejszych francuskich wyróżnień literackich – Nagrodę Goncourtów i Nagrodę Akademii Francuskiej. Jednocześnie książka (niebędąca zresztą debiutem autora, który miał już na koncie młodzieńczą powieść cyberpunkową ”Bad Voltage„ oraz, jak sam wspomina w jednym z wywiadów, ”dwie powieści wciąż leżące w szufladzie, gdzie jest ich miejsce„) zyskała opinię skandalizującej, pornograficznej, fałszującej historię i cynicznie wykorzystującej zbrodnie Holocaustu.

Nie jesteście ode mnie lepsi

Agent literacki Littella Andrew Nurnberg stwierdził, że możliwie najkrótszy opis tej powieści sprowadzałby się do zdania: ”Intymne wspomnienia byłego nazistowskiego masowego mordercy„. ”Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było„ – niegdysiejszy wysoko postawiony oficer SS Maximilian Aue, po wojnie francuski biznesmen z branży tekstylnej (tajemnicę jego ucieczki i kamuflażu poznajemy dopiero na ostatnich stronach ”Łaskawych„), zdaje relację ze swojego udziału w dziele Zagłady. Aue był wszędzie: w rozstrzeliwanym getcie w Łucku, podczas aktów bestialskiego ludobójstwa w Babim Jarze pod Kijowem, w Stalingradzie w ogniu walk ulicznych, w obozach Auschwitz i Birkenau, a nawet w bunkrze Hitlera wiosną 1945 r. (ugryzł, dodajmy, Führera w nos). Był wszędzie, choć sam – zazwyczaj – nie zabijał. I nie poczuwa się do winy. ”Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już. (...) Co do faszyzmu – nie wrzucajmy wszystkiego do jednego worka (...), jeśli zaś chodzi o odpowiedzialność moralną, pozwólcie, że podzielę się kilkoma przemyśleniami. Filozofowie polityczni zwykli mawiać, że w czasie wojny obywatel traci jedno ze swoich najbardziej elementarnych praw, czyli prawo do życia (...). Ale rzadko zdarzało im się zauważać, że ten sam obywatel traci jednocześnie jeszcze inne prawo, równie elementarne (...): prawo do tego, by nie zabijać„ – mówi Aue, dodając: ”Jestem winny, wy nie jesteście, świetnie. Ale przecież musicie umieć powiedzieć, sobie, że na moim miejscu robilibyście to samo. (...) Jeśli urodziliście się w kraju lub w epoce, w której nie tylko nikt nie zabija waszych żon i dzieci, lecz także nikt nie każe wam zabijać dzieci i żon innych ludzi, chwalcie Boga i idźcie w pokoju. Ale w głowach niech na zawsze pozostanie wam ta myśl: macie być może więcej szczęścia ode mnie, ale nie jesteście ode mnie lepsi„.
Nasz Obersturmbannführer SS to wrażliwy gość, świetnie wykształcony humanista i prawnik, do tego biseksualista kazirodczo zakochany w swojej siostrze bliźniaczce. Littell nie szczędzi czytelnikowi zarówno opisów rzezi oraz egzekucji, jak i aktów seksualnych z udziałem głównego bohatera. Wszystko to zamyka w podwójnej ramie odwołującej się do kultury wysokiej: powieść ma strukturę Bachowskiej suity (kolejne części noszą nazwy następujących po sobie tańców: ”Toccata„, ”Allemande„, ”Courante„ itd.), a klucz do tytułu – i do samej postaci Auego – jest mitologiczny, bo chodzi w nim o Erynie, czyli Furie, starogreckie boginki zemsty.
Szczególne oburzenie ”Łaskawe„ wzbudziły w Niemczech: ”Pozostaje jeszcze jedna kwestia: dlaczego właściwie, na litość boską, mamy w ogóle czytać tę książkę, fatalnie napisaną przez niedokształconego idiotę, trapionego seksualną perwersją, przywiązanego do elitarnej ideologii rasowej i archaicznej wiary w przeznaczenie?„ – pisała w ”Die Zeit„ Iris Radisch w kipiącej wściekłością recenzji. Niemców bulwersowała nie tylko łatwość, z jaką Littell w swojej pierwszoosobowej narracji przeistoczył się w nazistowskiego zbrodniarza relatywistę, lecz także wszechobecny w ”Łaskawych„ kicz: kicz mundurów, wojskowej i biurokratycznej tytulatury oraz hitlerowskiej nowomowy, kicz fatalnej miłości, orgiastycznego seksu i artystycznej wrażliwości, kicz śmierci – pełen cynicznego turpizmu.

Bohater jako aparat rentgenowski

Gremialna (z nielicznymi wyjątkami) negatywna reakcja niemieckiej krytyki była, co ciekawe, znacznie ostrzejsza niż opinie na temat ”Łaskawych„ płynące ze strony środowisk żydowskich, te bowiem, choć podzielone, były niejednokrotnie przychylne i rozumiejące. Susan Rubin Suleiman, literaturoznawczyni z Uniwersytetu Harvarda, zauważyła, że ”Łaskawe„ to pionierski eksperyment czyniący nazistę etycznie nacechowanym ”świadkiem„ wbrew jego woli. Sam autor woli chyba określenie ”ruchomy aparat rentgenowski„. ”Max Aue jest jak skaner. I nie jest przy tym bohaterem wiarygodnym. Nie chodziło mi o wiarygodność, lecz o prawdę. Nie da się napisać powieści, jeśli zwraca się uwagę wyłącznie na wiarygodność. Prawda powieściowa to jest coś innego niż prawda historyczna bądź socjologiczna„ – mówił Littell w 2006 r. w wywiadzie dla ”Le Nouvel Observateur„. Littell, pochodzący z rodziny o żydowskich korzeniach, twierdzi, że akurat żydowskość jest stosunkowo mało istotna zarówno w jego własnym życiu, jak i w ”Łaskawych„. Kwestionuje zresztą dziejową unikalność Holocaustu, zauważając (w rozmowie z izraelskim dziennikiem ”Haaretz„), że ”narodowo-socjalistyczna polityka eksterminacji poskutkowała jeszcze jednym z licznych wielkich genocydów, jakie się zdarzyły w ludzkiej historii„. ”Osobiście rozumiem argumenty za wyjątkowością Zagłady, ale się z nimi nie zgadzam. Podstawowy argument jest tu taki, że naziści chcieli zabić wszystkich Żydów, ale nie widzę znaczącej różnicy między tym działaniem a eksterminacją – zaplanowaną i wykonaną na wielką skalę – chłopów w Związku Sowieckim czy inteligencji w Kambodży„.
Właściwym tematem ”Łaskawych„ byłaby więc zapewne uniwersalność instytucjonalnego aparatu przemocy; tym, co po latach zostaje po lekturze tej książki, jest apokaliptyczny pejzaż nowoczesnej biurokracji, która bez reszty rozmywa, unieważnia jednostkową winę i odpowiedzialność, a zarazem uniemożliwia jednostce bycie niewinną (chyba że za cenę utraty życia). W takim systemie każdy może się stać ofiarą, każdy może się też stać katem – logika działania systemu nie zależy od indywidualnych cech charakterologicznych jego biologicznych składowych. Osobliwie w warunkach wojny. ”Interesuje mnie ludzkie zachowanie podczas konfliktów zbrojnych, przemoc na poziomie całych społeczeństw. Ciekawi mnie to znacznie bardziej niż aspekt patologiczny przemocy, poszczególni kryminaliści, seryjni mordercy albo psychopaci„ – mówił w 2012 r. Littell w wywiadzie dla niemieckiego tygodnika ”Der Spiegel„. – ”Wojny prowadzą do zbrodni, do porzucenia zwyczajowych norm, do niewiarygodnej brutalności i sadyzmu. Ale zawsze jest to przemoc kolektywna, wyraz szaleństwa grupy jako całości, a nie obłęd jakiejś jednostki w rodzaju Andersa Breivika. Za tą przemocą kryje się systemowa robota, administrowanie śmiercią„.

Od prozy do dziennikarstwa – i z powrotem

W latach, które nastąpiły po ”Łaskawych„, Littell pozostał w zasadzie wierny tej deklaracji. Tych, którzy spodziewali się kolejnej wielkiej powieści, rozczarował serią niedużych książeczek eseistycznych i reporterskich. W eseju ”Suche i wilgotne„ (wyd. pol. Wydawnictwo Literackie 2009, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon) analizował pisarstwo wspomnieniowe belgijskiego nazisty Léona Degrelle’a, przykładając je do ram teoretycznych nakreślonych przez niemieckiego kulturoznawcę Klausa Theleweita w pracy ”Męskie fantazje„, traktującej o semantyce faszyzmu rodzącego się po I wojnie światowej. Przy okazji stało się jasne, że Max Aue, cierpiący na chroniczne rozwolnienie, także wziął się z tej skrywanej, niemęskiej ”wilgotności„, przerażającej faszystowską wyobraźnię.
Następnie Littell wydał dwa przejmujące, dopracowane zbiory reportaży – ”Czeczenia. Rok III„ (wyd. pol. Wydawnictwo Literackie 2011, przeł. Małgorzata Kozłowska) oraz ”Zapiski z Homs„ (wyd. pol. Wydawnictwo Literackie 2013, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon) – a także nakręcił film dokumentalny o dzieciach-żołnierzach wcielanych siłą do ugandyjskiej Armii Bożego Oporu, dowodzonej przez Josepha Kony’ego fundamentalistycznej organizacji terrorystycznej, bazującej na mieszance chrześcijaństwa i animizmu (”Szkodliwe jednostki„, 2017). ”Zawsze mam problem, kiedy słyszę, że jestem artystą, który tworzy sztukę. Nie do końca tak jest. Wyrastam z dziennikarstwa„ – wyznawał w rozmowie z tygodnikiem ”Przegląd„.
Deklaracje deklaracjami, ale Littell nie oparł się pokusie, by po 12 latach powrócić jako ambitny prozaik. ”Stara historia„ początkowo była dwuczęściowym opowiadaniem, opublikowanym w 2012 r. ”Po raz pierwszy zdarzyło mi się, że coś, co wydałem, co, jak sądziłem, jest już zakończone, zaczęło się domagać kontynuacji„. Do dwóch części autor dopisał zatem pięć kolejnych i powstała z tego ”Stara historia. Nowa wersja„.

Jeden algorytm, siedem rozdziałów

Jest to dziwna powieść. Właściwie wypadałoby ją określić jako nie-powieść. Siedem rozdziałów to siedem, nazwijmy to, iteracji pewnego algorytmu. W obrębie każdego rozdziału powtarza się konkretny schemat: oto człowiek o nieokreślonej tożsamości (”oszołomiony fragmentarycznym widokiem mojego ciała w wielkich lustrach„) opuszcza zatłoczony basen, zakłada dres i biegnie długim korytarzem. Natrafiwszy w półmroku na klamkę, otwiera drzwi i ląduje w ”znanym mi dobrze, spokojnym ogrodzie„. Tu następują sceny z życia rodzinnego. Z tej rzeczywistości bohater wymyka się kolejnym korytarzem – tenisówki, dres, bieg, klamka – tym razem trafiając do hotelowego pokoju, w którym świadczy się płatne usługi seksualne. Następna sekwencja opisuje samotność w opuszczonym mieszkaniu. Czwarta z kolei – zazwyczaj orgię. Piąta – wojnę, terror, ludobójstwo. Wszystko kończy się ponownie w basenie. Zmienia się płeć bohatera (raz jest mężczyzną, innym razem kobietą, jeszcze innym – osobą transseksualną), a także wiek (bywa dzieckiem, ale i starcem) i rola (ofiara bądź napastnik). Zmieniają się relacje władzy i podległości w obrębie tych samych albo podobnych sytuacji międzyludzkich. Niezmienne pozostają rekwizyty: obrazy na ścianach, muzyka, basen, skład posiłku, szary kot, kobieca fryzura, smaki i zapachy. Niezmienna pozostaje też fundamentalna zasada rządząca tą literacką grą: chęć opowiedzenia o ludzkiej naturze w kontekście uniwersalnych popędów: żądzy dominowania lub poddania się dominacji. Littell jest konsekwentny – jak wcześniej w ”Łaskawych„, tu także ciekawi go system, w którym można umieścić dowolną jednostkę i zmusić ją bez trudu do działania wedle jego reguł. Naturalnie autorski pogląd na człowieczą kondycję jest nader mroczny.
Problem w tym, że to wszystko, puszczone w ruch, niezupełnie działa tak, jak sobie zaplanował autor, twierdzący, że zadbał o czystą, matematyczną, rygorystyczną strukturę dzieła.
Owszem, koncept – nawiązujący do awangardowych pomysłów francuskiego ruchu literackiego OuLiPo i teoretyków ”nowej powieści„ – jest u swoich podstaw interesujący, zakłada bowiem, że czytelnika można bez trudu mamić obietnicą narracji, nie dając mu ostatecznie ani ogryzka; trochę to przypomina, fascynujące przecież, ciągnące się przez dziesiątki stron passusy o robieniu zakupów w ”Mojej walce„ Karla Ovego Knausgårda – tam też odbiorca cierpliwie czeka, aż coś się stanie, gdy tymczasem ostatecznie nie dzieje się nic.
Gorzej jest w książce Littella z tą mrocznością ludzkiej natury. To, co miało siłę przekonywania, gdy było – jak w ”Łaskawych„ – osadzone w historycznym i społecznym konkrecie, tutaj, w kalejdoskopowych, anonimowych obrazach okrucieństwa, sadomasochizmu i przemocy seksualnej, znacznie traci na wymowie. Zamiast się tym torturować, warto sięgnąć po protoplastów owego pisarstwa, choćby po Georges’a Bataille’a i jego ”Historię oka„, bezwzględnie szokującą nawet po 100 latach, albo po ”Podróż do kresu nocy„ Louisa-Ferdinanda Céline’a, odpychającą, śmierdzącą, rozpaloną z obrzydzenia i wściekłości.
Do transgresywnej, zakazanej erotyki Littell nie wnosi w zasadzie nic poza widoczną obsesją na punkcie odbytów. Bywa też śmieszny w niezamierzony sposób, gdy przynudza, siląc się na chłodny dystans w opisach kolejnych orgii i rozmaitych żylastych oraz pofałdowanych części ciała. Coś sensownego zaczyna się dziać w ”Starej historii„, gdy postaci wciągają gatki i zapinają rozporki – kiedy Littell pisze o samotności dziecka i starca, o pustych przebiegach czasu w pustych mieszkaniach, ale też o bezskutecznym poszukiwaniu egzystencjalnej pełni (najbliżej tego celu jest bohaterka transseksualna, która jako jedyna nie potrzebuje freudowskich, ciasnych korytarzy, by błądzić między kolejnymi wcieleniami). Niemniej to zdecydowanie za mało – zwłaszcza jak na pisarza, którego po ”Łaskawych„ obwołano Tołstojem XXI wieku.
Jonathan Littell, „Stara historia. Nowa wersja”, przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2019