Na otwarcie festiwalu zostanie pokazany film Michaela Madsena „Wizyta”, który jest pewnego rodzaju fantazją na temat tego, co wydarzyłoby się, gdyby obca cywilizacja odwiedziła Ziemię. Czy dokument stał się narzędziem, którym można – oczywiście nie w sensie metafizycznym – przewidywać przyszłość?

Zanim odpowiem, muszę zauważyć, że na samym początku rozmowy pojawiła się sprawa semantyki, która jest niezmiernie ważna, a z której prawie nikt nie zdaje sobie sprawy. Za „dokumenty” uważam formy telewizyjne, mniej lub bardziej zgrabne reportaże, które mają sprawić, że widz w fotelu nie zmieni kanału. One mają niewiele wspólnego z filmem jako dziełem sztuki. Widzów takich dokumentów trudno przekonać, że to, co pokazujemy na festiwalu Docs Against Gravity, lub to, co inni dystrybutorzy wpuszczają do kin, to coś zupełnie innego. Wydaje się, że film dokumentalny w porównaniu z fabułą stoi na gorszej pozycji. Mówisz „fabuła” – od razu wiadomo, że chodzi o film. A „dokument”? Jeśli go nie nazywamy filmem, to znaczy, że jest czymś gorszym, pośrednim. Film dokumentalny musi być zawsze prymusem, potwierdzać swoją filmowość, widzowie stawiają przed nim większe zadania. My od początku istnienia festiwalu walczymy z takim spojrzeniem. Powtarzamy: film dokumentalny jest sztuką, a oglądanie go w kinie dostarcza takich samych, jeśli nie większych wrażeń, co oglądanie fabuły. To w tej chwili najszybciej rozwijający się gatunek filmowy w kinie. Najlepsze filmy dokumentalne odrywają się nieco od faktów – jeżeli będziemy do nich zbytnio przywiązani, to otrzymamy mniej lub bardziej sensowną relację, która jednak nie będzie dziełem sztuki.

Wracając więc do „Wizyty”: jeśli za pomysłem na film dokumentalny stoi utalentowany, odważny reżyser obdarzony silną wizją, to dlaczego nie miałby się bawić formą science fiction? Mamy tu do czynienia z pewną symulacją, ale na ekranie oglądamy prawdziwych naukowców, urzędników, polityków, wojskowych. Zgodzili się na udział w swoistym eksperymencie, który wsparli swoją wiedzą i autorytetem. Więc czy to jest film dokumentalny? Oczywiście, że tak. Celowo wybraliśmy go na otwarcie festiwalu, żeby pokazać, jak olbrzymi potencjał ma kino dokumentalne, jakich potrafi dostarczyć wrażeń. I pod tym względem nie ma różnicy między filmem fabularnym a dokumentalnym. Chodzi przecież o emocje i inspiracje. Jeśli film spełnia te oczekiwania, to obroni się na sali kinowej.

W tym kierunku powinien zmierzać film dokumentalny jako gatunek?

Nie mam wątpliwości, że telewizja – jako forma rozrywki i dostarczania informacji – wciąż będzie potrzebować form dokumentalnych takich jak dziś. I wcale nie uważam, że dokumenty telewizyjne nie są potrzebne. Ale tak samo, jak mamy burleskę i teatr Grzegorza Jarzyny, tak mamy telewizyjne reportaże, formy paradokumentalne i wielkie kino. I jeśli będziemy potrafili sprzedać je publiczności, to przyszłość kina dokumentalnego widzę w bardzo jasnych barwach.

Dzisiaj każdy może być paradokumentalistą. Wszystko kręcimy telefonami komórkowymi, upubliczniamy w internecie, rejestrujemy wszystkie aspekty życia. Czy kino dokumentalne musi stawać się coraz bardziej wyrafinowane, żeby odróżnić się od tego, co oglądamy na Facebooku i YouTubie?

To jest fenomen, bo te rzeczy się jednocześnie uzupełniają i odrzucają. Ale nie mieszałbym technologii i sztuki. To tylko formy komunikacji między ludźmi i świadectwo tego, jak silną mamy potrzebę zapisu czasów, w których żyjemy, zdarzeń, naszej wspólnej historii. Jednak nawet następny postęp technologiczny nie sprawi, że nagle pojawi się więcej talentów reżyserskich. Może powstaje więcej form paradokumentalnych, ale nie mają one nic wspólnego ze sztuką. Oczywiście powstało wiele świetnych filmów dokumentalnych, które w sporej części były oparte na zdjęciach robionych komórką. Banksy niemal całe „Wyjście przez sklep z pamiątkami” nakręcił iPadem. Narzędzie nie ma więc znaczenia, ważne są talent i koncept – to one sprawią, czy coś będzie oglądane, czy nie. Jeśli masz pomysł, technologia się znajdzie.

Akurat ten film również był ciekawym przykładem, że można wymieszać fakty z fikcją, stworzyć raczej mockumentary, a nie film dokumentalny, a jednak powiedzieć coś prawdziwego i ważnego o świecie.

Projekty filmowe oparte na rzeczywistości mają naprawdę wielką siłę. Fabuła równie chętnie korzysta z doświadczeń filmu dokumentalnego. Proszę przypomnieć sobie film Ulricha Seidla „Raj: Miłość”. Wspaniałą aktorkę Margarethe Tiesel reżyser otoczył partnerami, którzy nie są aktorami, ale prawdziwymi lowelasami zarabiającymi na życie podrywaniem białych turystek w kurortach w Kenii. Seidl stworzył fascynującą hybrydę warstwy fabularnej i dokumentalnej.

Twórcy filmów dokumentalnych będą coraz częściej inscenizować część ujęć?

Zawsze to robili. Najlepsi dokumentaliści potrafili stworzyć przed kamerą rodzaj teatralnego spektaklu. Powtarzam, że twórcy filmów dokumentalnych powinni podnosić kurtynę faktów, bo dzięki temu są w stanie sięgnąć do esencji rzeczywistości. Przypomnijmy sobie ostatnią scenę z filmu „Echa mrocznego imperium” Wernera Herzoga, kiedy w opustoszałym zoo w stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej Bangui stoi jedna klatka, a w niej samotny szympans, któremu reżyser daje papierosa, z czego potem się musiał gęsto tłumaczyć. Ale ta wyreżyserowana sytuacja – swoją drogą, szympans już wcześniej był uzależniony od tytoniu – dała mu możliwość esencjonalnego i symbolicznego podsumowania, czym stał się ten kraj pod rządami Bokassy.

Jak jeszcze dokumentaliści mogą próbować przyciągnąć publiczność? Wydaje się, że wszystko już było, nawet dokumentalne animacje.

I będzie ich więcej. Dobra animacja zastępuje sceny, ludzi, których już sfilmować się nie da. Na wielką skalę jako pierwszy wykorzystał ten pomysł Ari Folman w „Walcu z Baszirem” i od razu okazało się, że to technika, która daje bardzo dużo możliwości kreacyjnych. Można pokazać czyjeś myśli, marzenia, bo do tej pory w filmie dokumentalnym nie było to możliwe.

Film dokumentalny ma od paru lat chyba najlepszą passę w historii. Osiągnięcia artystyczne idą w parze z sukcesami komercyjnymi.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się niemożliwe, żeby na najważniejszych festiwalach filmy dokumentalne dostawały główne nagrody. „Rzymska aureola” zdobyła Złotego Lwa w Wenecji, parę miesięcy temu na Berlinale „Perłowy guzik” Patricia Guzmána, który pokażemy na festiwalu, dostał nagrodę za najlepszy scenariusz.

A jednocześnie gdy British Film Institute ogłosił w zeszłym roku plebiscyt na najlepszy film dokumentalny w historii, bezapelacyjnie wygrał „Człowiek z kamerą” nakręcony prawie 90 lat temu.

Fenomen tego filmu polega między innymi właśnie na tym, że Dżiga Wiertow nakręcił go 90 lat temu. Gdy oglądamy go z tą świadomością, robi jeszcze większe wrażenie. Uwielbiam oglądać filmy sprzed kilkudziesięciu lat i przekonywać się, że pomimo gigantycznego skoku technologicznego najważniejszy jest talent i pomysł. I oczywiście olbrzymia doza silnej woli. Film dokumentalny robi się o wiele dłużej, trudniej go sfinansować. Hanna Polak swój film „Nadejdą lepsze czasy”, który pokażemy na festiwalu, realizowała 14 lat. Wtedy zaczęła obserwować dorastającą dziewczynkę żyjącą na wysypisku śmieci pod Moskwą. Skończyła, gdy jej bohaterka jest już dorosłą kobietą i ma własne dziecko. Ile trzeba mieć samozaparcia, ale także miłości do swoich bohaterów, żeby udźwignąć taki projekt? Nasze czasy są nastawione na kulturę instant: teraz, zaraz, a jutro dzielimy zysk. Tym bardziej tacy ludzie jak Hanna Polak zasługują nie tylko na sukcesy i nagrody filmowe, ale przede wszystkim na naszą atencję.

Czeska reżyserka Helena Třeštíková też kręci filmy po kilkanaście lat. „Katka” to opowieść o narkomance, którą Třeštíková filmowała przez dekadę, z bohaterami „Prywatnego wszechświata” spotykała się od lat 70. aż do zakończenia filmu w 2012 roku, ponad 35 lat! W Polsce nie mamy w ogóle takiego myślenia o filmie. Nie mamy twórców, którzy by z takim zrozumieniem i energią filmowali czasy transformacji. Nigdy nie powstał film o Jarmarku Europa, który jak w soczewce skupiał doświadczenia pierwszych lat po odzyskaniu wolności oraz fenomen chęci szybkiego dorobienia się i przeskoku do innej rzeczywistości. Dlaczego nie mamy filmu dokumentalnego o Lepperze, o fenomenie trybuna ludowego czasu przemian? To byłby film, który oglądany za dziesięć, trzydzieści lat pozwoliłby lepiej zrozumieć wszystkie zmiany, jakie zachodziły w Polsce.

U nas tę funkcję przejęli reportażyści. Pisarze jakoś potrafią te zmiany i fenomeny uchwycić.

To prawda, także dlatego, że potrzebują mniejszych nakładów finansowych. U nas wiele projektów nie miało szans na pieniądze. Třeštíková była finansowana przez telewizję czeską i ministerstwo kultury. A u nas niestety taka czy inna telewizja, która daje pieniądze na film dokumentalny, oczekuje, że zdjęcia potrwają kilka dni, do widzenia, w przyszłym roku emisja. W ten sposób się nie robi dobrych filmów dokumentalnych. Teraz przyszedł czas, żeby telewizje pomyślały o dużych projektach filmów dokumentalnych, pionierem w tej materii jest już HBO. Reportaże pokazują tylko wycinek rzeczywistości i dobrze zapełniają ramówkę po 23.00, ale filmem nie będą. Jestem przekonany, że filmy dokumentalne zdobyłyby znów dużą publiczność. Zwłaszcza że tematów nigdy nie zabraknie.

Artur liebhart Dyrektor festiwalu filmów dokumentalnych Docs Against Gravity. W tym roku w ramach festiwalu (8–17 maja) zobaczymy m.in. nagrodzony Oscarem obraz „Citizenfour” oraz przegląd filmów dokumentalnych Wima Wendersa.