Autopromocja

"Dziwka z Ohio": Urodził się i to go zgubiło

"Dziwka z Ohio"
"Dziwka z Ohio"Media
9 stycznia 2014

„Dziwka z Ohio” nie jest najwybitniejszym dramatem Hanocha Levina, ale spektakl Adama Sajnuka w Teatrze WarSawy wydobywa z niego wszystko, co najbardziej przejmujące.

Właściwie nie ma już potrzeby zadawać sobie pytania, dlaczego dramaturgia Hanocha Levina robi w Polsce tak wielką karierę, dlaczego bierzemy go za swojego i wyjątkowo do jego twórczości nam blisko. Tak już jest i trzeba się z tego cieszyć. Z bogatego dorobku izraelskiego autora sięgamy zwykle po to, co bardzo dobre lub przynajmniej dobre. I często znajdujemy klucz do jego twórczości, za pan brat nam z jego melancholią. „Dziwka z Ohio” nie jest „Krumem”, nie jest „Szycem”, nie jest nawet „Sprzedawcami gumek”. Spośród odkrywanych przez polskie sceny jego dramatów (napisał ich – bagatela – 56, zatem zostało jeszcze trochę do zagrania) jest prawdopodobnie utworem nieco słabszym, co nie oznacza, że nie zasługuje na uwagę. Przynosi bowiem aktorom dwie role nie do pogardzenia oraz pozwala zrozumieć, dlaczego tyle samo razy co do Antoniego Czechowa porównywano Levina do Samuela Becketta. Gdy oglądałem przedstawienie Adama Sajnuka, wciąż powracała do mnie jedna z najbardziej nieubłaganych beckettowskich fraz: „Urodził się i to go zgubiło”. Zresztą coś podobnego mówi o sobie bohater „Dziwki…”, siedemdziesięcioletni Hojbitter. Wraz z urodzinami zaczęło się pasmo jego nieszczęść. Wybawieniem może być podróż do najbardziej fantastycznej dziwki na świecie do Ohio, tak jak dla Iriny, Maszy i Olgi u Czechowa było nim marzenie o wyjeździe do Moskwy. Wybawieniem może też być śmierć. To drugie jest znacznie bardziej realne.

Jak sądzę, szef Teatru Konsekwentnego zdecydował się na wystawienie tej właśnie sztuki autora „Morderstwa”, bo znalazł do niej idealną obsadę. Starym Hojbitterem, który chce zafundować sobie ostatnią w życiu seksualną przyjemność, jest Zygmunt Malanowicz. Lata temu był wielką gwiazdą polskiego kina, aktorem Polańskiego („Nóż w wodzie”), Wajdy („Polowanie na muchy”, „Krajobraz po bitwie”), Skolimowskiego („Bariera”), potem brał udział w projektach wątpliwych, o których pewnie sam wolałby nie pamiętać. Wreszcie na jakiś czas zniknął aż do chwili, kiedy kinu przywrócił go Jacek Borcuch w „Tulipanach”, a teatrowi Krzysztof Warlikowski. Malanowicz pojawia się w jego spektaklach stale, zwykle na drugim planie. Ostatnio był znakomitym Konferansjerem w „Kabarecie warszawskim”. Dzięki przedstawieniu Sajnuka Malanowicz ma wreszcie główną rolę, partię niebagatelnych rozmiarów. Mierzy się z nią ze zmiennym szczęściem, czasem zbyt dużą wagę przywiązując do wypowiedzenia tekstu, wydobycia go z pamięci. W efekcie jednak widowisko zyskuje drugie dno, stając się opowieścią autotematyczną. Rzeczą o starym aktorze na scenie podsumowującym własny artystyczny żywot. I dzięki temu nawet drobne niedostatki roli Malanowicza stają się owej roli atutem. Ponad historią Hojbittera, który targuje się z dziwką o seks, buduje się inna, bardzo dotykająca widzów historia.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.