„Ostatnie rozdanie” Wiesława Myśliwskiego łączy wiarę w możliwości literatury z ostentacyjnym lekceważeniem współczesności.

Paradoks – Myśliwski pisze rzadko, ale pisze gęsto. Jego powieści wychodzą w odstępach co najmniej paroletnich, a każda z nich przypomina wiosenną rzekę meandrującą wśród bagnistych łąk i rozlewającą się na setki małych strumyków. Krótko mówiąc, autor „Widnokręgu” jest prozaikiem, któremu od czasu do czasu przydarzają się roztopy. A z roztopami nie ma żartów.

Bo też Myśliwskiego trudno nazwać minimalistą – to pejzażysta pracujący na ogromnych płótnach o pozornie chaotycznej kompozycji. Ów kontrolowany chaos bierze swój początek w tym, co pisarz zdaje się traktować jako swój główny temat: jest nim pamięć, nośnik doświadczenia. A pamięć bywa kapryśna – upraszcza, interpretuje, pomija, fałszuje, bazuje na emocjach, a nie na racjonalności. W naturze pamięci i zapomnienia skupiają się jak w soczewce wszystkie problemy, jakie ludzkość ma sama ze sobą. Bezimienny narrator „Ostatniego rozdania” przez dekady taszczy ze sobą notes z adresami – niegdyś martwił się, czy zdoła go zapełnić, jako że socjalistyczna gospodarka nie znała pojęcia formatu kieszonkowego. Z czasem notes spuchł od wizytówek i rozmaitych karteczek, jego strony zaczerniły się niezliczoną mnogością nazwisk, numerów telefonów, nazw i numerów ulic, a okładki zaczęły się z wolna rozłazić. Trzeba było opasać go grubą gumą, by całkiem się nie rozpadł. Ze zwykłego notesu stał się obszerną metaforą mieszczącą w sobie i świat, i los, i – być może – sens. Bohater tej opowieści poświęca mu wiele czasu, sądząc niebezpodstawnie, że to właśnie między te złachane okładki przeniosło się całe jego życie i że tylko medytując nad notesem, zdoła się sam zrekonstruować z potłuczonych kawałków.