REPORTAŻE | Dwie relacje z dwóch krańców byłego ZSRR – skrajnie różne relacje. Jedna operująca ironicznym konkretem człowieka Zachodu, druga mistycznym uniesieniem Rosjanina
Związek Sowiecki zajmował powierzchnię 72 razy większą od terytorium Polski. Ogromne liczby pozostawione samym sobie praktycznie niczego nam nie mówią o rzeczywistości, nie ma żadnego sposobu, by wyobrazić sobie chłodną albo gorącą pustkę tych 22 i pół miliona kilometrów kwadratowych. Z tego samego powodu pod koniec 1991 roku trudno było uwierzyć w informację, że Kraj Rad (cokolwiek miała znaczyć ta pompatyczna nazwa) się rozpadł – coś tak wielkiego nie mogło się po prostu rozpaść. W metaforze rozpadu dominował element nie tyle apokaliptyczny, ile geologiczny: tak jakby na naszych oczach w miejscu Himalajów uformowało się morze.
Ale ta metafora była trafna – choć pozornie szło o zwykłą zmianę polityczną i wyrysowanie na mapach nowych granic, obserwowaliśmy na żywo katastrofę największego eksperymentu społecznego w dziejach, smutny koniec mesjanistycznej utopii komunizmu, utopii, która okazała się cmentarzem dla dziesiątek milionów swoich ofiar. Jednocześnie już wtedy było oczywiste, że ta utopia będzie opłakiwana, że stanie się nostalgicznym symbolem minionego szczęścia.