Dror A. Mishani to może być duże nazwisko w świecie kryminałów. Jego debiutancki „Chłopiec, który zaginął” uderza dojrzałością, wiarygodnością i smutkiem.

Awi Awraham, niepewny siebie, wrażliwy i trochę zagubiony policjant z Cholon pod Tel Awiwem, opowiada matce, która przyszła zgłosić zaginięcie nastoletniego syna, złośliwą anegdotę o tym, dlaczego nie ma kryminałów po hebrajsku. „Bo u nas nie ma takich przestępstw – mówi zniecierpliwiony. – Nie mamy seryjnych morderców, porwań, prawie nie ma gwałcicieli (...). U nas po prostu nie ma wielkich tajemnic”. Wyrzekłszy owo credo, sam staje się bohaterem powieści noir. Świetnej. Debiut Mishaniego to jedna z najciekawszych u nas ostatnio premier kryminalnych. Nietrudno zauważyć, że Mishani odbył owocny staż u skandynawskich mistrzów, ale dodał też coś od siebie: „Chłopiec, który zaginął” to zarazem znakomicie rozegrany, duszny dramat psychologiczny i refleksja na temat samej literatury, daleko wychodząca poza klasyczny schemat śledztwa. Izrael w tej książce jest do bólu zwyczajny i prowincjonalny – prawie brak tu polityki, a jeśli się pojawia, to jako złośliwa kpina z tamtejszej obsesji na punkcie Arabów. A zbrodnia? „Próbuję pani powiedzieć, że prawdopodobieństwo, że pani synowi coś się stało, jest niewielkie” – przekonuje Awi Awraham. Myli się.