„Czarny koń” potwierdza starą prawdę, że w świecie Todda Solondza drwina okazuje się bliską sąsiadką czułości.
Wielbiciele Toda Solondza mogą być spokojni: ostrze reżyserskiej ironii pozostaje tak samo skuteczne jak zwykle. Twórca „Happiness” po raz kolejny trafia w najczulszy punkt amerykańskiego społeczeństwa. W „Czarnym koniu” mit o Stanach Zjednoczonych jako krainie wielkich możliwości rozmyślnie zyskuje formę rodem z podłej opery mydlanej. Ozdobiona tandetną scenografią i wypełniona mdłymi radiowymi hitami komedia Solondza stanowi mistrzostwo w sztuce sabotażu. To koń trojański popkultury, który boleśnie obrazuje tkwiącą w niej miałkość. Jeśli świat ukazany w filmie jest jak permanentnie otwarty Disneyland, trzydziestoparoletni Abe dawno już otrzymał kartę stałego klienta. Grubawy nieudacznik, którego nieodłącznym rekwizytem staje się do połowy pusta butelka coli light, nie umie poradzić sobie ze słabościami. Mężczyzna stroni od ludzi, a jedyne relacje towarzyskie zdaje się utrzymywać z zabawkami kupionymi na eBayu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.