Autopromocja

"Za wgórzami" - recenzja

"Za wgórzami"
"Za wgórzami"Media
6 marca 2013

Cristian Mungiu przygląda się nieprawościom świata. Zło nie jest mu obojętne, mimo to w "Za wzgórzami" pokazuje, że jesteśmy bezsilni wobec rzeczywistości.

Wpięć lat po realizacji „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni” Mungiu nakręcił film, którego akcja rozgrywa się w okresie transformacyjnych przemian w Rumunii. Scenariusz jest dosyć wolną, ufilmowioną trawestacją wydarzeń w Tanacu, w prawosławnym klasztorze, którymi kilka lat temu żyła Rumunia, ale reżyserowi nie chodziło o skandal. Znowu przygląda się młodym, wchodzącym w dojrzałość kobietom. Alina (Cristina Flutur) mieszka i pracuje w Niemczech, przyjeżdża do ojczyzny po przyjaciółkę, Voichitę (Cosmina Stratan), z którą wychowywała się razem w sierocińcu. Koleżanka podczas nieobecności Aliny wstąpiła do monastyru. Cel wyprawy wydaje się jasny, trzeba uratować przyjaciółkę przed „wieczną” zgubą i wywieźć ją do świeckiego raju. Sprawa nie jest jednak tak oczywista, jak się wydawało.

Kamera Olega Mutu przygląda się klasztornemu życiu. Mamy wrażenie, że czas stanął w miejscu. Odwieczne rytuały, surowy rygor życia, panująca w prawosławnym zakonie asceza przywodzą na myśl średniowiecze. Byłaby to może myśl oczyszczająca, stanowiąca swego rodzaju jasny punkt odniesienia dla rozchwianej rzeczywistości, gdyby nie dyskomfort poznawczy wynikający z bezwzględnie ukazanego cywilizacyjnego pęknięcia na religijnym monolicie – prywatne gierki między popem a biskupem, mistycyzm i proza życia, surrealistyczne niemal iluminacje i groźne w skutkach zabobony. Dla Mungiu Kościół jest zaledwie częścią wielkiego, wadliwego systemu, który wyznacza reguły życia w społeczeństwie.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png