Autopromocja

Cormac McCarthy "Sunset Limited": Godot, wersja 2.0

Cormac McCarthy "Sunset Limited"
Cormac McCarthy "Sunset Limited"Media
1 listopada 2013

„Sunset Limited” to pierwsza w dorobku Cormaca McCarthy’ego sztuka teatralna, choć sam pisarz nazywa ją powieścią. Do połowy fascynująca, dalej nieznośnie moralizatorska.

Gdy idzie o Cormaca McCarthy’ego, nie powinniśmy mieć kompleksów. Wydawnictwo Literackie, począwszy od „Drogi”, opublikowało już chyba wszystkie jego najważniejsze książki. Być może zachęcił je do tego sukces ekranizacji „To nie jest kraj dla starych ludzi” (oficyna szykuje nowe tłumaczenie tej powieści), dokonanej przez braci Coen, rzeczywiście kongenialnej. Tak czy inaczej dobrze na tym wyszliśmy. Znamy dorobek jednego z najważniejszych prozaików współczesności. Rozpoznajemy także jego pisarskie strategie, potrafimy rozszyfrować barwy, jakich zazwyczaj używa do namalowania swego świata. Wiemy, że przeważają w nim czerń i wszelkie chłodne kolory. Świat z powieści Cormaca McCarthy’ego, niezależnie od tego, czy osadzonych na jałowej ziemi w przyszłości, czy na dawnym Dzikim Zachodzie, jest miejscem na wskroś odpychającym. Na dobre rozpleniło się w nim zło, kilku idealistów nie zdoła go wyrugować. Można jedynie próbować ocalić uczucia – do dziecka albo do kobiety. Tak czy inaczej na koniec przyjdzie jednak zmierzyć się z ludzkim okrucieństwem, z bardzo mizernymi szansami na wygraną.

Amerykański autor imponuje nie tylko konsekwencją skrajnie gorzkiego przesłania, lecz także fenomenalnym warsztatem. Jego proza jest oszczędna aż do ascezy, a jednak epicko bogata i wcale nie ma w tym sprzeczności. Chwilami stylizowana, aby za moment przejść do skrajnej surowości. Widać, że autor „Krwawego południka” pilnie odrobił lekcje z historii amerykańskiej powieści, z utworami Williama Faulknera na czele. Tyle że żyje tu i teraz, dlatego jeszcze trudniej mu zachować złudzenia. Trudno odnaleźć literaturę bardziej pesymistyczną, niezależnie od tego, czy sięga pisarz po western, powieść drogi, czy złamaną perwersją baśń. Wiedząc to, możemy spodziewać się wiadomych zakończeń. Mimo to nie zabiera to satysfakcji z lektury, bo McCarthy’emu jakimiś sposobami udaje się utrzymać napięcie. Choć jego rzeczy układają się w wielką alegorię współczesności, pozostają jednocześnie wyrafinowaną, ale jednak rozrywką. Do tego ma McCarthy szczęście (i my je mamy) do polskich tłumaczy.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png