Przed nami premiera nowej wersji „Dziecka Rosemary”. Miniserial na podstawie powieści Iry Levina nakręciła Agnieszka Holland. – Nie baliśmy się anachroniczności, bo rozwiązania kina z lat 60. i 70. są uniwersalne, wciąż można z nich czerpać – tłumaczy reżyserka
Ani Ira Levin pisząc swoją powieść, ani Roman Polański ją ekranizując, nie mogli spojrzeć na tę historię z perspektywy kobiety i matki. Czy dla pani realizacja nowej wersji „Dziecka Rosemary” miała szczególne znaczenie?
Rzeczywiście, mężczyźni nie byli w stanie wyposażyć Rosemary w wolną wolę. Pokazywali ją jako totalną ofiarę i to zawsze mnie trochę denerwowało w tej postaci. Ale kiedy przeczytałam scenariusz nowej adaptacji, zobaczyłam, że jest w niej feministyczny potencjał. Ta moja Rosemary walczy o siebie i o swoje dziecko. Może robi to nieudolnie, ale jest aktywna, nabiera coraz większej świadomości, coraz więcej się uczy – także o swojej roli żony i matki. To mnie w tej bohaterce najbardziej zaciekawiło i to także różni epoki, w jakich powstawały oba filmy. Pod koniec lat 60. nie było właściwie szansy, by opowiedzieć tę historię z kobiecego punktu widzenia. Polański niby pokazał, co dzieje się w głowie Rosemary, ale ostatecznie sprowadził to do jakiejś ciążowej obsesji. Moje zmiany nie są może olbrzymie, ale jednak dość znaczące.