Czy literatura powinna brać się za tematy publicystyczne? Oczywiście – ale pod warunkiem że potrafi wnieść coś więcej ponad dziennikarską sprawozdawczość i moralne oburzenie. „Problemski Hotel” udowadnia, że czasami wystarczy nieznaczna zmiana perspektywy, by uciec od medialnych stereotypów w świetną prozę.

Belg Dimitri Verhulst (ur. 1972) jest u nas znany przede wszystkim z gorzkiej komedii „Goło, ale na rowerach”. „Problemski Hotel” to jego pierwsza książka ukazująca się w Polsce, ale też rzecz, która przed dekadą przyniosła mu zasłużoną sławę w Belgii i Holandii. W 2001 r. autor spędził parę dni w ośrodku dla uchodźców oczekujących na decyzję o przyznaniu azylu w Belgii. Zamiast jednak wysmażyć o tej wizycie kolejny reportaż, Verhulst napisał nieco ponad stustronicową powieść, narratorem czyniąc niejakiego Bipula Masliego, prześladowanego uciekiniera, który stracił wszystko, a teraz czeka, aż państwo belgijskie w swojej łaskawości przetrawi jego przypadek.

Na czym więc polega ta nieznaczna zmiana perspektywy? Masli to ironista i cynik. Wie, że wylądował na śmietniku – w roli ludzkiego odpadku, tak jak wszyscy inni pensjonariusze ośrodka. Każdy niesie tu na barkach traumę, ale owa trauma nikogo nie uczyniła ani lepszym, ani gorszym człowiekiem. Oczami Masliego Verhulst patrzy na przypadkową zbieraninę zabijających czas desperatów, tworząc galerię osobliwych portretów. W tym spojrzeniu brak fałszywej litości. I paradoksalnie właśnie dlatego „Problemski Hotel” jest powieścią głęboko humanistyczną – choć zarazem wściekłą, chropowatą i bezczelną.