Domyślam się, że twórcom spoza Korei Północnej bardzo trudno jest nakręcić dokument o tym kraju. Czy w ramach przygotowań do realizacji „Pod opieką wiecznego słońca” obejrzał pan wiele filmów zrealizowanych przez kolegów po fachu?

W ostatnich latach naliczyłem około 15 filmów o Korei Północnej zrealizowanych przez obcokrajowców. Jak na tak izolowany kraj to wcale niemało. Ze wszystkich tych dokumentów bodaj największe wrażenie zrobiła na mnie „Defilada” Andrzeja Fidyka. Nie odczuwałem jednak kompleksu wobec niej, bo pomyślałem sobie, że powstała prawie trzy dekady temu, a koreańska rzeczywistość potrzebuje świeżego spojrzenia.

W Korei Północnej powstają również filmy realizowane przez reżyserów pracujących w służbie reżimu.

Zapoznałem się także z nimi. Jak można się domyślić, jest to kino w stu procentach propagandowe. Również z niego można jednak dowiedzieć się wielu rzeczy o północnokoreańskiej codzienności. Wystarczy przymknąć oko na dynamiczny montaż i pełną patosu muzykę, a zamiast tego skupić się na zawartości pojedynczych kadrów. Szczególnie utkwił mi w pamięci jeden z nich: zimowa noc, wokół prawie żadnego światła, mnóstwo ludzi stoi po pas w lodowatej wodzie i podaje sobie pnie służące do budowy jakiegoś rządowego obiektu. Tego typu sceny dają doskonałe wyobrażenie o determinacji Koreańczyków i gotowości do poświęceń w imię wodza.

Z czego bierze się u nich tak głębokie posłuszeństwo wobec władzy?

To następstwo wszechobecnej indoktrynacji. W północnokoreańskich mediach nie ma obszarów neutralnych ideologicznie. Nawet dobranocki opowiadają głównie o bohaterskich czynach Kim Ir Sena. Wizerunek lidera jest w nich sprytnie ambiwalentny: z jednej strony to ktoś życzliwy i bliski ludziom, a z drugiej obdarzony czarodziejskimi mocami, umiejący latać i przenosić góry swoimi rękoma. Ciekawe jest również to, że w północnokoreańskiej telewizji nie pokazuje się reklam. Ich miejsce zajmują klipy sławiące dokonania reżimu.

Na Zachodzie ludziom zdarza się postępować pod dyktando ideologii albo popkultury. Czy można zatem powiedzieć, że pański film pokazuje uniwersalne mechanizmy zniewolenia jednostki we współczesnym świecie?

I tak, i nie. Nie wolno zapominać, że sytuacja w Korei Północnej została posunięta do ekstremum. Na Zachodzie może pan pozostawać pod nieustannym wpływem bodźców i być ofiarą agresywnych kampanii reklamowych, ale ostatecznie to pan i tylko pan decyduje o tym, czy wypije dziś coca-colę czy pepsi. Tragedia Koreańczyków polega na tym, że nie pozostawia im się możliwości wyboru.

W wielu momentach pańskiego filmu pracownicy północnokoreańskiej służby bezpieczeństwa przejmują role reżyserów i mówią bohaterom, jak powinni zachować się w poszczególnych scenach. Praktyki te wydają się wstrząsające, ale do podobnego sposobu pracy przyznaje się dziś także wielu dokumentalistów.

Ostatnio chętnie mówi się o zacieraniu granic pomiędzy fikcją a dokumentem. Osobiście uważam jednak, że nie wolno posuwać się w tym procesie zbyt daleko. Jeśli sterujesz bohaterami i mówisz im, jak mają zachować się w konkretnej scenie, nie możesz dłużej nazywać się dokumentalistą. Zamiast tego, nawet jeśli nie pracujesz na konto żadnej władzy, stajesz się twórcą propagandy.

Co najbardziej zaskoczyło pana podczas wielomiesięcznego pobytu w Korei?

Gdy tam przyjeżdżałem, byłem przekonany, że wsiądę do wehikułu czasu i znajdę się w świecie przypominającym Związek Radziecki z lat 30. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej przerażająca. Dzisiejsza Korea Północna jest jak ZSRR, w którym Stalin nie zmarł wcale w 1953 roku, lecz na każdym kroku pogłębia jeszcze swoją dyktatorską władzę.

W jaki sposób udało się panu przełamać strach przed zdemaskowaniem pańskich intencji i ewentualnymi represjami ze strony reżimu?

Na szczęście nie miałem czasu na tego rodzaju rozmyślania. Agenci północnokoreańskich służb nie odstępowali nas ani na krok, więc myśli wszystkich członków ekipy krążyły wokół prób przechytrzenia ich i ukrycia materiałów, które rejestrowaliśmy w tajemnicy. To, jak wiele ryzykowaliśmy, uświadomiliśmy sobie dopiero, gdy bezpiecznie wróciliśmy do domów.

Jak to możliwe, że w dobie globalizacji północnokoreańskie państwo wciąż może sprawować kontrolę nad obywatelami?

Wbrew pozorom to wstrząsające w swojej prostocie. Wystarczy podjąć trzy kroki: odciąć ludzi od internetu, przejąć kontrolę nad pozostałymi mediami i zamknąć granice, a już możemy mówić o pełnej i skutecznej izolacji milionów obywateli.

Wiele osób liczyło, że sytuacja zliberalizuje się po dojściu do władzy wykształconego w Szwajcarii Kim Dzong Una.

Lenin studiował w tym samym kraju i co z tego? Nie stał się przez to ani trochę subtelniejszy. Każdy dyktator ma w sobie coś z cynika żyjącego życiem zupełnie innym niż to, które funduje swoim obywatelom. Jako Polak z pewnością doskonale pan o tym wie. Niezależnie od peerelowskiej nędzy, wasi dygnitarze – tak samo jak radzieccy – byczyli się przecież w swoich willach, oglądali zachodnie kino i ubierali żony u modnych projektantów.

Czy myśli pan, że położenie Koreańczyków z północy może w przyszłości zmienić się na lepsze?

Na pewno nie stanie się tak za kadencji obecnego przywódcy. Do liberalizacji reżimu może doprowadzić dopiero jego następca, który obejmie władzę za 30–40 lat. Nawet jeśli zdecyduje się na ustrojowe zmiany, wyzbycie się wiernopoddańczego stosunku do władzy zajmie jednak Koreańczykom pewnie ze trzy pokolenia. Jakkolwiek pesymistycznie to zabrzmi, obawiam się, że o trwałych przemianach tamtejszej rzeczywistości będzie można mówić najwcześniej za 100 lat. Ani ja, ani pan nie będziemy więc mieli szansy, by tego doczekać.

Czy fakt, że przeżył pan swoją młodość w ZSRR, kształtuje w jakiś sposób pańskie spojrzenie na współczesną Koreę?

Wydaje mi się, że moja optyka różni się od perspektywy twórców z Zachodu. Filmowcy, którzy nigdy nie doświadczyli życia w totalitaryzmie, często nie potrafią zrozumieć koreańskiej rzeczywistości, patrzą na nią z dystansem i ratują się ucieczką w absurd, groteskę. Mnie tymczasem nie opuszcza poczucie, że gdyby sytuacja polityczna w Rosji ułożyła się odrobinę inaczej, znalazłbym się w tym samym miejscu, w którym są dziś Koreańczycy. Taka świadomość prowokuje pokorę i pozwala otoczyć mi ich głębokim współczuciem.