Szukałam polskiego odpowiednika angielskiego określenia „baby bump”, które posłużyło za tytuł twojego filmu. Nie ma.

Od początku wiedziałem, że nie będę tłumaczył tego sformułowania dosłownie. Po pierwsze „brzuch ciążowy” to nie jest dobrze brzmiący tytuł; po drugie – nie o tym traktuje film. Jest dość przewrotny przekład „baby bump” w jednym z internetowych tłumaczy: „dziecko guz”. Czy taki tytuł byłby lepszy – bo polski – niż tytuł angielski? Określenie „dziecko guz” zakłada jakąś anomalię. My nie boimy się anomalii, opowiadamy o nich w filmie, tyle że z perspektywy 11-letniego bohatera. „Baby Bump” to filmowy portret tego, co dzieje się z ciałem i emocjami młodego człowieka. Uznaliśmy, że angielski zwrot „baby bump” jako tytuł będzie lepszy, bo będzie działał jak hasło czy wręcz symbol tajemniczych zmian i czegoś nieznanego, nowego, co nadchodzi. Inną sprawą jest, że język angielski przeplata się w filmie z językiem polskim. Ten rodzaj mieszanki jest coraz bardziej słyszalny na ulicy.

Nie przypominam sobie współczesnego polskiego filmu, który w tak śmiały i wreszcie bezpruderyjny sposób opowiadałby o dojrzewaniu chłopca i wszystkim tym, co się z tym wiąże – tożsamości seksualnej, rodzącej się świadomości ciała, fascynacji seksem i dziewczynami, w tym własną matką i jej seksapilem.

O cielesności i seksualności chłopców w okresie dojrzewania nie mówi się za dużo, co najwyżej ktoś napomknie o pryszczach i mutacji. Wiadomo, mutacja jest czymś niekomfortowym, każdy chłopak pamięta dziadka, który po raz kolejny pytał: „Znów jesteś chory?”. Mam wrażenie, że idealizuje się ten okres, a dojrzewanie to coś więcej niż bunt i spocone dłonie. Nic w tym czasie nie jest tak oczywiste i ugładzone. W „Baby Bump” chciałem o tym powiedzieć.

Twój bohater, 11-letni Mickey House, zarabia pieniądze na operację odstających uszu. Robi to w tajemnicy przed matką, z którą mieszka. Łatwo było wejść w świat sekretów, bolączek, marzeń i ambicji nastolatka? Patrzyłeś wstecz?

Nie miałem z tym problemów. Nie jest tak, że opowiadam prywatne historie, ale na pewno filtruję wszystko przez siebie. Bez poczucia wstydu czy obciachu. Opowiadając o dzieciakach – do tej pory tak było – zawsze miałem poczucie wolności. Lubię szarżować w kinie, czasami może nawet robię to za bardzo, ale brak ograniczeń pozwala mi odczuwać wieczny głód kina – bez szukania, błądzenia, sprawdzania, eksperymentowania nie ma kina. Nie chcę i nie czuję potrzeby tłumaczenia się ze stosowanych rozwiązań. Mogę o tym rozmawiać, analizować, dyskutować, ale robiąc film, muszę mieć wolność i swobodę. Biorę za to pełną odpowiedzialność.

Czym się inspirowałeś, tworząc „Baby Bump”? W filmie czuć fascynację animacją, komiksem, wczesnymi czarno-białymi filmami animowanymi Disneya, światem popkultury...

Myślę, że robiąc filmy, nie tyle się inspiruję, ile odrabiam lekcje. Próbując odzwierciedlić świat młodych ludzi, robię dokładny research i dokumentację. Podsłuchuję, podglądam, wchodzę na fora internetowe, czytam gazety, sprawdzam, jak wygląda i brzmi współczesna, młoda składnia. Sama sobie trochę odpowiedziałaś na powyższe pytanie, nie miałem jednego źródła inspiracji. Co ważne, mniej więcej w tym samym czasie realizowałem swój drugi – bądź pierwszy jak kto woli – pełnometrażowy film „Królewicz Olch”. Pragnąłem, by te dwie produkcje bardzo różniły się od siebie formalnie. I to się udało. „Baby Bump” wizualnie jest obrazem prostym, choć ma rozbudowaną, barokową niemalże ikonografię. Ma specyficzną konwencję – począwszy od grania po operowanie kadrami – ale to nie jest nic skomplikowanego czy wyszukanego. Zależało nam na tym, by użyć charakterystycznego stylistycznego klucza i w końcu go znaleźliśmy: wszyscy w filmie stoją i patrzą w kamerę. Ale „Baby Bump” nie jest obrazem gładkim. Mam świadomość, że to film rwany, cięty, komiksowy. Postaci, nawet drugoplanowe, są dookreślone, każda z nich ma jakiś atrybut, mocną cechę.

„Baby Bump” zrealizowałeś w ramach Biennale College Cinema. Co to takiego?

To świetny program dla młodych filmowców działający pod egidą La Biennale di Venezia. Zresztą prócz filmowej sekcji ze słynnym festiwalem są inne działy: architektury, muzyki, teatru. Szkoła filmowa Biennale College Cinema ma bliźniacze odsłony w każdym z tych sektorów. I można aplikować jak my.

Wraz z producentkami Magdą Kamińską i Agatą Szymańską złożyliśmy wniosek o dofinansowanie w wysokości 150 tys. euro w zeszłym roku w czerwcu. We wrześniu wzięliśmy udział w specjalnych warsztatach, które koncentrują się na rozmowach z ludźmi filmu z całego świata – konfrontujesz swój pomysł na film z wizją kina zagranicznych filmowców. Słuchasz, uczysz się, dyskutujesz ze scenarzystami, operatorami, montażystami, producentami. Masz zajęcia grupowe i indywidualne z tzw. tutorami. Po tym etapie domykasz scenariusz i wysyłasz go do oceny. Z dwunastu projektów zostały trzy – w tym „Baby Bump” – którym Biennale College Cinema udzieliło dofinansowania.

Duży sukces, ale też świetne doświadczenie.

To prawda. I model pracy na przyszłość. Dla mnie to krzepiące nie tylko ze względu na to, że otrzymaliśmy wsparcie – taki rodzaj ścisłej współpracy z producentem bardzo mi odpowiada. Biennale College uczy, że producent nie działa wbrew reżyserowi, jest jego wsparciem, partnerem. Tworzymy zespół, w którym musi być chemia. Jak jej nie ma, trudno o dobrą, stymulującą współpracę. Musieliśmy wszystkich przekonać, że mówimy tym samym językiem i gramy do jednej bramki. Biennale College Cinema to swoistego rodzaju laboratorium. Pamiętam, że dość wnikliwie nas obserwowano, zadawano pytania. Nasza wizja musiała być spójna, inaczej byśmy przepadli.

150 tys. euro wystarczyło?

Musiało. Jest ścisły regulamin: albo robisz za mniej – próbuj – albo za tyle co do grosika, bo więcej nie dostaniesz. Nie możesz się też ubiegać o dodatkowe dofinansowanie u innych podmiotów.

To jest dobre?

Jest to jakiś rodzaj dyscypliny. Traktowałem to jak wyzwanie, tyle że ja lubię ograniczenia. Według mnie to super wpływa na kreatywność. Kombinujesz. Pomyślałem sobie nawet w pewnym momencie, że gdybym dostał wszystko, co bym chciał, to chyba bym rozłożył ręce i nie wiedział, co robić. Ale to się wiąże w ogóle z moją filozofią kina.

Czyli?

Kino nie stoi zabawkami. Do opowiadania zajmujących historii wystarczy kamera. Nie neguję technologii, ale dzisiaj mnie ona nie nęci. Na co innego na obecną chwilę kładę nacisk. Liczy się pomysł: mniej znaczy więcej.

Ważne jest dla ciebie to, o czym będą myśleli widzowie po wyjściu z „Baby Bump”?

Zawsze – nawet w przypadku krótkich metraży – byłem ciekaw odbioru widzów, tego, z jakimi emocjami wyjdą z seansu mojego filmu. Niczego nigdy nie chciałem nikomu narzucać, ale przecież zwykle robi się film po to, by wysłać go w świat. To naturalne, że chcesz wiedzieć, jak będzie rezonował z oczekiwaniami i potrzebami innych. Tym bardziej że film żyje kilka razy: w twojej głowie, w głowie montażysty, potem w głowach widzów. Dobrze, jeśli się gdzieś spotkacie w gonitwie myśli. Różnie z tym bywa, oczywiście przy założeniu, że nie robi się filmów pod publiczkę.

A z jaką refleksją chciałbym pozostawić widzów po „Baby Bump”? Może chciałbym, by wspomnieli swój okres nastoletni. By przypomnieli sobie, jak niełatwy to czas, kiedy rzeczywistość bombarduje cię różnymi bodźcami, rodzice nie rozumieją, rówieśnicy z tobą rywalizują na różnych polach, a twoje ciało się zmienia... „Baby Bump” to nie jest film dydaktyczny, nigdy nie miałem takich zapędów, ale pragnąłbym też, by rodzice po wyjściu z kina zmierzyli się z niełatwym być może postulatem, że dzieci nie są ich własnością. Mają obowiązki, ale też i prawo do niezależności, wolności, własnego zdania, samostanowienia o sobie i tajemnic. Wszyscy lubimy tajemnice, dzieciaki też je mają.

Teraz, jak tak rozmawiamy, to myślę, że w jakiś przedziwny sposób „Baby Bump” i „Królewicz Olch” to są jednak filmy komplementarne...

Teraz, jak tak rozmawiamy, porównujemy, wspominamy, to myślę, że najlepsze są najprostsze hasła na te dwa filmy i brak ściemy. Nie będę twierdził, że od początku myślałem o dyptyku, ale teraz, gdy obydwa filmy są niemal gotowe [„Królewicz Olch” jest w fazie postprodukcji –przy. red.], wiem, że ułożyły się one samoistnie w całość. Dopełniają się, choć nie było to zamierzone. „Baby Bump” skupia się na ciele, na dojrzewaniu fizycznym, z kolei „Królewicz Olch” opowiada o dojrzewaniu emocjonalnym, zadawaniu sobie pytań: kim jestem, co tu robię, czy gdzieś mogłoby być lepiej? Dwa filmy i dwa podejścia do tematu młodości, ale to prawda, w pewnym sensie stały się one względem siebie komplementarne. Podkreślę to jednak z całą mocą: nie trzeba oglądać jednego filmu, by zrozumieć drugi. Ci, którzy będą chcieli, wychwycą pewne linki i niespodzianki.

Klasycy i debiutanci

W środę ruszył festiwal w Wenecji – jedna z najstarszych i najbardziej prestiżowych imprez filmowych na świecie. Na otwarcie zaprezentowano „Everest” Baltasara Kormákura – oparty na prawdziwej historii z lat 90. thriller o tragicznej odysei kilkanaściorga himalaistów.

Oparty na faktach został także inny z potencjalnych hitów festiwalu – „Pakt z diabłem”. Film Scotta Coopera opowiada historię groźnego przestępcy, który zostaje informatorem FBI. W roli głównej zobaczymy Johnny’ego Deppa. W Wenecji obejrzymy także „Dziewczynę z portretu” – historię miłosną od Toma Hoopera, autora „Nędzników” i oscarowego „Jak zostać królem”.

Jury przewodniczy Alfonso Cuarón

Jury przewodniczy Alfonso Cuarón

źródło: Materiały Prasowe

Oprócz hollywoodzkich sław do Wenecji przyjadą także najciekawsi twórcy współczesnego kina artystycznego. Wśród faworytów do zwycięstwa w konkursie głównym wymienia się Aleksandra Sokurowa. Rosyjski reżyser, który otrzymał już Złotego Lwa za „Fausta” z 2011 roku, tym razem przywiezie do Włoch „Frankofonię”. Spore nadzieje wiązane są z „Anomalisą” – kolejną reżyserską próbą znanego scenarzysty Charliego Kauffmana. Zrealizowany wspólnie z Dukiem Johnsonem film animowany opowiada historię mizantropicznego pisarza, który – pod wpływem przypadkowego spotkania z nieznajomym – postanawia całkowicie zmienić swoje życie. Cztery lata po obsypanym nagrodami „Pięknie” nowy film nakręcił Oliver Hermanus. „The Endless River” opowiada o zaklętym kręgu przemocy, z którego nie mogą wyrwać się mieszkańcy współczesnego RPA. Serię kilku artystycznych porażek spróbuje przełamać Atom Egoyan. Zaprezentuje „Remember” – opowieść o Izraelczyku, który dowiaduje się, że odpowiedzialny za zamordowanie jego najbliższych esesman wiedzie spokojne życie w Ameryce.

Silną reprezentację w konkursie głównym wystawili w Wenecji gospodarze. Nowy film „Blood of My Blood” zaprezentuje na festiwalu weteran Marco Bellocchio. Sześć lat po obsypanym nagrodami „Jestem miłością” z nową fabułą powraca Luca Guadagnino. Czarnym koniem konkursu może okazać się „The Wait” z Juliette Binoche. Film debiutującego w pełnym metrażu Pietro Messiny to skąpana w sycylijskim słońcu opowieść o matce, która przypadkiem spotyka narzeczoną swojego syna i zaczyna prowadzić z nią fascynującą, pełną tajemnic grę.

Za jeden z najbardziej oczekiwanych filmów imprezy uchodzi „11 minut” – apokaliptyczny thriller spod ręki Jerzego Skolimowskiego. Apetyty zaostrza świadomość, że poprzedni film polskiego mistrza – „Essential Killing” – otrzymał w Wenecji prestiżową nagrodę Grand Prix. Polską reprezentację na tegorocznym festiwalu uzupełniają dwa pełnometrażowe debiuty: „Klezmer” Piotra Chrzana i „Baby Bump” Jakuba Czekaja.

Wenecki festiwal nie tylko celebruje filmowe nowości, lecz także docenia klasyków kina. Tegoroczna nagroda za całokształt twórczości trafi w ręce francuskiego mistrza – Bertranda Taverniera.

Tegoroczny festiwal w Wenecji potrwa do 12 września.