Kiedyś mówiliśmy Mrożkiem, teraz przede wszystkim o Mrożku milczymy. Stało się to, co przewidywano powszechnie jeszcze przed odejściem wielkiego pisarza niespełna dwa lata temu. Autor „Tanga” trafił do literackiego czyśćca, choć wcale na to nie zasłużył. Najpierw usłyszeliśmy, że nie da się go grać, bo operuje zdaniami złożonymi. Potem, że od reżyserowania jego sztuk lepsze jest nawet sprzątanie londyńskich ulic. Kiedy zabrakło Erwina Axera, a potem Jerzego Jarockiego, polski teatr stracił ostatniego chyba reżysera, który wchodził z Mrożkiem w dialog, czasem przeradzający się w ostry spór. Jarocki znał jego twórczość na wylot, przyznawał jej szczególne znaczenie. Jemu zawdzięczamy najważniejsze w ostatniej dekadzie Mrożkowskie inscenizacje – „Miłość na Krymie” i „Tango” w warszawskim Teatrze Narodowym.

„Emigrantów” nie wystawili nigdy ani Axer, ani Jarocki. W Teatrze Współczesnym w Warszawie słynną prapremierę z Wiesławem Michnikowskim i Mieczysławem Czechowiczem zrealizował Jerzy Kreczmar, w krakowskim Starym Teatrze po utwór sięgnął Andrzej Wajda, obsadzając Jerzego Bińczyckiego i Jerzego Stuhra. Zastanawiam się, ile w ostatnich latach widziałem ważnych wystawień tego kanonicznego tekstu, i rachunek wychodzi nieubłagany. Żadnego. Zapamiętałem jedynie telewizyjny spektakl Kazimierza Kutza z połowy lat 90. z Markiem Kondratem i Zbigniewem Zamachowskim. Ale i on jakoś nie wbijał się klinem pod skórę. Kiedy dziś myśli się o telewizyjnym teatrze wybitnego reżysera, przychodzą raczej do głowy inne tytuły – na pewno „Opowieści Hollywoodu”, „Do piachu”, potem „Stalin”. „Emigranci” – nie.

Wraz ze wstrząsającą rolą Walusia w „Do piachu” Kutza właśnie rozpoczęła się kariera Piotra Cyrwusa. Nieznany nikomu młody aktor zagrał prostaczka, który, owszem, poszedł na rabunek ze starszymi kolegami z wojska, ale naiwny jako jedyny dał się złapać. Teraz skazany przez kolegów z AK idzie na śmierć. Cyrwus dał Walusiowi ze sztuki Tadeusza Różewicza nieustające przerażenie światem, bezgłośny przeciw niemu bunt. Organicznie stopił się ze swoim bohaterem, całkowicie oddany roli. To były narodziny, jego losy układały się potem różnie. Należał do zespołu Starego Teatru, ale nie zagrał w nim ról na miarę Walusia. Wpadł w telenowelę, co dało mu nieprawdopodobną popularność, ale i zaszufladkowanie. Zaimponował mi, gdy z serialem zerwał i zaczął wszystko od nowa. W Teatrze Polskim złapał nowy oddech. Gra dużo i dobrze, chyba że zdecydowanie wbrew warunkom („Bolesław Śmiały”) albo w kompletnie poronionych przedsięwzięciach (ostatnie „Wesele” Krzysztofa Jasińskiego). Z „Emigrantami” styka się nie po raz pierwszy. W Krakowie mierzył się z nimi na niewielkich scenach Fundacji Starego Teatru i Cafe Moliere. Wtedy z Wojciechem Skibińskim, tym razem towarzyszy mu Szymon Kuśmider.

Kolega Cyrwusa z dawnego Starego Teatru debiutował olśniewająco jako Władzio w słynnym „Ślubie” Jarockiego. Potem miał świetny czas, grywając u największych – Grzegorzewskiego, Wajdy, Zioły. Zasmakował też życia teatralnego obieżyświata, by wreszcie zacumować w Warszawie. Pracuje w Polskim, stale pojawia się też na należących do Krystyny Jandy scenach Polonii i Och-Teatru. Bierze rzeczy różne, czasem o dużym, a innym razem błahym ciężarze gatunkowym. Mimo to nie pamiętam, by kiedykolwiek położył rolę. Częściej bywało tak, że ratował powiedzmy niezbyt udane projekty.

Cyrwus „Emigrantów” na kameralnej scenie Polskiego wyreżyserował i zagrał w nich XX. Kuśmider wcielił się w AA. Powstało przedstawienie, na którym można uczyć się uważnej lektury dramatu. Cyrwus pozbawia sztukę kontekstu lat 70., przenosi ją poza konkretny czas. Mimo to da się czytać wielki tekst Mrożka i najbardziej współcześnie – jako komentarz do bieżącej polskiej i wschodniej emigracji. Już nie ucieczki do wolności, a do marzenia o lepszym życiu, które staje się gorzką złudą. Tyle że to czytanie po powierzchni. Oddając Mrożkowi wszystko, co jego, Piotr Cyrwus akcentuje egzystencjalną sytuację prostaka i inteligenta. Kreśli obraz odwiecznego być może klinczu, w jakim się znaleźli – pomiędzy współczuciem, przywiązaniem i nienawiścią. Skazani na wieczne trwanie pomiędzy polowymi łóżkami, małym stolikiem i skajowymi krzesłami. Jeden ucieka w morderczą pracę i kłamstwa o powrocie do domu, drugi karmi się swoimi książkami i permanentnie oszukuje, że to stan przejściowy. Jeden drugiego potrzebuje jak powietrza, by się w sobie przeglądali, aby uzasadniali swoje istnienie. Są jak Didi i Gogo z „Czekając na Godota”, persony nieszczęśliwe i żałosne. Jednak przedstawienie w Polskim nie zmienia się w atak na AA i XX, żadnemu nie przyznaje dominacji, każdego traktuje sprawiedliwie. Skupia się raczej na tym, co wspólne, co może stanowić punkt oparcia. I znajduje urwane gesty AA Szymona Kuśmidra, kiedy nalewa towarzyszowi koniaku albo częstuje go papierosem. Najpierw, by udowodnić nad nim swoją przewagę, potem, by na chwilę przerwać nieuświadomioną trwogę choroby i bólu codzienności. Na koniec, gdy już się okaże, że „nic nie da się zrobić” XX Cyrwusa zasypia i głośno chrapie. AA natomiast prowadzi cicho swój ostatni monolog i nagle jego ciałem wstrząsa szloch. Jeden, krótki. Nie trzeba więcej. Przejmujący finał.

Zarówno Cyrwus, jak i Kuśmider grają wspaniale, czytając sensy zapisane w tekście i poza nim. Precyzyjnie charakteryzują swe postaci, wychodząc od kostiumu, chodu, sposobu zapalania papierosa. Nie szukają efektów, za to gdy trzeba, dają wybrzmieć ciszy. „Emigranci” to pokaz aktorstwa służebnego względem literatury, a jednak raz za razem udowadniającego swoją siłę. Tkwi ona chyba w goryczy dzieła Mrożka, która jest – cała – w rolach Piotra Cyrwusa i Szymona Kuśmidra. I oto jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek warszawskiego sezonu. W Teatrze Polskim mamy nowe Mrożkowskiego otwarcie. Powrót z czyśćca? Oby. 

„Emigranci” Sławomira Mrożka | reżyseria: Piotr Cyrwus | Teatr Polski w Warszawie