Opowieść o spotkaniu króla Jerzego VI z prezydentem Rooseveltem irytuje nie tylko ze względu na swoją błahość. "Weekend z królem" Michella ma w sobie tę samą burżuazyjną arogancję, która przeszkadzała w odbiorze chociażby francuskich „Nietykalnych”.
Film Rogera Michella to rozwlekła i mało zajmująca salonowa dykteryjka. „Weekend z królem” zawodzi jako pozbawiony ognia romans i mało przenikliwy komentarz na temat wzajemnych uprzedzeń między Brytyjczykami a Amerykanami. Podczas jego oglądania trudno zrozumieć nachalnie eksponowane przez dystrybutora porównania do „Jak zostać królem”. Daleki od doskonałości komediodramat Toma Hoopera przy filmie Michella urasta do rangi prawdziwego arcydzieła. Opowieść o spotkaniu króla Jerzego VI z prezydentem Rooseveltem irytuje nie tylko ze względu na swoją błahość. Film Michella ma w sobie tę samą burżuazyjną arogancję, która przeszkadzała w odbiorze chociażby francuskich „Nietykalnych”.
Mimo że wydarzenia ukazane w „Weekendzie...” poznajemy z punktu widzenia dalekiej kuzynki Roosevelta, film ma w sobie poddańczą uległość wobec amerykańskiego przywódcy i jego otoczenia. Kobieta, która wpada w oko prezydentowi, przybywa do jego willi na każde zawołanie i na własne życzenie staje się kimś w rodzaju luksusowej kurtyzany. Romansujący na boku Roosevelt nie kryje się ze swoim uczuciem nawet w obliczu wizyty brytyjskiego króla.Zamiast rozmawiać o wspólnej taktyce przeciw hitlerowskim Niemcom, obaj panowie zajmują się zresztą głównie skracaniem wzajemnego dystansu. Do rangi najważniejszej sceny w „Weekendzie...” urasta moment, w którym Jerzy VI zapomina o dworskiej etykiecie i ze smakiem zajada pospolitego hot doga. Choć dowcip Michella osiąga wówczas swoje apogeum, przez całą resztę seansu pozostaje równie ciężkostrawny.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.