Autopromocja

"Romeo i Julia", Teatr Powszechny - recenzja

"Romeo i Julia" w Teatrze Powszechnym zdj. Magda Hueckel
"Romeo i Julia" w Teatrze Powszechnym zdj. Magda HueckelMedia
14 czerwca 2013

"Romeo i Julia" w warszawskim Teatrze Powszechnym nie ma ani siły, ani sensu. Trudno dociec, po co właściwie ten spektakl powstał.

Oczekiwania były ogromne, tymczasem mamy jedno z najbardziej przykrych rozczarowań sezonu. Grażyna Kania ostatnio przecież nie chybiła. Na małej scenie tego samego Teatru Powszechnego przygotowała „Sieroty” Dennisa Kelly’ego – mocną opowieść o traumie wszechobecnego strachu w wielkim mieście. Prawdziwy tryumf zanotowała w Narodowym, gdzie zrealizowała „W mrocznym mrocznym domu” Neila LaBute’a. Oba spektakle na troje aktorów, oba brutalne, ale i empatyczne wobec postaci. W obu umiało wybrzmieć każde słowo, wrażenie było potężne. W kontekście fiaska Szekspirowskiej inscenizacji można przypuszczać, że przesiąknięta niemiecką estetyką autorka lepiej się czuje, gdy ma wprost opisywać współczesność, kierując światła na pojedyncze postaci. Tymczasem w „Romeo i Julii” przez scenę Powszechnego przewala się tłum i nikt w nim nie jest naprawdę ważny. „Przewala” to jednak niewłaściwe słowo. Raczej poleguje, bowiem przez całą przestrzeń gry ciągnie się ogromna biała kanapa. Aktorzy na niej siadają, kładą się, kiedy nie biorą udziału w akcji, obserwują kolegów. Czasem wydaje się, że i oni zmuszeni do czysto mechanicznych działań nie mogą ukryć znudzenia widowiskiem, w jakim zostali obsadzeni. Ponad ową feralną kanapą unosi się neon z napisem „Love”, czasem rozświetlony, a innym razem nie. Fatalna, wtórna scenografia Stephana Testiego ma pozbawić nas wątpliwości, że nie przyszliśmy na nobliwą tragedię, ale drapieżny teatr współczesny. Jest w tym tyle subtelności, co w uderzeniu sierpem między oczy. Albo tyle co w pierwszej scenie, gdy Montecchi (Kazimierz Kaczor) i Capuletti (Mariusz Benoit) zwierają się z sobą w zapaśniczym uścisku. Po chwili padają na ziemię, a na nich inni wykonawcy. I mamy w Powszechnym młyn jak na porządnym meczu rugby.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png