Nie byłoby tego przedstawienia bez poprzedniego spotkania Pawła Łysaka z autorką sztuki Małgorzatą Sikorską-Miszczuk. Przyniosło ono wówczas „Popiełuszkę”. Łysak wystawił go w kierowanym przez siebie Teatrze Polskim w Bydgoszczy, a potem skromne widowisko stało się ogólnopolską sensacją. Wbrew wszystkim idiotycznie protestującym, choć niewidzącym wcześniej spektaklu, nie było w nim chęci wywołania skandalu. „Popiełuszko” nie był też próbą hagiografii ani opowiadania biografii narodowego męczennika, nie pretendował także do rekonstruowania jego ostatnich godzin. Sztuki Sikorskiej-Miszczuk dają swym bohaterom nowe życie, aby zadać jedyne chyba uzasadnione sytuacją pytania. Co tamci ludzie mówią o nas dzisiaj, jakie drogi nam podpowiadają, jakie postawy uosabiają? O Pawle Łysaku mogę powiedzieć natomiast, że od lat uprawia coś, co mógłbym nazwać teatrem obywatelskim. Czasem z bardzo dobrym, jak w przypadku „Popiełuszki”, skutkiem, czasem natomiast – tak było choćby z „Krzyczcie, Chiny” z Powszechnego – efekt skażony jest ideologią.

Od początku dyrekcji Łysaka Powszechny przyjął sobie motto wzięte od swego patrona Zygmunta Huebnera – „Teatr, który się wtrąca”. Jednym to hasło się podoba, innych irytuje, dziś widać jednak, że dobrze określa misję praskiej sceny. Wyraźnie zaznacza się to w obecnym sezonie, który zaczął się „Wściekłością” Mai Kleczewskiej, teraz mamy „Kuronia”, za chwilę przyjdzie „Klątwa” Wyspiańskiego zinterpretowana przez Olivera Frljicia. Kiedy zaprasza się takich artystów i bierze do podobnych tematów, o bezpieczeństwie i zmniejszaniu ryzyka nie może być mowy. Jest chyba tak, że Łysak ze swym zastępcą Pawłem Sztarbowskim postanowili odkryć karty i zaproponować swej publiczności teatr na wskroś polityczny. Pisałem po premierze „Krzyczcie, Chiny”, że jest teatr przekonanych robiony dla przekonanych. „Kuroń” wydaje się spektaklem dalece istotniejszym i o większej sile rażenia, mimo to jednak dałoby się powtórzyć pod jego adresem to samo zdanie. A może najzwyczajniej w świecie tak być musi, bo nadszedł czas, gdy trudno ukrywać się za przedstawieniami. W dodatku w ostatnich tygodniach widać coś szczególnie wyraźnie. W styczniu widziałem i opisywałem w „Kulturze” najpierw „Triumf woli” Strzępki i Demirskiego, potem „Ambonę ludu” Kruszczyńskiego i Kuczoka, teraz przychodzi pora na „Pasję według św. Jacka” Łysaka i Sikorskiej-Miszczuk. Zestawienie to nie jest przypadkowe i mówi coś ważnego. Oto powraca w Polsce teatr polityczny rozumiany jako narzędzie oporu. Są takie chwile, gdy trzeba odłożyć na bok kalkulacje i mówić mocno własnym głosem. Może za cenę subtelności wykrzyczeć ze sceny swój protest. Taki był już świetny „Juliusz Cezar” Szekspira w reżyserii Barbary Wysockiej, też z Powszechnego. „Kuroń” to inna skala tak dramaturgii, jak inscenizacji, a jednak założenia ma podobne.

Zaczyna się od prowadzonej na widowni rozmowy Aleksandry Bożek, Kazimierza Wysoty i Michała Jarmickiego. Bożek mówi z pozycji narodowych, Wysota z nią polemizuje, Jarmicki streszcza swe stanowisko w mocnym zdaniu „Wszystko spieprzyliśmy”. Do tego mamy jeszcze Funkcjonariusza (Grzegorz Falkowski), zapalonego melomana, który wybiera się właśnie na „Czarodziejski flet”, ale w drogę wchodzą mu dwie zwalczające się demonstracje i z opery Mozarta nici, można jedynie samemu zanucić arię Królowej Nocy. Pierwsze sceny wskazują więc jednoznacznie, iż jesteśmy we współczesnej Polsce i to nas tu i teraz ta opowieść będzie dotyczyć. Nas podzielonych jak nigdy, warczących na siebie, nieumiejących ze sobą rozmawiać. A Jacek Kuroń? Stanowić będzie sceniczny znak, raczej ideę niźli człowieka z krwi i kości. Kogoś, w kim możemy się odbić i zobaczyć swe wyostrzone rysy, niepiękne raczej, dodajmy. Grany przez debiutującego w Powszechnym Oskara Stoczyńskiego Kuroń jest młody i do prawdziwego Jacka całkiem niepodobny. Nosi T-shirt z podobizną Kuronia i próbuje nam go opowiedzieć ze swej perspektywy. Kogoś, kto żyje teraz i z prawdziwym Kuroniem się minął, siłą rzeczy ma też kompletnie inną wrażliwość.

Za takim ustawieniem tytułowej postaci muszą iść konsekwencje. Kuroń w Powszechnym jest na scenie niemal przez cały czas, ale nie on nadaje ton przedstawieniu. Jest raczej obserwatorem zdarzeń, wobec niego swoje postawy określają inni. Na przykład Ewa Skibińska w swej pierwszej roli po odejściu z wrocławskiego Teatru Polskiego. Gra, bagatela, Ukochaną Ojczyznę, a potem Gaję – wielką miłość Jacka. Gra ostro, mocnym słowem i gestem, choć z rysunkiem przynajmniej pierwszej roli niełatwo mi się zgodzić, bo wydaje się zbyt grubymi nićmi szyty. Polska półnaga, zbrukana i narcystyczna odbija w sobie myśli dzisiejszych polityków. Zbyt łatwe to chyba, niepotrzebnie aż tak wprost.

„Kuroń. Pasja według św. Jacka” na scenie Powszechnego mocno różni się od wersji, jaką w listopadzie ubiegłego roku drukował miesięcznik „Dialog”. Ponoć prace nad scenariuszem trwały do samej premiery, czego skutki widać w przedstawieniu. Wygląda na to, że rozrastał się i pęczniał od tematów, a każdy z nich wydawał się tak istotny, że zostawał w przedstawieniu. Trochę mi to przeszkadza, bo rozbija strukturę całości, sprawia, że dryfuje ona czasem ku cytatom z naszych polityków, skręca ku niezbyt odkrywczemu komentarzowi do dzisiejszych zdarzeń. Już w pierwszej wersji sztuki Sikorskiej-Miszczuk obecne było podwójne spojrzenie. Pierwsze Kuronia, a drugie Autora (znów Grzegorz Falkowski), który napisał kiedyś „Popiełuszkę”, a teraz skończył właśnie „Pasję według św. Jacka”. Odnoszę wrażenie, że w Powszechnym jest go jeszcze więcej i przyznaję, że w pewnym momencie gubię się w jego argumentach, łapię na tym, że przestają mnie obchodzić. Żałuję, iż spektakl nie skończył się wcześniej, choćby na efektownej scenie złamanego poloneza z muzyką Wojciecha Kilara, bo to dowód, że Łysak wie, jak przekłuwać najmocniejsze symbole. Chętnie słucham intymnej przemowy Stoczyńskiego, gdy jako Kuroń w swym życiu po życiu mówi, że chętnie przeszedłby się Wiejską do Sejmu, sprawdził, co stało się z dawnymi kolegami. Wiadomo, każdy jest gdzie indziej, często po przeciwległych stronach barykady.

Wyznanie Kuronia-Stoczyńskiego zabarwione jest nostalgią i tęsknotą za minionymi czasami. Jak na lekarstwo ich w całym przedstawieniu. Rozumiem, że taki był wybór reżysera, który postawił na dekonstrukcję postaw, a jednak trochę mi tego szkoda. Może dlatego, że dla mojego pokolenia Jacek Kuroń był mitem założycielskim nowej Polski, więc nie mogę być wobec niego obiektywny.

Nie ma w spektaklu w Powszechnym hagiografii, nie jest to także zamach na biografię bohatera Solidarności i architekta polskiej transformacji. Z odprysków zdarzeń, szczątków relacji i przeczuć Łysak z Sikorską-Miszczuk próbują zbudować pejzaż nieoczywisty raczej teraźniejszości niż bliskiej nawet historii. Za Jackiem Kaczmarskim zapytać „Co się stało z naszą klasą” i dać gorzką odpowiedź. Nie ma też na małej scenie Powszechnego śladu emocji, jakie towarzyszyły wyborom sprzed dwudziestu siedmiu lat, traktowanym jako punkt odniesienia dla bieżących spraw. Znowu rozumiem, ale żałuję, bo miło byłoby przypomnieć sobie tamten czas i poczuć atmosferę. Tyle że może byłby w tym ślad martyrologii, a jej autorzy przedstawienia chcieli jak ognia unikać. Mamy za to pytania o cenę, jaką za walkę Kuronia płacili jego bliscy, odmalowany zostaje, by tak rzec, domowy wymiar rewolucji. To chroni całość przed jednoznacznością, pozwala uciec od ocen. Mimo to nasuwają się one same – Kuroń z Powszechnego jawi się jako patron dialogu wszystkich ze wszystkimi, dialogu, który w dzisiejszej Polsce został zerwany i na razie jest nie do odbudowania.

Scenografię stanowią zdjęcia z tamtych lat – Kuroń, Michnik, Jan Józef Lipski, ludzie KOR. Wszyscy razem, jeszcze razem. Patrzę na wielką fotografię Jacka, zbliżenie jego twarzy. I myślę, że niełatwo znaleźć bohatera dla teatru trudniejszego. Bo siłą rzeczy owo zdjęcie – właśnie ta twarz – chwilami unieważnia całe przedstawienie Pawła Łysaka. Mówi więcej.