Wygląda na faceta, z którym nie warto zadzierać. Zwalista sylwetka, zaciśnięte usta i dzikość w spojrzeniu. Coś, co nieraz w przeszłości napytało mu biedy, jednocześnie ukształtowało go jako aktora. Urodzony w Londynie Tom Hardy tak w życiu, jak i na ekranie nie należał nigdy do grzecznych chłopców. Zresztą w jego przypadku te dwie płaszczyzny często się przenikają. Niezależnie od tego, czy akcja filmu rozgrywa się tu i teraz, czy przywdziewa historyczny kostium, jak w przypadku wchodzącego właśnie na polskie ekrany „Systemu” – ekranizacji głośnej książki Toma Roba Smitha „Ofiara 44”.
W filmie Daniela Espinosy zagrał Lwa Demidowa, czołowego oficera śledczego w ogarniętym stalinowskim terrorem Związku Radzieckim, lecz przede wszystkim człowieka z przeszłością. Rola złożona, ale dla Hardy’ego charakterystyczna, łącząca bowiem w sobie pierwiastki zimnego drania z empatycznym bohaterem. Najbliżej jej chyba do kreacji, jaką brytyjski aktor stworzył w „Gangsterze” Johna Hillcoata. Grał tam rolę mrukliwego bimbrownika, który niby był podręcznikowym przykładem rednecka, a przecież nie dało się go nie lubić. Podobnie zresztą jak samego Hardy’ego, który w czasie konferencji prasowych i wywiadów okazuje się zdystansowany od siebie i swoich ról. Kiedy jeden z dziennikarzy zapytał go, co robi, by wprowadzić się w stan agresji – w końcu słynie z ról psychopatów – przekonywał, że w tym celu gra w scrabble.