"Mój ojciec Romulus" to wzruszająca historia o tym, że dwóch nieokrzesanych facetów może wychować mądre i pełne empatii dziecko. To rzecz o chorobie psychicznej, rodzinnych więziach i kataklizmach, o egzystencjalnych dramatach i miłosnym szaleństwie.

Istnieje specyficzny i nader pokupny rodzaj książek – opowieść ku pocieszeniu serc. Rozmaici ludzie chwytają za pióro, by dać świadectwo temu, jak odnaleźli w życiu sens i miłość, pokonali choroby i piętrzące się przeszkody, zrobili wielką karierę. Takich książek chronicznie nie cierpię – przeważnie zalatują marketingowym smrodkiem, oferują fałszywą wizję świata, łatwo ferują wyroki. Piszę to, by podkreślić, że „Mój ojciec Romulus” Raimonda Gaity, choć pozornie wpada w wyżej wymienioną kategorię, to jednak całkiem inna historia – jednocześnie surowa i czuła, nieskażona tanim optymizmem, uderzająca autentyczną szczerością. I świetna literacko. Gaita, australijski filozof i etyk, opowiada tu po prostu dzieje swojej rodziny – powojennych emigrantów z Europy.

Bohaterów jest tu dosłownie paru: ojciec Romulus – Rumun z Wojwodiny, matka Christine – Niemka z Zagłębia Ruhry, dwóch rumuńskich przyjaciół ojca – Pantelimon i Dumitru. I on sam, chłopiec urodzony w zbombardowanym przez aliantów Dortumundzie, w wieku lat czterech wywieziony na antypody. Między nimi rozegra się coś na kształt greckiej tragedii. Zadziwiające, jak wiele udało się Gaicie zmieścić w tej niewielkiej książeczce. Przede wszystkim jest to hołd złożony ojcu, wybitnemu rzemieślnikowi i człowiekowi niezłomnych moralnych zasad – owe zasady dawały mu szczególną swobodę rozumienia innych ludzi i pozbawiały go moralnej zajadłości, ale też doprowadziły go na skraj obłędu. To również znakomity portret Australii lat 50. – ubogiego, purytańskiego, ale uczciwego społeczeństwa.