W książce Thomasa Bernharda „Dawni mistrzowie” pojawia się postać Walijczyka, który trzyma w swojej sypialni tak doskonałą kopię „Siwobrodego mężczyzny” Tintoretta, że w obliczu niemożności znalezienia różnic posługiwanie się pojęciami oryginału i jego duplikatu nagle traci zasadność. Co z tego wynika? Poza konfuzją niewiele. Oryginał pozostaje na swoim miejscu, kopia – na swoim. Jacek Dehnel, pisząc „Krivoklata”, postąpił przewrotnie: o niepowtarzalności dzieła sztuki postanowił opowiedzieć, naśladując styl innego pisarza – Thomasa Bernharda. Niektórzy twierdzą, że Dehnel podrabia Bernahrda bezbłędnie. Rzeczywiście, „Krivoklat” jest literacką zabawą, w której autor dowodzi swojej wirtuozerii i doskonałego słuchu. Jest niezrównany w imitowaniu Bernhardowskich fraz, które układają się w napędzane furią tyrady szaleńców. Bohaterowie autora „Kalkwerku” słyną przecież z nieopanowanego gadulstwa, gadulstwa maniackiego, pełnego powtórzeń i obsesyjnie powracających zwrotów.

Krivoklat Jacek Dehnel - recenzja

Krivoklat Jacek Dehnel - recenzja

źródło: ShutterStock

Bohater Dehnela mówi do nas w pierwszej osobie. Jest wariatem i wcale tego nie kryje. Od ponad trzydziestu lat pędzi żywot w zamkniętych zakładach psychiatrycznych i nie ma wątpliwości, że w zamknięciu pożegna się ze światem. Jest jednak coś, co dla Krivoklata staje się celem wszelkich działań. Całe jego życie zostaje podporządkowane obmyślaniu planu uzyskania przepustki, która umożliwi mu udanie się do galerii sztuki i zniszczenie wyjątkowo cennego dzieła za pomocą kwasu siarkowego. Krivoklat miał swój pierwowzór. Był nim niejaki Hans-Joachim Bohlmann, Niemiec, który specjalizował się w seryjnym niszczeniu dzieł sztuki. Straty wynikłe z jego wandalizmu oszacowano na około 140 mln euro. Ale jest jeszcze jedna postać patronująca Krivoklatowi. Chodzi o Regera, głównego bohatera Bernhardowskich „Dawnych mistrzów”. On i Krivoklat mają sporo wspólnego. Bohater Dehnela od trzydziestu lat niszczy dzieła sztuki, Reger zaś od lat trzydziestu co drugi dzień przesiaduje w sali Bordona w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum, przypatrując się „Siwobrodemu mężczyźnie” Tintoretta. Obaj są wdowcami w podeszłym wieku, obaj uważają się za koneserów sztuki, a to, co brzydzi ich najbardziej, to brak elementarnego smaku.

Krivoklat dokonuje aktów wandalizmu, bo ma nadzieję, że coś jeszcze jest w stanie światem wstrząsnąć. Dzieła, które poddaje destrukcji, są dokładnie wyselekcjonowane. Nie podjąłby się zniszczenia obrazu, który uznałby za pośledni. To podważyłoby zasadność całego przedsięwzięcia. Chodzi o to, by ludzie odczuli niepowetowaną stratę. Żeby zrozumieli, że dzieło sztuki jest niepowtarzalne i niemożliwe do zastąpienia. Pustki po zniszczeniu Rembrandta czy Vermeera nie wypełni nic. Działania Krivoklata pozostają jednak niezrozumiane. Nikt nie przejmuje się pustką po Rembrandcie czy Vermeerze, nikt nie zadaje pytania, jak głęboko utrata wielkiego dzieła zubaża naszą duchowość. Zamiast tego dziennikarze z zapałem przeliczają straty na pieniądze, bo tylko liczby przemawiają do współczesnego czytelnika gazet. Tak samo nikogo nie obchodzi, jaki będzie świat bez dzieła któregoś z wybitnych mistrzów, wszystkich za to pasjonuje życie prywatne Krivoklata. Jakich miał rodziców? Czy był maniakiem seksualnym? Cierpiał na kompleks niższości? Chciał zamanifestować poglądy polityczne?

Krivoklata, tak samo jak Regera, mierzi współczesny sposób przeżywania sztuki. Obaj wyklinają pustosłowie muzealnych broszur i esejów poświęconych malarstwu. Plują na krytyków, historyków sztuki, przewodników wycieczek, a nade wszystko na nauczycieli państwowych szkół, którzy z determinacją godną lepszej sprawy i stuprocentową skutecznością obrzydzają młodym ludziom miłość do sztuki. Ale porównując „Dawnych mistrzów” z „Krivoklatem”, odkrywa się różne temperamenty autorów. Bohater Dehnela idealizuje dawnych mistrzów. Niezachwianie wierzy w piękno i duchową, niepoddającą się werbalizacji siłę oddziaływania sztuki na dostatecznie wrażliwego odbiorcę. Bohater Bernharda gra va banque – strąca z piedestałów wszystkie świętości, także dawnych mistrzów. Krzyczy: nienawidzę! I jego nienawiść nie oszczędza nikogo. – Ostatecznie każde dzieło sztuki można ośmieszyć – mówi Reger, Krivoklat go nie słucha.

Krivoklat | Jacek Dehnel | Znak 2016