„Dybuk” reklamowany był jako nowe otwarcie warszawskiego Teatru Żydowskiego. Niektórzy spodziewali się, że przedstawienie wstrząśnie sceną nazywaną przez niektórych cepelią. Tak się nie stało. To jeden z najbardziej tradycyjnych, emocjonalnie wychłodzonych spektakli Mai Kleczewskiej
Przyznam, że trudno mi ostatnio nadążyć za teatrem Mai Kleczewskiej. W Bydgoszczy zrealizowała dwa arcydzieła oparte na tekstach Elfriede Jelinek: „Babel” oraz nie tak dawno temu „Podróż zimową”. Trzecie podejście do twórczości austriackiej noblistki już się nie udało. „Cieni” nie uratował nawet gościnny udział Katarzyny Nosowskiej. Właśnie to przedstawienie zdradzało, że z teatrem Kleczewskiej dzieje się coś niedobrego. Łatwo było odnaleźć w nim cytaty z samej siebie, niemalże wierne powtórki z dawnych, lepszych inscenizacji. Wrażenie to pogłębiło się wraz z przeróbką „Szczurów” Gerharta Hauptmanna, którą Kleczewska z dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim przygotowali w styczniu w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Tym razem artystka postanowiła przelicytować samą siebie, powrócić do dawnych pomysłów, ale w myśl zasady „szybciej, mocniej, głośniej”. Skończyło się na środowiskowych gierkach i dosłownym biciu piany. „Szczury” zawiodły nawet zaprzysięgłych zwolenników scenicznego stylu reżyserki.
Spektakl miał stać się mocnym uderzeniem w pierwszym sezonie nowego dyrektora Powszechnego, Pawła Łysaka. „Dybuk” też zdarzył się nieprzypadkowo. Jego premiera zainaugurowała obchody 65-lecia Teatru Żydowskiego, otworzyła też samodzielną dyrekcję Gołdy Tencer, która odziedziczyła teatr przy pl. Grzybowskim po jego wieloletnim szefie Szymonie Szurmieju. Od razu zapowiedziała też, że tradycję połączy z nowoczesnością, zapraszając do pracy zupełnie innych twórców. Niektórzy do dziś zastanawiają się, czym dyrektor Tencer przekonała do realizacji „Dybuka” w Żydowskim Kleczewską, do tej pory z trudem wyobrażaliśmy sobie ją w tym akurat teatrze.