Oto Maria Maj, Adam Woronowicz i Rafał Maćkowiak – uznani aktorzy TR Warszawa widywani w jego sztandarowych produkcjach – wcielają się w role ochotników, którzy przyszli zastąpić Maj, Woronowicza i Maćkowiaka, bo ci akurat mieli co innego do roboty niż granie na scenie. Wolontariusz grany przez Woronowicza cieszy się jak dziecko, bo przecież Woronowicz to taki wspaniały aktor. Wolontariuszka grana przez Maj cieszy się nieco mniej, bo może milej byłoby zastępować kogoś młodszego niż Maj i o lepszej figurze. A chętny na miejsce Maćkowiaka grany przez Maćkowiaka nie ukrywa, że znacznie lepiej czułby się w roli Dawida Ogrodnika. Bo Ogrodnik to jest ktoś, a Maćkowiak nawet do końca nie wiadomo, jak wygląda. Nieprawdopodobnie zabawne są monologi aktorów TR „w poszukiwaniu samych siebie”. Tym bardziej że dostajemy ich saute stojących przed nami w całej upiornej śmieszności tej sytuacji. Karasińska właściwie ich bycia na scenie nie reżyseruje, pozwalając Maj, Woronowiczowi i Maćkowiakowi na autoironię i delikatność wobec siebie. Przy okazji tworzy coś na kształt notatek na marginesach na temat TR Warszawa jako miejsca, które jest niewolnikiem przypiętej mu przed laty etykiety i od dość dawna próbuje na nowo się zdefiniować. Na szczęście jednak „Ewelina płacze” jak najdalsza jest od jakiegokolwiek manifestu.

Jest jeszcze wolontariuszka Ewelina, czyli Ewelina Pankowska, prawdziwa Ewelina Pankowska. Ma zastąpić Magdalenę Cielecką, która jest dla niej absolutnym punktem odniesienia. Tyle że pęka, zdając sobie sprawę z własnego lęku i kompleksów. Prywatno-artystyczna postawa Eweliny i jej płacz pokazują, że życie jest gdzie indziej. Spektakl Karasińskiej to takie niby nic. Świeże, zabawne, a na koniec przejmujące. Niby nic?

Ewelina płacze | reż. Anna Karasińska | TR Warszawa