OCH-TEATR | Korzystając z motta z biblijnego Eklezjasty, Janusz Wiśniewski inspiruje się „Nosem” Mikołaja Gogola, by jak zawsze zbudować na scenie osobny świat. Wciągnie on miłośników i wyznawców artysty, innych zostawi w obojętności
Pisałem to przy okazji którejś z poprzednich premier Janusza Wiśniewskiego, powtórzę i przy tej okazji. To jest artysta w każdym kolejnym miejscu i przy pracy nad każdym kolejnym tekstem otwierający swój własny teatr – teatr Janusza Wiśniewskiego. Zmieniają się wykonawcy, chociaż niektórzy – jak tym razem Wiesław Komasa – do reżysera powracają. Zostają kompozytor Jerzy Satanowski i jego mocne rytmiczne frazy kojarzone już z przedstawieniami Wiśniewskiego oraz choreograf Emil Wesołowski, projektujący niby inny, a przecież bardzo za każdym razem podobny, od pierwszej chwili rozpoznawalny marszotaniec aktorów, ich szalony korowód. Dlatego to, czy Wiśniewski pracuje akurat w Gdańsku, Radomiu czy w warszawskim Polskim, Ateneum czy Ochu, ma znaczenie, choćby ze względu na aktorów, niemniej upieram się, iż adres w tej kwestii jest raczej drugorzędny. Więcej zależy od doboru tekstów. Wiśniewski zwykle traktuje podstawę scenariusza jedynie jako źródło inspiracji, poczynając sobie z literackim oryginałem nader swobodnie. Podobnie dzieje się także w warszawskim Och-Teatrze, gdzie wziął na warsztat „Nos” – jedno z najwybitniejszych opowiadań Mikołaja Gogola.
Zostawia z niego główny motyw – historię majora Kowalewa (Jarosław Boberek). Pewnego dnia przy Newskim Prospekcie w Petersburgu stracił on nos, który nie wiedzieć czemu odpadł z jego twarzy. Odpadł i zaczął żyć własnym życiem, rujnując w samych podstawach egzystencję swego dotychczasowego właściciela. Ten zaś rzuca się za niewdzięcznym organem w nieustanny pościg, ale nawet końcowy sukces nie gwarantuje, że sprawy wrócą na właściwy tor.