Właściwie nihil novi, bo Grzegorz Bral robi to od lat, ale teraz poszukiwania idą jeszcze szerszym frontem, a sam reżyser nie ukrywa, że usiłuje badać terytoria, na których go dotąd nie było, a do których w naturalny sposób popychają go jego poprzednie prace. - Coraz częściej ciekawi mnie jak tańczyć do tekstu, a nie do muzyki. Jak można twórczo rozegrać słowo jako akompaniament - tłumaczy Bral i przyznaje, że dążenie do synestezji na scenie staje się jego nowym celem artystycznym.

O „Antygonie” myślał już ponad 20 lat temu. Temat wracał, dojrzewał, by spełnić się w odpowiednim momencie twórczym. „Anty-gone” jest dziełem reżysera, który czerpiąc ze swoich doświadczeń, nieustannie szuka, nie godząc się na łatwe umieszczenie Teatru Pieśń Kozła w szufladzie o nazwie „teatr alternatywny”. Ostatnią swoją propozycję artystyczną Bral wyprowadził z małego wnętrza dawnego refektarza przy Purkiniego we Wrocławiu, gdzie mieści się siedziba teatru, na dużą scenę. I choć to ogromny spektakl, wielowątkowy, wręcz widowiskowy, to udało się zachować charakterystyczną dla przedstawień Grzegorza Brala intymność. Jedno jest pewne, uniwersalny język, którym reżyser operuje, przemawia do ludzi z różnych kultur. „Anty-gone”, podobnie jak wcześniejsze spektakle Brala przyjmowane owacyjnie nie tylko w Europie, ale i w Chinach, Korei Południowej czy obu Amerykach, dotrze tam również.

„Anty-gone” Brala to spektakl o pożądaniu władzy i zacietrzewieniu, o niechęci i nieumiejętności szukania porozumienia. Oraz o wierności ideom, a nie ludziom, które stają się w takiej sytuacji tylko pustą definicją.

Żyjemy w chaosie, rządzą nami najgorsze emocje, niby niewinni, ale trafiliśmy do więzienia, które jest wszędzie tam, gdzie opresyjna władza nie jest w stanie zahamować swoich zapędów, a ludzie stają się marionetkami w jej rękach – zdaje się mówić reżyser.

Posiłkując się fragmentami utworu Sofoklesa oraz współczesnymi pieśniami autorstwa Alicji Bral, dotyka prawdy o doświadczaniu tego co ludzkie: śmierci, strachu, żądzy władzy. Skąd zło? Z człowieka – niestety. Nie bądźcie bezpieczni – także brak refleksji nad konsekwencjami wyborów czyni zło, a obrona idei, nawet najsłuszniejszej, pociągająca za sobą śmierć niewinnych ludzi, stawia w szeregu odpowiedzialnych za chaos współczesnego świata.

Rytm - duchowy przekaz

Bezpośrednią inspiracją do powrotu Grzegorza Brala do myśli o spektaklu i jego kształcie stał się średniowieczny bęben wikingów. Rytm zawsze w jego spektaklach jest siłą, która utrzymuje je w ryzach i pozwala odnajdywać energetyczne wibracje. Reżyser uważa, że rytm jest duchowym przekazem wewnętrznego doświadczenia człowieka – i dlatego wokół tej formy zbudował kolejny spektakl.

Na scenie ogromna, metalowa klatka, a w jej wnętrzu 7 bębnów wikingów – tak zaczyna się przedstawienie. Rytm wybijany na bębnach przez 75 minut czuje się w trzewiach (skrót o kilkanaście minut byłby zasadny), gitara elektryczna (Kamil Abt) wwierca się w mózg, chrapliwe wykrzykiwane melorecytacje potęgują emocje, a układ choreograficzny (Julien Touati) ostry, brutalizujący, sprawia, że chce się odwrócić wzrok. Grzegorz Bral bombarduje widza od pierwszych minut spektaklu, świadomy, że ryzykuje i wystawia go na próbę.Dlaczego?  – Nie sprawiaj przyjemności widzowi - ktoś mi kiedyś powiedział. Wiedziałem, że taki pomysł na I część spektaklu może wręcz drażnić, że niewielu ludzi go odczyta. Ale zależało mi na krzyku z więzienia i na zmuszeniu widza do przyjęcia roli. Otwarta scena nie zmusza widza do wejścia w rolę, ale zamknięcie ludzi w klatce, już tak– mówi Bral gazetaprawna.pl.

„7 bram Teb” (tytuł części I tryptyku) to opowieść prowadzona z perspektywy Kreona (wspaniały Dimitris Varkas). Bazując na oryginalnej rytmice greckiej, Radosław Nowakowski (z zespołu Osjan) skomponował 18 pieśni, 18 motywów rytmicznych specjalnie do tego spektaklu. Ta część przedstawienia, najbardziej wiernie oddająca agon, czyli starcie między Kreonem a Antygoną, została uwspółcześniona jedynie za sprawą pieśni, które dla chóru napisała Alicja Bral jak w soczewce zbierając pytania o kondycję ludzi.

Kreon to despota, demon owładnięty namiętnością jaką jest władza. Antygona (Anu Almagro) z kolei fanatycznie stała się obrończynią religii. Stoją przy swoich racjach, zapominając z czasem o ludziach, którzy za te racje ponoszą najwyższą karę. Anty-gone (co twórcy spektaklu tłumaczą: Byłam przeciw, więc mnie nie ma) jest bohaterką, dochowała wierności idei, ale konsekwencją jest śmierć jej samej i innych ludzi. Pożądanie władzy i pożądanie realizacji idei, nieumiejętność wycofania się w walce choć o krok, są tak samo destrukcyjne. Anu Almagro zagrała Antygonę brawurowo. Oddała rys mocnej, zdeterminowanej kobiety, stającej do walki z Kreonem jak równa mu przeciwniczka. Dodatkowo wniosła swoją niesamowitą energię. Nie ma w sobie nic z ofiary, nawet gdy jest upokarzana i bita. Almagro, od dawna stanowiąca trzon ekipy aktorskiej Teatru Pieśń Kozła, ma swój świetny czas i potwierdza to także w tym przedstawieniu.

Gdy zatwardziali w swych żądzach są głusi, świat wypada z formy. Niewidomy Terezjasz (Bogdan Koca), który gani Kreona za jego zatwardziałość i przepowiada śmierć syna powinien mieć wpływ na władcę, ale nikt go nie słucha.

Czy doświadczyłeś ostatnio ciszy?

Gdy Antygona pyta: „Czy doświadczyłeś ostatnio ciszy” wiadomo, że 75 minut I części prowadziło właśnie do zadania widzowi tego pytania.

- Wymyśliłem sobie, że I część będzie archaiczna, oparta o rytmikę starożytnych tekstów, więc nieco dziś sztuczna i przerysowana po to, by ją skonfrontować z wysublimowaniem części drugiej – przyznaje Grzegorz Bral. - To walka postaw i zależało mi na wyraźnym zaznaczeniu tego. Dlatego jest tak skrajna i drapieżnie inna, z hałasem, przesytem, ilustratywnością.

II część przynosi uspokojenie i klimat dobrze znany miłośnikom Teatru Pieśń Kozła. Liryzm i czyste piękno muzyki Macieja Rychłego, wyartykułowane przez śpiewaków przypominających za sprawą scenografii (Robert Florczak i Grzegorz Bral), kostiumów (Alicja Gruca) i świateł (Wojciech Maniewski), antyczne posągi, i wzbogacone przez brzmienie wiolonczeli (Malwina Maławy). Polifoniczne pieśni śpiewane przez 8 międzynarodowych artystów (mocna reprezentacja Wrocławia każe postawić tezę, że to miasto jest źródłem wspaniałych głosów operowych!) zapierają dech. Muzyka Rychłego niemal odrealnia spektakl. Wszystkie zmysły zderzają się w tej części z tragedią z ducha muzyki. Muzyki, która ma zastąpić słowo, ale idzie dalej, bo muzykę zastępuje rytm, a do tego rytmu się tańczy.

II część za sprawą tekstów Alicji Bral oraz układów choreograficznych Melanie Lomoff, została mocno uwspółcześniona, ale pozostaje osadzona w źródłach, jakimi są śpiew i rytmika. Reżyser tragedię Sofoklesa odczytuje jako mit o człowieku, władzy, demonie, śmierci, a poematy Alicji Bral to zbiór pytań o człowieczeństwo, prawdy życiowe i namiętności Antygony.

Pieśni korespondują z językiem tańca współczesnego. Melania Lomoff musiała interpretować bardzo trudną, wręcz niemożliwą do tańca muzykę, pracując z grupą bardzo młodych ludzi, ale już związanych z różnymi światami tanecznymi. Wykonali ogromną pracę, a szczególnie wyróżniają się Heung Won Lee z Korei Południowej i Włoszka Chiara Zanaga, niezwykle utalentowana młoda, eteryczna tancerka. - Wzięcie do współpracy choreografa, to wpuszczenie w swój krwioobieg kogoś, kto może inaczej interpretować zdarzenie. A ja tego chciałem. Chciałem wpuścić niezależną artystycznie kobietę, balerinę, choreografkę, która wniosła do tego spektaklu kobiecą wyobraźnię i wrażliwość. Chciałem kogoś, kto wprowadzi do tańca nieco kostyczności baletu, a jednocześnie go trochę „połamie” – mówi Grzegorz Bral gazetaprawna.pl.

Światło

Nie byłoby tego spektaklu w takim kształcie, gdyby nie absolutnie wspaniałe oświetlenie przygotowane przez Wojciecha Maniewskiego. Za jego sprawą światło w spektaklu przestało być tłem, przestało pełnić rolę służebną wobec przedstawienia, a mnie uzmysłowiło, że ostatni raz podobny spektakl świateł oglądałam dzięki Felice Ross w Teatrze Wielkim Operze Narodowej kilka lat temu. Barwa świateł, ich obecność na scenie, jest jak glosa do spektaklu, wzmacniająca emocje i kierunek interpretacji.

Kiedy w I części światła padają na klatkę-więzienie, a potem na twarze stojących na proscenium aktorów, mamy do czynienia z niezwykłymi obrazami. Wojciech Maniewski, przyznaje, że praca przy spektaklu dała mu ogromna satysfakcję, bo pozwoliła pokazać widzom, że światło sceniczne może być osobną formą sztuki, w którą wielu realizatorów czy light designerów wkłada swoją pasję. - „Anty-gone” Teatru Pieśń Kozła jest spektaklem, który umożliwił, ze względu na swój charakter (głośna muzyka, tekst wypowiadany wprost do mikrofonu), na wykorzystanie świateł inteligentnych – tłumaczy Wojciech Maniewski. I dodaje, że wcześniej nigdy ich w Teatrze Pieśń Kozła nie użył, bo generują spory hałas, więc stosowanie ich, jest wykluczone. W tym przypadku była taka możliwość i dzięki temu zamiast dziesiątek reflektorów, do różnych scen użyto zaledwie kilkunastu. – Do I części szukaliśmy jak najbardziej surowej formy. Skoro akcja była utrzymana na rytmie bębnów, podobnie światła musiały utrzymać swój rytm. Zdecydowaliśmy więc, że będą przechodzić z jednego obrazu w drugi w widoczny sposób. Jak reflektory w więzieniach jednym spotem oświetlające scenę – dodaje Maniewski.

Uważni widzowie zwrócą uwagę, że w II części spektaklu nie światło frontowe, a same odbicia i kontrasty. - Nie świecić dosłownie, grać światłem, a nie robić z niego tylko element doświetlający czy oświetlający – to było nasze główne założenie dla tej części - wyjaśnia Maniewski. - Dlatego też jedynie na wiolonczelę pada jedno delikatne światło frontowe, a poza tym chór oświetliłem wyłącznie z boku. Tylko po to by podkreślić sylwetki, kształty – zdradza szczegóły pracy Maniewski, który mistrzowsko wydobywa w Ii części wszystkie elementy obecne na scenie. - Gdyby chórzyści mieli na sobie czarne, lejące się togi, nie uzyskałbym takiego efektu, a dzięki fakturze materiału, z którego uszyto kostiumy śpiewaków, światło i materiał fantastycznie zagrały.

Maniewski podkreśla też, że zarówno obsługa techniczna, jak i mechanicy sceny Teatru Polskiego,  na której gościnnie wystawiany jest spektakl, wykonali niesamowitą pracę. - Podczas zmiany scen, w ciągu 25 minut rozmontowali gigantyczną klatkę, ważącą 300 kg. Zwinęli też jedną podłogę, położyli drugą. Także obsługa techniczna świateł pod kierownictwem Dariusza Bartołda to fantastyczni fachowcy, bez pomocy których nie byłoby tego efektu.

„Czy jest człowiekiem ten, kto…”

„Ekstaza” – ostatnia część tryptyku, jest pytaniem – oskarżeniem i katalogiem pytań wypowiedzianych przez Antygonę. Jednak bitwa na racje emocjonalne, podobnie jak u Sofoklesa, nie zostanie rozstrzygnięta. Kim jest człowiek? Czy jest człowiekiem ten, kto pozwala iść na śmierć innym? Takich pytań jest więcej. Pieśni Alicji Bral, bardzo delikatne, subtelne, stawiają dosadne pytania. Przesycone smutkiem i stygmatem śmierci, sugerują, że pogubiliśmy się w chaosie współczesności. Sierszeńki Macieja Rychłego na pobojowisku brzmią w tej sytuacji jak podzwonne. Dla kogo?