Prymas miał wielki szacunek dla dokonań intelektualnych biskupa krakowskiego. W swoich notatkach kard. Stefan Wyszyński stwierdzał: „To jest najgłębszy umysł wśród polskich biskupów” – mówi PAP dr hab. Paweł Skibiński, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego.
Reklama

PAP: Jak można określić relacje, które łączyły prymasa Stefana Wyszyńskiego i kard. Karola Wojtyłę?

Dr hab. Paweł Skibiński: Jeżeli chcielibyśmy krótko opowiedzieć o relacji łączącej prymasa Stefana Wyszyńskiego i biskupa, arcybiskupa, kardynała, a wreszcie papieża Karola Wojtyłę, to napotkalibyśmy pewną trudność. Relacja między nimi była bowiem zmienna. Była naznaczona rosnącym zaufaniem ze strony prymasa Wyszyńskiego, a także niezmiennie nieograniczonym zaufaniem ze strony Jana Pawła II.

Mimo że byli to ludzie o bardzo różnych charakterach, prymas Wyszyński był bowiem raczej kostyczny, a kard. Wojtyła, a potem Jan Paweł II znacznie bardziej bezpośredni w obyciu, to ich wzajemne stosunki były oparte na zaufaniu.

Zdarzyło mi się przeglądać wiele materiałów Episkopatu Polski z okresu, gdy obaj sprawowali swoje funkcje. Szczególnie rzuca się w nich w oczy fakt, że abp. Wojtyle „wolno było więcej” niż innym biskupom. Prymas Wyszyński miał do niego tak wielkie zaufanie, że pozwalał mu na własny, autonomiczny sposób funkcjonowania. Uważał, że nie zagraża to jedności episkopatu. Gdy inni biskupi pozwalali sobie na tak wielką „szczególność zachowań”, własny styl i inicjatywę, spotykali się z dystansem ze strony prymasa. Nie dotyczyło to jednak Wojtyły.

W latach siedemdziesiątych kard. Wojtyła był przez prymasa Wyszyńskiego postrzegany jako przyszły jego następca i kontynuator misji. Prymas miał wielki szacunek dla dokonań intelektualnych biskupa krakowskiego. W swoich notatkach kard. Wyszyński stwierdzał: „To jest najgłębszy umysł wśród polskich biskupów”. Prymas zapisał te słowa po rekolekcjach prowadzonych dla biskupów w 1967 r.

Należy również powiedzieć o łączącej ich przyjaźni, która rozwijała się z czasem. Z lat siedemdziesiątych pochodzi cała seria wspomnień o kard. Wojtyle, który podczas swego urlopu jechał przez całą Polskę, aby osobiście złożyć prymasowi życzenia imieninowe. Nie musiał tego robić. Inni biskupi tego nie robili. Po prostu chciał być z prymasem w tym dniu, ponieważ bardzo go cenił i lubił.

Z tego także wynikał dobrze nam znany szczególny gest podczas homagium na pl. św. Piotra 22 października 1978 r. W podobny sposób papież wyróżnił również kard. Josyfa Slipyja. W przypadku ukraińskiego hierarchy był to hołd oddany jego postawie podczas niemal dwudziestu lat uwięzienia w sowieckim łagrze. W przypadku kard. Wyszyńskiego wielką rolę odegrała więź emocjonalna łącząca prymasa Wyszyńskiego i o dwie dekady młodszego Jana Pawła II.

PAP: Komuniści pragnęli wykorzystać różnice charakterologiczne pomiędzy oboma kardynałami, aby dokonać swoistego „rozłamu” w polskim kościele. Jakimi metodami posługiwali się rządzący PRL i dlaczego tak bardzo im się nie udało zrealizować tych celów?

Dr hab. Paweł Skibiński: Metody rządzących PRL mające skłócić obu hierarchów były dwojakiego rodzaju. Można mówić o sposobach politycznych, to znaczy rozgrywaniu domniemanych przywilejów, którymi władze mogły obdarzać członków episkopatu. Określam te przywileje jako „domniemane”, ponieważ nie były to realne ustępstwa na rzecz Kościoła. Dążono jedynie do stworzenia wrażenia większej zażyłości i życzliwości wobec niektórych hierarchów. Można to było osiągnąć m.in. poprzez udostępnianie duchownym paszportów lub zapewnianie możliwości budowy nowych kościołów. Ukłonem wobec arcybiskupa krakowskiego był np. zwrot części zagrabionych przez władze komunistyczne budynków seminarium duchownego w Krakowie.

Drugą metodą były działania agenturalne polegające m.in. na rozpowszechnianiu fałszywych informacji na temat niesubordynacji Wojtyły wobec Wyszyńskiego i rzekomych konfliktów pomiędzy nimi. Nie znajdujemy jednak potwierdzenia takich postaw w dokumentach episkopatu.

Służba Bezpieczeństwa doskonale wykorzystywała swoją sieć informatorów wśród duchowieństwa, którzy donosili o rozbieżnościach w myśleniu obu hierarchów. Uważano, że Wyszyński jest „antysoborowy”, a Wojtyła „prosoborowy”. Ta legenda, powtarzana do dziś przez niektórych tzw. otwartych katolików, moim zdaniem znajduje swoje źródła w działaniach dezinformacyjnych aparatu bezpieczeństwa.

Wspomniane wcześniej gesty były obliczone na realizację strategii Zenona Kliszki, który dążył do „stworzenia alternatywnego” Wyszyńskiego, czyli biskupa, który byłby bardziej uległy wobec komunistów niż prymas. Bardzo szybko okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. „Niepokorny” i „wyniosły” Wyszyński miał za plecami człowieka jeszcze bardziej nasyconego praktycznym antykomunizmem – Karola Wojtyłę.

PAP: Jakie były zasługi prymasa Wyszyńskiego dla wyboru kard. Wojtyły na tron papieski?

Dr hab. Paweł Skibiński: Prymas Wyszyński był tym człowiekiem, który utorował kard. Wojtyle drogę na stolicę Piotrową. Na poparcie tej tezy mamy kilka argumentów. Episkopat światowy i konklawe były obyte z faktem kandydowania wybitnych hierarchów polskiego Kościoła na tron papieski. Proszę pamiętać, że według niepełnych i nieprecyzyjnych informacji już na poprzednich konklawe padały głosy na polskich kardynałów: Augusta Hlonda i Wyszyńskiego. Możliwość głosowania na Polaka nie była więc aż tak szokująca, ponieważ polski Kościół dostarczał Kościołowi powszechnemu wybitne indywidualności, m.in. w postaci dwóch wspomnianych wielkich hierarchów.

Drugim elementem działań prymasa było świadome budowanie relacji międzynarodowych polskiego episkopatu w oparciu o kard. Wojtyłę. Oczywiście nie robił tego z myślą o wyniesieniu go na stolicę Piotrową, ale dla dobra Kościoła w Polsce. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dzielili się z kard. Wojtyłą obowiązkami. Prymas Wyszyński wyjeżdżał wyłącznie do Rzymu. Wojtyła jeździł natomiast po całym świecie. Nie tylko dlatego, że był do tego doskonale przygotowany, lecz również z powodu przekonania Wyszyńskiego, że jemu samemu wyjeżdżać nie wolno, że nie wolno mu opuszczać Polski.

Tymczasem kard. Wojtyła był „wysyłany” przez Episkopat Polski w wiele podróży międzynarodowych zarówno do krajów Europy Zachodniej, jak i do Ameryki lub Australii.

PAP: Czy propagowany przez środowiska „katolicyzmu otwartego” wizerunek prymasa jako człowieka sprzeciwiającego się reformom soborowym jest prawdziwy?

Dr hab. Paweł Skibiński: To zależy, o jakim aspekcie reform rozmawiamy. Owe zarzuty stawiane prymasowi Wyszyńskiemu mają w dużej mierze charakter polityczny, a nie historyczny. Nie znajdują pokrycia w rzeczywistości historycznej. Kard. Wyszyński był wielkim zwolennikiem pobożności ludowej, masowej. Był też bardzo krytycznie nastawiony wobec inteligenckich eksperymentów pobożnościowych, mających rzekomo stanowić pogłębioną formę religijności, a którym przypisywał brak zakorzenienia w realnej pobożności.

Prymas nie był jednak antysoborowy ani nie spowalniał wprowadzania reform soborowych. Wąska elita koncesjonowanych polskich katolików, reprezentująca grupy „Paxu” lub „Znaku”, pamiętając o ogromnych różnicach pomiędzy tymi środowiskami, liczyła na natychmiastowe zmiany wywołane przez sobór. Tymczasem wprowadzenie takich zmian jak reforma liturgiczna zabierało wiele czasu.

Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można było liczyć na zmiany liturgiczne np. w 1965 r., a takie nadzieje wyrażano np. na łamach „Tygodnika Powszechnego”, skoro kościoły lokalne w innych krajach wprowadzały je od końca lat sześćdziesiątych, w Polsce zaś zostały one przesunięte o blisko dwa lata, ponieważ biskupi polscy musieli przygotować dopracowany ostateczny tekst nowego mszału. W przeciwieństwie bowiem do warunków panujących w innych krajach nie mogli sobie pozwolić – zarówno ze względów ekonomicznych, jak i cenzuralnych – na drukowanie próbnych, „powielaczowych” mszałów. Opowieści o spowalnianiu reform są więc tworzone przez ludzi o bardzo złej woli lub mitomanów. Nie rozumiem tych zarzutów kreowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego” już w 1965 r.

PAP: Jak kard. Wojtyła podchodził do innych ataków na prymasa Wyszyńskiego, m.in. ukierunkowanych na jego program obchodów milenijnych?

Dr hab. Paweł Skibiński: Kard. Karol Wojtyła był wiernym realizatorem programu milenijnego stworzonego przez prymasa Wyszyńskiego i zwolennikiem jego modelu maryjności. Nie znajdował się w kręgu krytyków jakichkolwiek form popieranego przez prymasa kultu ludowego i pomimo swojego intelektualizmu potrafił się wpisać w jego ramy. Sam prymas uważał, że Wojtyła rozumiał coraz więcej z programu milenijnego i wzrastał wraz z nim.

Tymczasem podopieczni kard. Wyszyńskiego z Krakowa, m.in. z szeregów redakcji „Tygodnika Powszechnego”, byli mniej lub bardziej otwartymi krytykami programu milenijnego. Sądząc z protokołów Konferencji Episkopatu Polski, kard. Wojtyła zgadzał się, że nie stanowią oni realnej reprezentacji katolików świeckich. To ciekawe, ponieważ to środowisko zupełnie nie odnosiło takiego wrażenia i wręcz uważało, że Wojtyła jest „ich człowiekiem”. Tymczasem kard. Wojtyła nie był czyimkolwiek człowiekiem. Był samoistny, intelektualnie samodzielny. Jednocześnie bardzo szanował prymasa i lubił również przedstawicieli „Tygodnika Powszechnego”, choć nie był od nich z pewnością uzależniony.

PAP: „On ma rosnąć, a ja mam być coraz mniejszy” – powiedział prymas Stefan Wyszyński po wyborze kard. Wojtyły na papieża. W tym kontekście pojawia się wyzwanie, jakim była pierwsza pielgrzymka papieża do Polski. Jaką strategię swojej obecności na tej pielgrzymce przyjął prymas?

Dr hab. Paweł Skibiński: Strategia Wyszyńskiego wobec wyboru kard. Wojtyły na papieża jest dość szczególna. Hierarcha, który miał niekwestionowany autorytet wśród polskich katolików, a nawet wszystkich Polaków o niekomunistycznym rodowodzie, stał się 16 października 1978 r. człowiekiem numer dwa Kościoła w Polsce. U polityka musiałoby to wywołać frustrację. U prymasa Wyszyńskiego momentami wywoływało wręcz radość. Po ludzku cieszyło go, że polski hierarcha został wyniesiony tak wysoko, ale jednocześnie zadziwiało. Nigdy bowiem nie zakładał, że możliwe jest, aby za jego życia kandydat spoza Włoch został papieżem, a co dopiero że będzie to Polak. Pierwsza pielgrzymka Ojca św. do Polski w czerwcu 1979 r. to świadectwo ogromnej samokontroli prymasa i wielkiej jego skromności.

O ile Wyszyński był bardzo stanowczy, jeśli chodzi o odbieranie wyrazów szacunku wobec godności, jaką reprezentował, o tyle osobiście bardzo nie lubił schlebiania. Żył skromnie, nie przepadał za wygodami, potrafił obejść się bez bardzo wielu rzeczy. Przez całe życie wymagał od siebie katorżniczej i niezwykle dokładnej pracy. Biorąc to wszystko pod uwagę, zrozumiemy, dlaczego podczas pierwszej pielgrzymki trzymał się dwa kroki z tyłu za papieżem.

Jednym momentem, gdy są na równi, jest zadziwiający spektakl na balkonie pałacu Prymasowskiego w Gnieźnie, gdzie pozwalają sobie na żarty i wspólne śpiewy góralskich pieśni. Wyszyński nie pokazywał się zwykle w takiej roli. Tu wziął udział w wydarzeniu, które bardzo odpowiadało papieżowi. Zrobił to, ponieważ był już numerem dwa i rola ta mu odpowiadała. Nie witał papieża niczym udzielny książę Kościoła, ale wyrażał satysfakcję, że głowa Kościoła w końcu mogła odwiedzić Polskę.

Z powodu wieku oraz niechęci do zaburzania kontaktu papieża z innymi wiernymi i biskupami prymas nie wziął udziału w wydarzeniach pielgrzymki poza swoimi archidiecezjami. Zostawiał miejsce dla innych biskupów. Ten proces odbywa się nieco niepostrzeżenie. Nie był tematem plotek i komentarzy. W ówczesnej euforii zejście prymasa Wyszyńskiego na drugi plan pozostało niemal niezauważone. Dostrzec je można było dopiero post factum.

My, historycy, również nie odczuwamy tego tak wyraźnie, ponieważ większość obrazów z tej pielgrzymki pochodzi z warszawskiego placu Zwycięstwa, gdzie prymas był obecny. W kontekście tego wydarzenia prymas Wyszyński w notatkach „Pro memoria” wspominał np. z nostalgią to, że jako chłopiec bił się w tym miejscu z rosyjskimi chłopcami na jednej z górek w pobliskim Parku Saskim, a teraz słucha homilii papieża Polaka. Tak wyrażał swoje przekonanie, że dzieje się coś niesamowitego, o czym nigdy nie mógł nawet marzyć, i on sam nie musi znajdować się na pierwszym planie tych wydarzeń.

PAP: Czy gdyby nie zamach z 13 maja 1981 r., papież przybyłby na pogrzeb prymasa?

Dr hab. Paweł Skibiński: Nie wiem. Na pewno chciał, ale trudno powiedzieć, czy mógłby. To nie była tylko kwestia relacji z komunistami, lecz również etykiety Watykanu. Trudno oczekiwać, aby jeździł do Polski zbyt często. Niewątpliwie to, jak bardzo zależało mu na pożegnaniu prymasa, widać z ostatniej rozmowy telefonicznej między rannym papieżem a umierającym prymasem. Papież traktował kard. Wyszyńskiego jako mistrza swej posługi biskupiej. Uważał, że prymas był znakomitym biskupem. Ewidentnie uczył się od niego pełnienia tej misji. Oczywiście nie był to jedyny mistrz Karola Wojtyły, ale jeden z głównych.

PAP: To wzorowanie się na prymasie widać również w jego pismach, przemówieniach, oficjalnych dokumentach?

Dr hab. Paweł Skibiński: Widać to m.in. we wspomnianej już homilii na pl. Zwycięstwa. Rozwinął w niej milenijną myśl prymasa zawartą w słowach „wszystko, co Polskę stanowi”. Papież nadał temu sformułowaniu własny sens, ale korzysta z dorobku prymasa.

Takich punktów wspólnych jest więcej. Należy pamiętać, że podczas każdej papieskiej pielgrzymki, której program obejmował Warszawę, odwiedzał on grób prymasa Wyszyńskiego. To gest wyjątkowy.

PAP: Ponoć papież stwierdził, że nigdy nie beatyfikuje prymasa, bo byłby to nepotyzm…

Dr hab. Paweł Skibiński: Mimo osobistej przyjaźni i, jak sądzę, zafascynowania Karola Wojtyły postacią prymasa, to bardzo prawdopodobna wypowiedź. Świadczyłaby o ogromnym opanowaniu św. Jana Pawła II oraz przekonaniu, że mogłoby to zaszkodzić opinii o świętości kard. Stefana Wyszyńskiego. Prymas był tak wielką postacią, że później z biegiem czasu próbowano się od niego dystansować, wychodzić z jego cienia. Nie dotyczy to oczywiście papieża, ale wielu ludzi Kościoła. Z upływem czasu okazało się jednak, że była to postać naprawdę wielowymiarowa.

W dobie działalności Jana Pawła II trudno mówić o tak gigantycznej postaci jak Wyszyński, ponieważ to kard. Wojtyła wyznaczył miarę wielkości XX-wiecznego Kościoła polskiego. Jednak gdyby Stefan Wyszyński urodził się w innych czasach, to bez wątpienia byłby hierarchą, który całkowicie zdominował swój czas. W drugiej połowie XX w. trudno mówić o takiej dominacji, ponieważ pojawił się wówczas Karol Wojtyła, który przerósł swojego mistrza. Bez wątpienia jednak jego mistrzem był najwybitniejszy prymas Polski w dziejach lub co najmniej jeden z grona kilku najwybitniejszych w polskiej historii.

Rozmawiał Michał Szukała (PAP)