Nie ma łatwo Grzegorz Jarzyna. Czego nie nasłuchałem się o jego ostatnim spektaklu... Że infantylny i płaski, że ma za bohaterkę idiotkę, a nawet że za mało w nim ideologii, bo w sumie nie ma czym się oburzać. Podobnie było niespełna rok temu, gdy w TR Warszawa wystawiał „Drugą kobietę” według scenariusza Johna Cassavetesa. Wtedy wytykano mu telenowelowe rozwiązania, zarzucano, że opisując teatr od kulis, zatrzymuje się na jego powierzchni. Jakoś nie chciano dostrzec ostrej ironii wymierzonej w samego siebie oraz wspaniałej roli Danuty Stenki. Było tak, jakby dawnym apologetom szefa TR nie spodobało się, że przestał już być nadwornym buntownikiem polskiej reżyserii. Jakby ze złością konstatowali, że Jarzyna zwraca się dziś ku tradycji, robi przedstawienia z początkiem, środkiem i zakończeniem.

Po obejrzeniu „Męczenników” mam pewność, że Jarzynie nie są dziś potrzebne jakiekolwiek etykietki. Nie ma znaczenia, czy ktoś odszuka w jego dzisiejszym teatrze ślady dawnego wichrzyciela, czy wręcz przeciwnie – nazwie go nowym klasykiem, określi mianem konserwatysty. Jarzyna idzie własną drogą, bardziej niż kiedykolwiek odporny na podszepty z zewnątrz albo podszyte ideologią ataki. Najnowsza jego inscenizacja wskazuje, że ma dziś dla siebie program maksimum, który z powodzeniem realizuje na macierzystej scenie. „Męczennicy” nie spełnią zatem oczekiwań tych wszystkich, którzy chcieliby od artysty nowego manifestu, zarysowania jasnej strategii dla teatru i samego siebie. Jarzyna ma być może strategię dla TR Warszawa jako jego dyrektor. Natomiast przy własnych projektach jak nigdy dotąd mówi od siebie, wyłącznie we własnym imieniu. Co prawda zaangażowanie aktorów oraz doskonałe efekty ich pracy potwierdzają, że w trakcie prób opowieść staje się również ich własnością. Mimo to ostatnie prace Grzegorza Jarzyny to teatr w pierwszej osobie.

Marius von Mayenburg kojarzy nam się jako nowy brutalista, najsłynniejszy jego dramat „Ogień w głowie” uznano nie od rzeczy za jeden ze sztandarów tego nurtu. Tyle że było to w końcówce poprzedniego wieku, a chęć wszczynania rewolucji przechodzi z wiekiem. Niemiecki pisarz ma dziś lat czterdzieści trzy, „Męczennicy” powstali w roku 2012. Osadzeni mocno w rodzimym dla autora kontekście szkoły i protestanckiej wiary grzeszyli nieco deklaratywnością postaw bohaterów, czasem też dosłownym obrazowaniem gorących problemów, ich wręcz publicystycznym ujmowaniem. A jednak było w sztuce Mayenburga coś frapującego, w tym właśnie tekście wciąż najłatwiej da się rozpoznać jego drogę – od kontestatora z wrzącą głową rzucającego granatem w rodzinę jako podstawową jednostkę społeczną w „Ogniu w głowie”, aż do autora moralitetu, bo „Meczenników” da się umieścić dokładnie na tej półce.

Tym tropem idzie znakomite przedstawienie Jarzyny, biorąc z dramatu słowa, ale zmieniając realia, kontekst, wyjściową sytuację. Zamiast Beniamina mamy tu Lidkę (Justyna Wasilewska), uczennicę warszawskiego gimnazjum. Wychowywana przez ojca (wspaniale powściągliwy Cezary Kosiński) dziewczyna dorastając, próbuje uporządkować swój świat. Przeżywa rozterki dojrzewania, rozczarowuje ją szkoła, czuje się odrzucona przez rówieśników. To widać na pierwszy rzut oka, ale to znaczy tyle, co nic. Istotne, że od pierwszej chwili wielkiej roli Justyny Wasilewskiej znać, że jej bohaterka mieści się w naszym, ale też innym porządku. Skoro otaczający świat nie daje jej punktów oparcia, nie ma w nim przejrzystego systemu wartości, należy szukać go na własną rękę. Lidka pogrąża się w Biblii, traktując ją dosłownie jako zbiór wskazówek do wykorzystania w codziennym życiu. Znajduje w niej wszystko, do czego dążyła, i gotowa jest wyciągnąć z Pisma Świętego nawet najbardziej ostateczne konsekwencje. Lidka zaczyna swoją krucjatę, oddycha nowym powołaniem, postanawia dzielić się nim z innymi.

Stąd blisko do szaleństwa religijnego fanatyzmu, ale w spektaklu Jarzyny nie ma jednego momentu przeistoczenia zwyczajnej nastolatki w opętaną fundamentalistkę. Wszystko dzieje się niepostrzeżenie w modlitwach Lidki i jej rozmowach z kolegami oraz nauczycielami. Justyna Wasilewska udowadnia w tej piekielnie trudnej roli, że jest dziś zapewne najbardziej niezwykłą aktorką swego pokolenia. Ma w sobie wewnętrzny żar, który sprawia, że chłoniemy jej słowa, krok w krok za nią podążamy. Tworzy osobowość zwichniętą, ale uwodzącą, nie pozwalając widzom na komfort bezpiecznego dystansu. Nie odrzucamy jej zatem z uśmiechem zażenowania, ale łapiemy się na współczuciu, nie biorąc przy tym niczyjej strony.

To największe zwycięstwo Jarzyny – zawłaszczenie widzów dla opowiadanej historii, sprawienie, że czujemy się jej częścią. Pisano przed premierą, że scenerię dla „Męczenników” tworzą rosnące w siłę ruchy fundamentalistyczne, kryzys Kościoła, brak zaufania do szkolnictwa, ortodoksyjne przywiązanie do symboli. Wskazywano, że TR Warszawa da komentarz do awantury o „Golgota Picnic”, którą żyła Polska mniej więcej dziewięć miesięcy temu. Refleksy tamtych zdarzeń i dyskusji są w przedstawieniu Grzegorza Jarzyny, ale mają dla niego znaczenie drugorzędne. „Męczennicy” są bowiem daleko od ideologii, jeszcze dalej od publicystyki. W osobistym, przełamywanym gorzkim humorem tonie opowiadają o tym, iż na gruncie pozornej normalności może zrodzić się szaleństwo.

Wiele tu spełnień aktorskich – obok Justyny Wasilewskiej wspaniała, obsadzona wbrew wizerunkowi Roma Gąsiorowska, ofiarna Aleksandra Konieczna, świetne epizody Sebastiana Pawlaka, Piotra Głowackiego, Dawida Ogrodnika. Harmonijnie zestrojony zespół oddanie pracujący na swą solistkę. Jest jednak jeszcze coś – projekcje wideo Roberta Mleczki. Poszerzają przestrzeń, filmowymi obrazami szkolnego korytarza czy szatni budują sceniczny świat „Męczenników”. Z czasem ulegają deformacji, jakby po drodze na ekran przechodziły przez chory umysł bohaterki. Fantastycznie odzwierciedlają też filmowe fascynacje Grzegorza Jarzyny. Jego teatr zawsze był sumą sztuk, szczególne miejsce oddając kinu. Dziś jest nią bardziej niż kiedykolwiek.

Męczennicy na podstawie dramatu Mariusa von Mayneburga | reżyseria: Grzegorz Jarzyna | TR Warszawa