Ci drudzy zaliczyli zaledwie jedną wtopę, ale jakże spektakularną. Zaproszenie do konkursu najnowszego filmu Seana Penna „The Last Face” z Charlize Theron i Javierem Bardemem to pomyłka dekady. Kolonialne spojrzenie na Afrykę irytuje i niepokoi, zaś rozgrywający się na tle dramatycznych wydarzeń w RPA, Liberii i Sierra Leone wątek miłości dwojga pracowników organizacji humanitarnych przyprawia o ból zębów. Podobno polski dystrybutor, którego przedstawiciele zobaczyli obraz w Cannes, zdecydował się wprowadzić go od razu na rynek DVD. Słuszna decyzja.

„The Last Face” jurorzy nie nagrodzili, za to statuetkę dla najlepszego reżysera przyznali Olivierowi Assayasowi, którego „Personal Shopper” podzielił widzów i krytyków (ex aequo wyróżniono Cristiana Mungiu, który na Riwierze pokazał „Graduation”). Po premierowej projekcji został niemiłosiernie wygwizdany, choć wśród buczących dziennikarzy znaleźli się i tacy, którzy bili brawo. Problem z tym filmem wiąże się z jego konwencją. Horror o dziewczynie, która esemesuje z duchem, do konserwatywnego Cannes pasuje jak marchew do butonierki.

Kontrowersyjną decyzją okazała się także nagroda jury dla Andrei Arnold. „American Honey” to najsłabszy film w jej dorobku – rozwleczony, męczący i tracący swój potencjał w połowie. Brytyjka jest jedną z dwóch obok Maren Ade reżyserek, które stanęły w szranki w głównym konkursie, i jedną z dwóch kobiet nagrodzonych na festiwalu. Druga to Jaclyn Jose, w której ręce powędrowała nagroda dla najlepszej aktorki za tytułową rolę Ma’Rosy w filmie Brillante’a Mendozy. To kolejne zaskoczenie, bo pewnikiem w tej kategorii była Sonia Braga. Jej genialna kreacja w „Aquariusie” Klebera Mendonçy Filho doczekała się 15-minutowej owacji na stojąco. Film zresztą typowano jako faworyta do Złotej Palmy. Jednak brazylijskie dzieło wyjechało z Cannes bez nagród. Tak samo jak „Toni Erdmann” Maren Ade, który we wspomnianej tabeli krytyków uzyskał rekordową średnią 3,7. Przewodzący jury George Miller wielokrotnie podkreślał, że nie czuł presji, żeby nagradzać kobietę reżyserkę (co dotąd w Cannes zdarzyło się raz, w 1993 roku, kiedy Złotą Palmę otrzymała Jane Campion za „Fortepian”). Nie chciał też uginać się pod naciskami prasy. – Chciałem nagrodzić te filmy, które poruszyły mną, a nie wszystkimi dookoła – mówił na konferencji prasowej.

Zgodny z krytykami był w przypadku świetnego „The Salesman” Asghara Farhadiego. Irańczyk tym razem nawiązał w scenariuszu do „Śmierci komiwojażera” Arthura Millera. W efekcie powstał przenikliwy portret opętanego prywatnym śledztwem mężczyzny. W głównej roli pojawił się znany z „Rozstania” Shahab Hosseini, który z Cannes wyjechał ze statuetką dla najlepszego aktora. Farhadi został wyróżniony za scenariusz.

Główny laur natomiast niespodziewanie powędrował w ręce 79-letniego Kena Loachaza dramat „Ja, Daniel Blake”. To druga Złota Palma w jego dorobku, co do tej pory udało się nielicznym (m.in. braciom Dardenne). Jego zaangażowane społecznie dzieło o cieśli, który zostaje przemielony przez machinę biurokracji, to taki „film Loachowski”, jak mówiło się w Cannes. Werdykt niektórzy komentatorzy określali mianem politycznej decyzji, zwłaszcza w kontekście lewicowych sympatii Millera. Mnie jednak wydaje się, że to pochwała autorskości, tak silnie w Cannes podkreślanej. Nagrody dostały przecież filmy: Loachowski, Dolanowski czy Farhadiowski. Szkoda tylko, że Jarmuschowski musiał obejść się smakiem.