To w sumie dziwne, że słowo „anomia” nigdy nie zrobiło takiej kariery jak np. wywiedziony z psychoanalizy termin „kompleks” – mało jest bowiem w ponadstuletnim dorobku socjologii pojęć trafniejszych. Wprowadzona do socjologicznego słownika przez Émile’a Durkheima jeszcze w XIX wieku anomia odnosi się do sytuacji, w której świat społeczny wyskakuje z utartych kolein, dotychczasowe reguły i normy tracą rację bytu, a nowe się jeszcze w pełni nie ukształtowały, nie mają szans się ukształtować albo stoją w dramatycznej sprzeczności z dawnymi strategiami życia. Z punktu widzenia jednostki anomia objawia się, mówiąc najogólniej, w poczuciu zagubienia, rozpadu, bezcelowości, bezradności, bezsensu istnienia.

XX stulecie było epoką anomii i wygląda na to, że XXI wiek także będzie – anomia jest bowiem ponurą siostrą nowoczesności oraz bliską krewną wszelkich totalnych projektów społecznych i politycznych. Bywa też bohaterką literacką, czasami nawet pierwszoplanową. Osobliwie widać to w powieściach twórców z Afryki. Jedna z najsłynniejszych afrykańskich książek zeszłego wieku, „Wszystko rozpada się” (1958) Chinuy Achebego, rzecz o wtargnięciu białych kolonizatorów i chrześcijaństwa w konserwatywny ład nigeryjskiego plemienia Ibo, kończy się samobójstwem głównego bohatera. A wzrost liczby samobójstw – obok rytualizacji życia społecznego i pojawienia się kontrkultury – to przecież papierek lakmusowy stanu społecznej anomii.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Można tę złożoną afrykańską depresję potraktować poważnie, jak uczynił to choćby nominowany w zeszłym roku do Nagrody Bookera Nigeryjczyk Chigozie Obioma w wydanych u nas niedawno „Rybakach” – ale można też potraktować ją anarchistycznie i kpiarsko. To specjalność Alaina Mabanckou, piszącego (wybitnie piszącego) po francusku Kongijczyka. „Interesują mnie dzieje upadków i klęsk, próby odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, że porządny człowiek staje się zgorzkniały, wściekły, mściwy, okrutny. Lubię bohaterów, którzy siłują się z życiem, stawiają opór i szukają dróg ucieczki – ze społeczeństwa, swojej klasy, z klanu, rodziny, nawet od siebie samego” – mówił w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej. Sięgając po historie ludzi zmarginalizowanych, zbuntowanych, szalonych, Mabanckou miksuje tradycje: sięga do żywiołu afrykańskiej literatury oralnej, do lokalnej mitologii i ludowej antropologii, i miesza te składniki – zarówno na poziomie języka, jak i na poziomie fabuły – z europejską powieścią łotrzykowską, z powiastką filozoficzną, z wizyjnym surrealizmem, z ostrą satyrą społeczną, z ideologiczną i medialną nowomową, wreszcie: z własną biografią.

Kongo w „Papryczce” jest zbudowane z samych sprzeczności, każda kolejna zmiana kursu przynosi wyłącznie pogłębienie chaosu; podziały plemienne, klanowe, religijne nakładają się na siebie, tworząc nieczytelną kakofonię, do tego władze raz sięgają po dyskurs nacjonalistyczny, innym razem zaś fascynują się sowieckim modelem realnego socjalizmu. Narrator powieści, podrzutek z państwowego sierocińca, relacjonuje nam swoje losy od dzieciństwa do wieku dorosłego – w pewnym sensie owe losy stanowią katalog sposobów na radzenie sobie z anomicznym lewitowaniem w społecznej próżni: począwszy od infantylnej hiperpoprawności w przestrzeganiu kretyńskich nakazów i zakazów, przez kontrkulturowy (w tym wypadku – przestępczy) bunt, po schizoidalne szaleństwo.

Mabanckou zatapia te gorzkie wnioski w strumieniu potocznej mowy, w potoku anegdot, dowcipów, miejskich i wiejskich legend, w korowodzie najosobliwszych ludzkich typów. Nie od dzisiaj wiadomo, że vis comica to w gruncie rzeczy jedyna siła zdolna się przeciwstawić egzystencjalnemu absurdowi. Narracyjny temperament Mabanckou jest zaś wszystkożerny i egalitarny: groteskę każe nam traktować na równi z tragedią. Zresztą w anomicznej rzeczywistości to doprawdy wszystko jedno.

Papryczka | Alain Mabanckou | przeł. Jacek Giszczak | Karakter 2016