TEATR LUDOWY | Siła „Sekretnego życia Friedmanów” polega na powstrzymaniu osądu. Podglądamy bohaterów, siadamy obok nich, łapiemy z nimi kontakt, za chwilę okazuje się, że nic nie jest takie, jak nam się zdaje. Mocne, niecodzienne zdarzenie
Teatr Ludowy przez wiele ostatnich lat był na marginesie krakowskiego życia teatralnego. Przed laty, już za mojej pamięci, rozsławił go Jerzy Fedorowicz działaniami angażującymi społeczność Nowej Huty, która wówczas nie miała na miejscu jakiejkolwiek kulturalnej alternatywy. Głośna była chociażby inscenizacja „Romea i Julii” Szekspira, gdyż dyrektor Fedorowicz zaprosił do udziału w niej skinów i punków z okolicznych osiedli, po czym obsadził ich w rolach przedstawicieli zwaśnionych rodzin. Rozgłos zyskały też spektakle Jerzego Stuhra z nim samym w rolach głównych, choć odbiegały poziomem od najważniejszych osiągnięć artysty. Z czasem Ludowy tracił znaczenie, na pierwszy plan, z braku istotnych wydarzeń, wysunęły się wciąż podejmowane tam z pasją inicjatywy edukacyjne. Jak na teatr było to jednak dużo za mało. Do tego pod bokiem wyrosła nowohuckiej scenie konkurencja – prężnie rozwijająca się Łaźnia Nowa, i zaanektowała swą aktywnością nie tylko własne okolice. Przyznaję, nie bywałem w ostatnich latach w Ludowym. Nie czułem potrzeby, a i teatr nie wydawał się szczególnie zainteresowany przyciąganiem krytyków.
Obecny sezon przynosi jednak nowy początek. Kierownictwo w Ludowym objęła Małgorzata Bogajewska i teraz musi odbudować teatr na – powiedzmy delikatnie – nadpalonej ziemi. Na powrót przekonać ludzi, że warto w Ludowym bywać, nowej publiczności udowodnić, iż Nowa Huta jednak jest w Krakowie, co do tej pory udawało się sąsiadom z Łaźni. Do tego jeszcze dać nowy impuls aktorskiemu zespołowi, przyciągnąć do współpracy inspirujących reżyserów. Zadanie ekstremalnie trudne, ale piekielnie pociągające. Pewnie nie na tygodnie ani nawet miesiące, raczej na lata. Pierwszy krok został jednak zrobiony już na starcie.