"Obudził mnie Buba, mój najmłodszy syn, nie mógł złapać tchu. Boko Haram idzie, żołnierze uciekają! Kłamiesz – powiedziałam i nie ruszyłam się z maty. Przecież wojsko niedawno wkroczyło do wsi, mieli czołgi. Więc wyszłam przed drzwi. Stamtąd widać było główną drogę. Czołgi wyjeżdżały. Za jednym biegł żołnierz z butami w ręku, usiłował się na niego wdrapać. Jeden czołg utknął w rowie. Załoga po prostu go zostawiła i uciekła. Zawołałam dzieci, kazałam im schować w spiżarce worki z fasolą i wszystkie garnki, całą żywność. Zamknęłam zapasy. Prawie nic nie wzięliśmy, żadnych ubrań poza tym, co mieliśmy na sobie. Wybiegłam z naszego kwartału, trzymałam Bubę za rękę. Za plecami słyszałam okrzyki: Allahu akbar. To one nas popędzały. Bojownicy wchodzili do wsi. Widziałam, jak ze wszystkich domów wybiegają ludzie. Wszyscy uciekali”.
Sadiya, autorka tej wstrząsającej relacji, to tylko jedna z osób, które zgodziły się porozmawiać z Wolfgangiem Bauerem – niemieckim dziennikarzem i reporterem wojennym, pisującym m.in. dla tygodnika „Die Zeit”. Z takich opowieści Bauer zbudował „Porwane”, reportaż o kobietach, które zostały uprowadzone przez Boko Haram, ugrupowanie muzułmańskich radykałów działające na północy Nigerii.
Większość z nas usłyszała o Boko Haram dokładnie trzy lata temu, gdy bojownicy tej partyzantki porwali 276 dziewcząt ze szkolnego internatu w miejscowości Chibok. Media przez kilka tygodni żyły wówczas spekulacjami na temat potencjalnej interwencji Amerykanów w Nigerii, „odkryły” też na swoje potrzeby, że coś takiego jak Boko Haram – oraz jego żyjący na krawędzi szaleństwa lider, Abubakar Shekau – istnieje. Przez media społecznościowe w tym samym czasie przetoczyła się kampania pod hasłem „Uwolnić dziewczynki”, w którą zaangażowała się nawet Michelle Obama.