„Lśniące dziewczyny” Lauren Beukes, brutalny thriller z elementami fantastyki, to, niestety, ambitna porażka. Dobrze, ale za dużo – jak mawiano przed wojną.

Postmodernizm zmarł śmiercią naturalną w momencie, w którym przestał być awangardą, a stał się mainstreamem. Dziś każdy początkujący literat wie, że jedną z dróg do sukcesu jest mieszanie konwencji i gatunków czy montaż elementów kultury niskiej i wysokiej. Czasami to się udaje, czasami nie, w każdym razie nikt już nie uważa podobnych praktyk za nowatorskie. Wręcz przeciwnie, od pewnego czasu renesans, przynajmniej w świecie anglojęzycznym, przeżywa epicka powieść realistyczna.

Lauren Beukes, prozaiczka, scenarzystka i dziennikarka z RPA, zadebiutowała u nas przed dwoma laty książką „Zoo City” – to była ciekawa rzecz, napisana z werwą historia z południowoafrykańskich slumsów, łącząca fantastykę z kryminałem, oddająca brudną, postpunkową, postetniczną specyfikę tamtejszej popkultury.

Beukes jest odważna i lubi eksperymenty – „Lśniące dziewczyny”, jej nowa powieść, przenoszą nas do amerykańskiego Chicago, w którym grasuje seryjny morderca polujący na młode dziewczęta. To w sumie nie byłoby nic szczególnego, tego rodzaju książek są tysiące. Ale Beukes wprowadza do standardowego schematu co najmniej cztery modyfikacje. Po pierwsze – i najważniejsze – czyni ze swojego mordercy podróżnika w czasie: Harper Curtis, bo tak nazywa się ów zabójca, w 1931 roku odnajduje pewien Dom, a w tym Domu portal pozwalający przenosić się w przyszłość i przeszłość. To, rzecz jasna, pozwala Curtisowi nie tylko atakować znienacka i bez śladów, lecz także obserwować swoje ofiary na lata przed morderstwem. Po drugie Beukes ucieka od kreowania klasycznej postaci psychopaty intelektualisty: Harper Curtis to brutalny prostak, społeczny wyrzutek, a przy okazji symbol męskiej agresji seksualnej. Po trzecie – tu ukłon w stronę modnego dziś hiperrealizmu – pisarka poświęca bardzo wiele miejsca miastu: to nie jest po prostu scenografia, ale rozciągnięty na dekady (od lat 30. do 90. zeszłego wieku) szczegółowy portret metropolii. Po czwarte wreszcie, główna bohaterka, Kirby, która cudem przeżyła atak Curtisa, nosi w dużej mierze rysy Lisbeth Salander, dziewczyny zbuntowanej, aspołecznej, wścibskiej i pałającej chęcią zemsty – Beukes dodaje jej nawet lokalnego Mikaela Blomkvista, byłego dziennikarza śledczego imieniem Dan.

Problem w tym jednak, że ów ambitny melanż nijak nie składa się w całość. Jako thriller „Lśniące dziewczyny” nie mają za grosz sensu – brak im suspensu, skoro modus operandi i tajemnicę napastnika poznajemy na samym początku historii. A że napastnik nie jest szczególnie wyrafinowany, to i gra, którą prowadzi, nie należy do subtelnych. Beukes próbuje maskować tę słabość wyjątkowo brutalnymi opisami zbrodni, ale flaki na żyrandolu to jeszcze nie wszystko. Fantastyczna proweniencja pomysłu na Dom, portal i zagadkowe „lśnienie” ofiar powoduje dodatkowo, że autorka zakłada naszą milczącą zgodę na takie zawieszenie prawdopodobieństwa – ale to się również irytująco gryzie z konwencją thrillera, która ceni sensowne wyjaśnienie motywacji bohaterów.

Tym, co najlepsze w tej powieści, jest energia samej narracji, świetnie napisane dialogi i żywe tło społeczno- obyczajowe. Beukes ma dobre, zgryźliwe, ekspresyjne pióro – gdyby „Lśniące dziewczyny” nie cierpiały od nadmiaru sprzecznych ambicji i pomysłów, byłyby naprawdę niezłą literaturą. A tak są, niestety, niespójną hybrydą.

Lśniące dziewczyny | Lauren Beukes | przeł. Katarzyna Karłowska | Rebis 2014 | Recenzja: Piotr Kofta | Ocena: 3 / 6