TEATR DRAMATYCZNY | „Bent” na Scenie Przodownik nie epatuje niepotrzebną drastycznością, mimo tematu nie skandalizuje, choć bywa przedstawieniem okrutnym. No i przynosi znakomitą rolę Mariusza Drężka
Bywa i tak, że w natłoku rzeczy do obejrzenia w ciągu sezonu spektakl umyka i nie daje się złapać. Raz grają, a ja w mieście X, drugi raz grają, a ja na krótkich wakacjach. I tak mija miesiąc po miesiącu, a zaległość pozostaje nieodrobiona. Teatr Dramatyczny pracuje na czterech scenach w systemie, który zapełniania luk nie ułatwia. Premiera, dwie albo trzy prezentacje i do widzenia się z tytułem na miesiąc, a czasem prawie dwa. Ma Dramatyczny na afiszu bardzo wiele inscenizacji i pewnie stąd taki sposób konstruowania repertuaru. Na szczęście co wakacje proponuje letni przegląd. W ten sposób w lipcowy wieczór trafiłem na „Bent”, który premierę miał na początku października ubiegłego roku.
Spektakl wyreżyserowała Natalie Ringler, dotychczas pracująca przede wszystkim w Szwecji. „Bent” to jest, zdaje się, jej polski debiut. Nic nie wiem również o autorze dramatu Martinie Shermanie, chociaż w programie czytam, że jego sztuki wystawiano w pięćdziesięciu pięciu krajach, nominowano je do prestiżowych nagród, w ekranizacji „Bent” zagrali Clive Owen, Mick Jagger i Lothaire Bluteau. Jednak w Polsce Sherman pozostawał dotychczas twórcą nieznanym. Sądząc po tekście wystawionym w Przodowniku, mimo nieco koślawego tłumaczenia Rubi Birden – szkoda.