Miniony rok można scharakteryzować jako swoisty powrót do naszych nierzadko pierwszych popkulturowych miłości, które przed przeszło ćwierćwieczem nierozerwalnie związane były z otwarciem się Polski na barwną kulturę Zachodu. Do kin weszły nowe odsłony „Gwiezdnych wojen”, „Mad Maxa”, „Terminatora” i „Parku Jurajskiego”, reaktywację ogłosili panowie z Guns N’Roses, a na małe ekrany miał powrócić serial utożsamiany z latami 90. – „Z archiwum X”. Po dziewięciu sezonach i przeszło 200 odcinkach chyba mało kto spodziewałby się, że tropiący tajemnicze rządowe spiski i zdarzenia nadnaturalne agenci Mulder i Scully jeszcze poprowadzą jakiekolwiek dochodzenie, szczególnie że gwoździem do trumny podobnego projektu był nieudany film z 2008 roku z podtytułem „Chcę wierzyć”. Nie, wierzyć już chyba nie było komu.

A jednak cud się zdarzył. Telewizja Fox, zachęcona powodzeniem, jakim cieszył się wskrzeszony po kilku latach przerwy serial „24 godziny”, dogadała się z Chrisem Carterem, twórcą „Z archiwum X”. Odtwórcy głównych ról Gillian Anderson i David Duchovny od razu zastrzegli, że choć cieszą się na powrót, nie mają ani czasu, ani siły na spędzenie paru miesięcy na planie – stąd decyzja o realizacji zaledwie sześcioodcinkowej miniserii z opcją ewentualnego przedłużenia o kolejną. Zapewne nie przyjmie się model brytyjski, gdzie „Sherlocka” czy „Luthera” kręci się niekiedy i raz na parę lat, bo telewizja amerykańska rządzi się innymi prawami, ale pozostaje wierzyć, że odkurzone „Z archiwum X” chwyci i doczeka się regularnych, corocznych odsłon. A o to chyba wszyscy zainteresowani mogą być spokojni, dysponując bowiem takim zapleczem sentymentalnym, Fox nie musi się martwić o wynik oglądalności przynajmniej pierwszej miniserii. O jej poziom również.

Już pierwszy odcinek zatytułowany „Moje zmagania” i będący częścią dwuodcinkowej premiery wywraca do góry nogami to, co serwowano nam przez bez mała dekadę. Żeby nie zdradzić zbyt wiele: cokolwiek rozczarowujące zakończenie serialu, które wielu przyprawiło o jęk boleści, zostaje może nie tyle wymazane, ile nadpisane. Innymi słowy, Mulder i Scully znowu są potrzebni, gdyż, jak informuje przybyły znikąd Tad O’Malley – tropiąca rządowe przekręty gwiazda internetu – przez lata wodzono ich za nos. Gra pozorów wkracza w rozstrzygającą fazę, a prawda wydaje się bliższa niż kiedykolwiek. A może się oddala? Bo z „Z archiwum X” nigdy nie można być niczego stuprocentowo pewnym i niewykluczone, że to, co pierwszy odcinek pokazuje jako niemieszczące się w głowie rewelacje, to nic innego jak kolejna ułuda.

Prócz Duchovny’ego i Anderson powraca również Mitch Pileggi jako dyrektor Skinner, który dąży do ponownego otwarcia archiwum X. Jakie są jego prawdziwe motywacje, dowiemy się zapewne pod koniec miniserii, kiedy to Carter i dobrze znani fanom scenarzyści – James Wong oraz bracia Glen i Darin Morganowie – odkryją karty. Następne trzy odcinki mają trzymać się lubianego formatu z „potworem tygodnia” – łącznie z „Powrotem do domu”, wyczekiwanym sequelem historii demonicznej rodziny Peacocków – oraz obowiązkowym kawałkiem humorystycznym, a dopiero dwa ostatnie powrócą do głównego wątku fabularnego związanego z przybyszami z obcych planet i ich domniemanym planem kolonizacji Ziemi.

A wszystko to oznacza, że ostatecznie zignorowane zostanie oficjalne komiksowe przedłużenie serialu, czyli sezon dziesiąty (wydawany także u nas), które będzie funkcjonować jako popkulturowy apokryf. Można więc jedynie się zastanawiać, czy Chris Carter domknie ostatecznie wszystkie wątki, bo na razie na papierze planowane odcinki wyglądają raczej na listę przebojów, przypomnienie starszym dziś o kilkanaście lat widzom, dlaczego niegdyś co tydzień zbierali się przed telewizorami.

A czasy się zmieniły. Z ziaren zasianych przez Cartera wyrosły inne seriale (dzisiaj stanowiące zresztą konkurencję), a on sam po zamknięciu „Z archiwum X” nie zrealizował już nic godnego uwagi. Mulderem może zostać każdy z dostępem do internetu, a konspiracyjne teorie negowane niegdyś przez Scully przegoniła rzeczywistość. Zresztą zaraz po telewizyjnej premierze pierwszego odcinka zapewne pojawią się w sieci niezliczone dociekania i domniemania. Zawalone papierowymi teczkami szuflady szafek na akta zdają się reliktem ery analogowej, tak jak serial Chrisa Cartera, który antycypował strachy epoki cyfrowej, jednocześnie nurzając się w gatunkowym sosie z pogranicza horroru i science fiction. Jak zatem „Z archiwum X” poradzi sobie w zderzeniu ze światem, który samo pomagało kreować? Odpowiedź poznamy wkrótce. 

Z archiwum X | Fox | poniedziałek, godz. 21.00