W „Dziewczynie z Kamienia” Izabella Cywińska snuje gawędę, która mogłaby nie mieć końca, swoisty portret człowieka myślącego
Pochmurno, dżdżysto, szaro – wcale nie tak, jak potrzeba – ale to był szczęśliwy dzień. Jechałem na plan filmowy „Kochanków z Marony” w reżyserii Izabelli Cywińskiej do Guzowa. Od tamtego poranka datuje się moja, chwilami bardzo intensywna, głównie epistolarna znajomość z Izabellą Cywińską. Piszemy odtąd do siebie często, o wielu sprawach, nie tylko zawodowych. To dla mnie zaszczyt. Bardzo cenię tę korespondencję, w dawnym, nieobowiązującym już stylu, bo komu by się chciało pisać takie epistoły? Wydawało mi się, że o autorce wiem naprawdę sporo. Z naszych listów, spotkań. Po przeczytaniu autobiograficznej „Dziewczyny z Kamienia” uświadomiłem sobie, że nie wiedziałem prawie niczego.
„Dziewczyna z Kamienia” Izabelli Cywińskiej jest jednym z najcenniejszych artystycznych świadectw epoki spisanych z pozycji świadka, który prawie wszystko pamięta i rozumie, ale nie jest przy tym – co wydaje się zmorą tego typu publikacji – autoportretem wygładzonym, wypolerowanym, bez skazy. Cywińska snuje gawędę, która mogłaby nie mieć końca, swoisty portret dwudziestowiecznego (i dalej) człowieka myślącego, czy raczej ludzi myślących, ale także zabobonnych, obrzydliwych czy zwyczajnie głupich, których reżyserka spotykała na swojej drodze.