Doktorat z archeologii, otwarte drzwi do międzynarodowej kariery naukowej – a pan zostaje pisarzem. Skąd ten wybór?

Drzwi rzeczywiście były chyba otwarte, ale w pewnym momencie zorientowałem się, że nie mam po prostu ochoty przez nie przechodzić. Przypominam sobie pewne seminarium – piątkowym popołudniem, w bardzo dusznej sali. Deszcz bębnił o szyby, siedzieliśmy tradycyjnie nad Tukidydesem, nad którym siedzi się podobnie już od jakichś 300 lat. Kolega z roku miał odczyt; dukał, męczył się, nie mógł znaleźć u Tukidydesa cytowanego przez siebie ustępu. Mój promotor, prowadzący to seminarium, najzwyczajniej w świecie zasnął. Ocknąwszy się, niezrażony tym, że spał, zadał pytanie, a następnie sam sobie udzielił wyczerpującej odpowiedzi. Wtedy zasnął z kolei kolega, który dawał odczyt. I w tamtej chwili pomyślałem, że może nie jest to zajęcie, któremu chcę poświęcić resztę życia. Ale jednocześnie miałem wrażenie, że dzięki tym naukowym przygodom zebrałem całe mnóstwo ciekawych informacji i faktów nieznanych szerszemu odbiorcy, utopionych w morzu nudnych, suchych wywodów. Zacząłem eksperymentować – i z tego eksperymentowania narodziła się książka „Kiedy Atena odwraca wzrok”, pierwsza część cyklu o Leocharesie.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

A dlaczego kryminał?

Bo lubię ten gatunek. Ale chodzi o coś jeszcze – kryminał ma w sobie ciekawą dwoistość: jest sztywny i schematyczny, ale dzięki temu czytelnik wie, czego się spodziewać w danym momencie, a to z kolei zapewnia pisarzowi dużą swobodę w kształtowaniu tła opowieści. Bohaterami kryminału są nie tylko detektyw i jego trup, lecz także czas i miejsce akcji. Czytelnik oswojony z konwencją znacznie łatwiej akceptuje eksperymenty związane właśnie z czasem i miejscem akcji.

W wypadku pańskich powieści czytelnik musi się również wyrzec licznych stereotypów na temat czasów starożytnych.

Do tego chciałem go zmusić. Irytował mnie koturnowy, sztywny wizerunek starożytności jako starej ciotki, do której wpada się z grzeczności raz na kwartał, żeby wysłuchać po raz setny tych samych anegdot. Ta wyidealizowana starożytność, świat filozofii, gramatyki i kolumnady, jest wynalazkiem nowożytności. Kryminał, kostiumowa powieść noir, z antycznym odpowiednikiem Philipa Marlowe’a w roli głównej, to dobra okazja, by pokazać tamtą rzeczywistość – inną, ciekawszą – niejako od zaplecza.

Kiedy popkultura sięga po starożytność, zdecydowanie woli Rzymian od Greków. Dlaczego?

Może dlatego, że Rzym bardziej pobudza wyobraźnię, począwszy od tego, że wiele zabytków z czasów rzymskich zachowało się w stanie niemal idealnym, a skończywszy na imperialnych opowieściach o rozpustnych, krwawych cesarzach. Wizerunek starożytnej Grecji jest znacznie bardziej fragmentaryczny, wybiórczy – również pod względem tego, co dotrwało do naszej epoki. Wiemy sporo o tym, jak żyli ówcześni Rzymianie. Ale jak żyli Ateńczycy? Na ten temat wiemy znacznie mniej. Poza wszystkim, chaotyczne dzieje antycznej Grecji przypominają trochę historię polskiego rozbicia dzielnicowego – są fascynujące, ale trudne do ogarnięcia przez mnogość państewek, imion, wątków, intryg i konfliktów.

No i popkultura lubi to, co już zna.

Bez wątpienia. Brodaci filozofowie, Cezar, gladiatorzy i Kleopatra. Tymczasem w samych Atenach osób zainteresowanych rozważaniem zagadnień filozoficznych była garstka – reszta wolała walki kogutów czy wizyty w lokalnej dzielnicy rozpusty. Nasze stereotypowe wyobrażenia o czasach starożytnych, wyobrażenia ukształtowane głównie przez XIX-wiecznych historyków, filologów i pisarzy, stanowią tylko drobny fragment znacznie szerszej panoramy. Część kwestii, choćby grecki homoseksualizm czy skrajnie podrzędną pozycję kobiet, zamieciono pod dywan ze względów obyczajowych i doczekały się one solidnego opracowania dopiero przed paroma dekadami.

Grecy uwielbiali jaskrawe, żrące się kolory!

Owszem, szlachetna antyczna biel to fikcja. Nasze przydrożne sklepiki z krasnalami ogrodowymi wydawałyby się stonowane i oszczędne w palecie, gdyby je zestawić z ówczesną kolorystyką. Partenon był prawdopodobnie pomalowany na żółto i czerwono. Natomiast rzeźby metalowe – dziś subtelnie spatynowane – intensywnie nabłyszczano, żeby świeciły w słońcu. Oczy zaś miały ze szlachetnych kamieni, a zęby ze srebra.

Jak zatem pisać realistycznie o świecie, w którym to, co wydaje się podobne, jest inne, a to, co inne, okazuje się podobne?

Zmagałem się z tym. Grecy, dajmy na to, operowali naturalnie pojęciem śmierci, ale miało ono dla nich odmienne znaczenie i może dlatego bywali tak okrutni na polu walki. To zbyt złożone sprawy, by je poruszać w powieści kryminalnej – szukałem rozwiązań gdzie indziej, na przykład w języku. Podkreślałem mentalnościową, obyczajową odmienność Greków, ale czyniłem to zwykłą, potoczną polszczyzną, unikając fałszu pseudostylizacji. Mowa ta brzmiała przecież w uszach starożytnych właśnie tak: zwyczajnie.

Jak było z Etruskami, którzy grają ważną rolę w pana ostatniej książce? Nie wiadomo o nich zbyt wiele.

Dzięki archeologii mam zamiłowanie do przedmiotów. To mi trochę ułatwiło sprawę, bo ze źródeł pisanych o Etruskach wiadomo naprawdę mało, a i te źródła są z reguły nieobiektywne, tworzone przez ludzi Etruskom nieprzyjaznych. Inna sprawa, że teksty te przechodziły przez średniowieczny filtr: dla zakonnych kopistów rozmaite rzymskie dzieła o Etruskach – a wiemy, że powstały – mogły być po prostu mało interesujące, dlatego się nie zachowały. Natomiast znamy rzeczywiście bardzo bogatą etruską kulturę materialną. Mnie przede wszystkim interesowały freski z grobowców, o fascynującej, osobliwej treści. Parę scen we „Wróżeniu z kości” skonstruowałem właśnie w oparciu na tych freskach.

Skąd pomysł, by w ostatniej powieści połączyć wątek starożytny ze współczesnym?

To były właściwie dwa pomysły. Po pierwsze potrzebowałem jakiejś odmiany. Przeplatanie się wątków miało być i dla mnie, i dla czytelnika rodzajem fabularnego wyzwania, przebudzenia z rutyny – bohaterowie są z oczywistych względów nieświadomi siebie nawzajem, to zadaniem odbiorcy jest tasowanie informacji między wątkami i dopasowywanie fragmentów układanki. A po drugie chciałem, żeby powieść, a zwłaszcza jej część współczesna, była równie fatalistyczna w wymowie co poglądy Etrusków na świat. Stąd dwuznaczny tytuł: czytanie z kości jako praca archeologa i jako wróżba.

Pracuje pan nie tylko jako pisarz, lecz także jako scenarzysta. I to specyficzny, bo scenarzysta gier komputerowych, między innymi najnowszego „Wiedźmina”. Jak wpływają na siebie te aktywności?

Pozornie warsztat pisarski jest ten sam. I tu, i tam dialog powinien dobrze brzmieć, żarty mają być śmieszne, a opowieści ciekawe. Ale w istocie są to kompletnie odmienne przedsięwzięcia. I głęboko doceniam teraz przyjemność płynącą z pisania historii, która rozgrywa się gładko od punktu A do punktu B. W „Wiedźminie 3” jest 36 różnych zakończeń, które muszą mieć sens i się uzupełniać. Takich nieliniowości znajdzie się w tej ogromnej strukturze na pęczki. Oczywiście nie kontrolujemy także tego, co robi gracz. W powieści prowadzę wzrok czytelnika, wiem precyzyjnie, co się stanie i kiedy, w grze natomiast można zbudować sytuację pełną napięcia, a gracz pobiegnie sobie na łąkę i przez pięć godzin będzie zrywać kwiatki. Inny przykład: jeżeli w książce bohater idzie do sklepu, żeby kupić bułkę, ta scena albo zawrze się w jednym zdaniu, albo ma jakieś głębsze znaczenie i wtedy można jej poświęcić więcej miejsca. W grze musisz napisać dialog klienta ze sprzedawcą w kilkuset wariantach. Poza tym w wypadku gry interesująca historia czy bohater są ważne, ale równie istotna jest mechanika samej rozgrywki. Kto tę specyfikę ignoruje, naraża się na spektakularną porażkę. Podobnie jak ten, kto liczy budżet gry w kategoriach filmowych: to, co w filmie jest drogie – np. wielkie eksplozje – w grze jest zaskakująco tanie. I odwrotnie: scena, w której w grze ktoś się po prostu goli przed lustrem, może kosztować fortunę i wymagać wielomiesięcznej pracy kilkunastu osób. 

Powieści Jakuba Szamałka o Leocharesie – „Kiedy Atena odwraca wzrok” (2011), „Morze niegościnne” (2013) i „Czytanie z kości” (2015) – ukazały się nakładem wydawnictwa Muza.