Zanim włączysz płytę, wyrzuć z pamięci wszystko, co kojarzy ci się z nazwiskiem Brada Mehldaua. „Mehliana: Taming the Dragon” to inny album niż jego wcześniejsze dokonania.
Reklama

Zapomnij o koronkowych interpretacjach szlagierów pop, jakie grywa ze swoim trio, o klasycyzującym brzmieniu jego fortepianu solo. Większość tej płyty to nawet nie jazz – raczej muzyczna podróż w galaktykę bardzo odległą. To królestwo Hancocka, Beastie Boys, Squarepushera oraz Medeski, Martin & Wood, gdzie funk spotyka się z progresywnym rockiem, hip-hop z drum’n’bassem, a elektroniczne szumy z partiami dziecięcych chórów. Akustyczny fortepian pojawia się tu w zaledwie dwóch, może trzech kompozycjach. Pozostałą dziesiątkę Mehldau spędził za pulpitami oldskulowych organów i syntezatorów. Zamiast rozwlekłych, lirycznych pasaży gra więc krótkie, mięsiste frazy, idealnie współgrające z gęstą rytmiczną dżunglą, o dekadę młodszego Marka Guiliany. Ten ostatni po swojej ubiegłorocznej płycie „A Form of Truth” jest zdecydowanie na fali. Na „Mehlianie” odpowiada za perkusję i wszelkie elektroniczne brzmienia. Wprawdzie po szóstym przesłuchaniu wciąż nie mam pojęcia, kto tu kogo oswaja ani też kto jest tytułowym smokiem. Najlepiej kolejny raz puścić tę płytę.

Brad Mehldau/Mark Guiliana | Mehliana: Taming the Dragon | Nonesuch/Parlophone | Recenzja: Hubert Musiał | Ocena: 4 / 6