Wojciech Rychlewicz, konsul generalny w Stambule w latach 1937–1941 fot. Archiwum rodzinne / DGP
DGP
Mieszkającą w Wielkiej Brytanii Anna Whitty ma mgliste wspomnienia o dziadku. Zmarł w 1964 r., gdy miała osiem lat. – Był wysoki i groźny – opowiada mi przez telefon. Do niedawna Anna, zwana „Hanią”, niewiele wiedziała o wojennych losach dziadka.
Ale teraz fascynująca historia jego życia jest odkrywana. Wojciech Rychlewicz kierował Konsulatem Generalnym RP w Stambule w pierwszych latach II wojny światowej. Wydał setkom, a być może tysiącom Żydów fałszywe zaświadczenia, że są polskimi katolikami. Dzięki temu „oszukał” systemy migracyjne kilku państw i umożliwił im wyjazd do obu Ameryk oraz Palestyny.

Wizy dla katolików

Działania Rychlewicza nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie determinacja Boba Metha, znanego działacza żydowskiego z Los Angeles. Przez lata starał się dowiedzieć, kim był człowiek, który pomógł jego matce, dziadkowi i innym krewnym. – Moja mama Ellen C. Meth, która urodziła się jako Edwarda Wang, jakieś 20 lat temu spisała wspomnienia. I to w nich opowiedziała, jak uzyskali pomoc w Stambule – tłumaczy.
– Mama urodziła się w Krakowie w 1922 r., rodzina pochodziła z Rzeszowa. Jej ojciec, mój dziadek, był właścicielem ziemskim. W 1939 r. postanowił pojechać na Wystawę Światową w Nowym Jorku; chciał w tę podróż zabrać rodzinę, ale żona, czyli babcia Mira, wolała zostać w domu. Więc dziadek wziął tylko córkę, czyli moją mamę. Wrócili do Polski pod koniec sierpnia, na kilka dni przed wybuchem wojny. Kilka tygodni później przenieśli się do Lwowa, na terytorium okupowane przez Sowietów. Dziadkowie cały czas myśleli o tym, by dostać się w bezpieczne miejsce. Ustalili, że babcia zostanie u przyjaciół, Polaków, a potem dołączy do reszty. Zaś dziadek z mamą ruszyli ze Lwowa do Odessy, a potem do Stambułu. Udało im się, pomocne były w tym paszporty ze świeżymi amerykańskimi wizami – opowiada Bob Meth.
„Największą troską mojego ojca było to, jak opuścić Turcję i jak wydobyć mamę z Polski. Jak setki, tysiące innych, byliśmy w Stambule bezpieczni, lecz nie mieliśmy dokąd jechać. (…) Spędzaliśmy dzień za dniem, chodząc od konsulatu do konsulatu, czekając w niekończących się kolejkach tylko po to, by dostać wniosek wizowy do wypełnienia albo porozmawiać z urzędnikiem, który nie miał dla nas żadnych dobrych wieści – żaden kraj nie był skłonny udzielić nam schronienia. Aplikowaliśmy o wizy wjazdowe do państw, o których nigdy nie słyszeliśmy i wymienialiśmy się informacjami o możliwościach migracji z innymi uchodźcami” – wspominała Ellen Meth.
Któregoś dnia wpadli na znajomego, adwokata z Rzeszowa, a ten opowiedział im o 10 tys. brazylijskich wiz czekających na Polaków. Takie zezwolenie na pobyt można było otrzymać pod jednym warunkiem: że jest się katolikiem. Znajomy zabrał ich do Konsulatu Generalnego RP: „Był tam polski konsul – który jak Sugihara w 1940 r. (Chiune Sugihara, japoński konsul w Kownie, który pomagał w ucieczce Żydom z Litwy po rozpoczęciu jej okupacji przez Armię Czerwoną, a przed formalną aneksją przez ZSRR 3 sierpnia 1940 r. – przyp. red.) – wystawiał mnóstwo świadectw (potwierdzających katolicyzm – przyp. red.) polskim Żydom zablokowanym w Turcji. (…) Gdy otrzymaliśmy świadectwa, przyprowadziliśmy znajomych do polskiego konsula i powiedzieliśmy, że są chrześcijanami i w ten sposób umożliwiliśmy im uzyskanie wiz wjazdowych do Brazylii. Ci ludzie przyprowadzali potem swoich przyjaciół i znajomych do Konsulatu RP dla «certyfikacji»” – pisała Meth. „Mogę stwierdzić jako fakt, że nie było żadnego wręczania pieniędzy. Jedyne czego żałuję, to że nie pamiętam jego imienia, bo człowiek ten z pewnością zasługuje, by być pamiętanym i uhonorowanym za uratowanie życia setkom Żydów” – konkluduje.
Ellen Meth wraz z ojcem dzięki zaświadczeniom wydanym przez Rychlewicza otrzymali brazylijskie wizy w lipcu 1940 r. Ale równocześnie wygasły im tureckie pozwolenia na pobyt. – Dziadek z mamą musieli opuścić Stambuł – kontynuuje Bob Meth, który urodził się w 1954 r. w Nowym Jorku. Ponieważ mieli w paszportach brazylijskie wizy, inne państwa zgadzały się na ich wjazd na swoje terytorium. – Najpierw udali się do Damaszku, potem do Bagdadu, stamtąd do Bombaju (obecnie Mumbaj – przyp. red.). Mieszkali w Indiach kilka miesięcy, aż udało im się uzyskać wizę amerykańską. Ellen aż do śmierci w 2013 r. mieszkała w New Jersey. Mamę zawsze ciekawiło, kim był człowiek stojący za poświadczeniem, które pozwoliło im ruszyć w dalszą podróż – dodaje Bob Meth.
Jej matki nie udało się wydobyć ze Lwowa, bo została zmuszona do przyjęcia sowieckiego paszportu i jako „obywatelka ZSRR” nie miała prawa wyjazdu. Wiadomo, że zginęła w Auschwitz.

Afera w konsulacie

Bob Meth od młodości udzielał się w organizacjach żydowskich w USA. – W latach 70. działałem na rzecz uzyskania wolności przez Żydów sowieckich. Potem byłem przewodniczącym ruchu na rzecz Żydów z ZSRR, dziś znanego jako Krajowa Koalicja Wspierania Żydów Euroazjatyckich (National Coalition Supporting Eurasian Jewry). To zaś sprawiło, że stałem się członkiem Konferencji Przewodniczących Największych Organizacji Żydowskich USA – mówi. Meth nawiązał kontakt z konsulem generalnym RP w Los Angeles Jarosławem Łasińskim. – A ten skierował mnie do ambasadora RP w Turcji Jakuba Kumocha, który rozpoznał podpis Rychlewicza na dokumencie – opowiada. Kumoch, gdy był ambasadorem w Szwajcarii, przyczynił się do nagłośnienia innej operacji ratunkowej w czasie Holocaustu, prowadzonej przez poselstwo RP w Bernie – o czym pisała wyczerpująco m.in. DGP i moja gazeta „Israel Hayom”. Po ujawnieniu operacji instytut Jad Waszem przyznał tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata konsulowi Konstantemu Rokickiemu i rozważa nadanie go ambasadorowi Aleksandrowi Ładosiowi.
Kumoch poprosił o sprawdzenie informacji, które dostarczył Meth. W czerwcu w Archiwum Akt Nowych w Warszawie Patryk Woszczek odnalazł setki identycznych pod względem treści dokumentów: wszystkie datowane na lata wojny, większość po francusku, niektóre po turecku i polsku. Znaczna ich część to potwierdzenia wyznania katolickiego dla osób o ewidentnie żydowskich imionach i nazwiskach, jak Salome Rokeach czy Morduch Epsztajn – dowód, że Rychlewicz wiedział, komu wystawia zaświadczenia. Spora część dokumentów potwierdza ewakuację ich posiadaczy do ówczesnej Palestyny Brytyjskiej. Wynika z nich, że polski konsulat w Stambule tworzył fałszywych katolików nie tylko po to, by pomóc w trudnościach w emigracji do Ameryki Łacińskiej, ale również by oszukać brytyjskie władze w Palestynie.
Brytyjska Biała Księga, opublikowana 17 maja 1939 r., ustalała kwoty Żydów mających prawo wjazdu do Palestyny. Na jej terenie dogasało właśnie trwające od 1936 r. arabskie powstanie wymierzone w Brytyjczyków oraz żydowskich osadników – Londyn zdecydował, że w ciągu pięciu lat do Palestyny wjedzie nie więcej niż 75 tys. Żydów: na początku 25 tys., a potem co roku kolejne 10 tys. Kwoty wprowadzono cztery miesiące przed niemiecką i sowiecką inwazją na Polskę, w której mieszkało ponad 3 mln Żydów. Na początku wojny dziesiątki tysięcy z nich uciekły przed Niemcami i znalazły się pod okupacją sowiecką. Potem próbowali dostać się neutralnej Turcji przez Rumunię oraz Bułgarię.
Turcja służyła też jako pomost w dostaniu się do Palestyny. Jednakże od końca lat 30. rząd turecki zgadzał się na jednoczesny pobyt na swoim terytorium nie więcej niż 200 żydowskich uchodźców. Z kolei Niemcy wywierały na sąsiednich państwach presję, by nie pozwalać na przejazd Żydów do Turcji. Stąd hipoteza, że certyfikaty wydawane przez Rychlewicza miały kolejną funkcję: obejście tej restrykcji i pozwolenie większej liczbie żydowskich uchodźców z Polski na znalezienie w Turcji schronienia.
Jak Turcja traktowała wówczas Żydów? Metin Delevi, członek żydowskiej wspólnoty ze Stambułu i autor kilku książek o tureckich Żydach, mówi, że Ankara przyjmowała uchodźców, ale ustaliła ich kwotę. Czasem była ona podnoszona – jak w 1940 r., gdy zgodzono się na 4 tys. dodatkowych osób. W 1944 r. Turcja otworzyła granice dla uchodźców z Grecji, Bułgarii, Rumunii, a nawet z Węgier.
Rozmawiam z Delevim w Stambule. Pytam go, czy słyszał o akcji ratowania uchodźców żydowskich prowadzonej przez Konsulat Generalny RP od 1940 r. – Jeszcze dwa miesiące temu nie znałem tej historii, ale wówczas przedstawił mi ją ambasador Kumoch. Po tej rozmowie przeprowadziłem poszukiwania. Jad Waszem też potwierdził, że historia może być prawdziwa. Nie przyznali na razie tytułu Sprawiedliwego konsulowi zaangażowanemu w operację, ale liczę, że wkrótce otrzymam więcej szczegółów (Jad Waszem poinformowało właśnie, że taki wniosek wpłynął, ale nie chciało ujawnić, kto jest autorem – przyp. red.) – odpowiada Delevi.
A czy istniało zorganizowane przerzucanie żydowskich uchodźców przez Turcję do Izraela, najpierw przez Syrię, a po jej opanowaniu przez Francję Vichy, przez turecki port w Mersin? – Imigracją Żydów, głównie przez Syrię, a rzadziej przez Mersin i Hajfę, zajmowało się dwóch przedstawicieli Agencji Żydowskiej na rzecz Izraela w Stambule, Chaim Barlas i Teddy Kollek (po wojnie wieloletni burmistrz Jerozolimy – przyp. red.). Według części źródeł do Palestyny przez Turcję dotarło ok. 27 tys. żydowskich imigrantów, jednak liczba ta nie uwzględnia indywidualnych podróży. Jednak do większości zorganizowanych transportów doszło po 1943 r. – wyjaśnia.
Jesteśmy wciąż w pierwszych miesiącach wojny. Żydowscy uchodźcy, którzy otrzymali certyfikaty, mogą dostać się do Palestyny kilkoma drogami: pociągiem ze Stambułu do Aleppo, a stamtąd drogą do Hajfy. Inną opcją była podróż do tureckiego Mersinu, skąd do Hajfy regularnie kursowały dwa statki. Po podpisaniu kapitulacji w czerwcu 1940 r. i powstaniu Vichy, francuskie władze mandatowe w Syrii i Libanie prawie całkowicie wstrzymały przyznawanie wiz Żydom spoza Palestyny. Tranzyt polskich cywilów i żołnierzy koncentrował się od tego momentu w Mersinie, gdzie Konsulat Generalny w Stambule miał specjalnego przedstawiciela do jego nadzoru.
W dokumencie datowanym na 2 lipca 1940 r., sporządzonym po około dwóch tygodniach po kapitulacji Francji, Konsulat Generalny RP w Stambule otrzymał pierwszy raport od Karola Badera, konsula generalnego w Bejrucie: Francja zakazała Żydom przejazdu przez Syrię. W tym samym czasie Agencja Żydowska wysyła do Stambułu jednego ze swoich najlepszych ludzi. W depeszy datowanej na 13 sierpnia 1940 r. konsul generalny RP w Tel Awiwie Henryk Rozmaryn, polski Żyd, prawnik, dziennikarz i działacz syjonistyczny, pisze do Rychlewicza o przyjeździe Chaima Barlasa, członka komitetu ratunkowego i prosi o udzielenie mu pomocy.
Jednocześnie wraz z problemami z Francją dochodzi do wybuchu kontrowersji między polskimi dyplomatami a attaché wojskowym w Ankarze. Wojskowi skarżą się, że ambasada w Rumunii, która odpowiada za listy ewakuowanych na koszt państwa osób, skupia się na ewakuowaniu żydowskich uchodźców, zamiast ewakuować polskich żołnierzy, którzy utknęli w Jugosławii i których trzeba przerzucić na Bliski Wschód. W efekcie Sztab Generalny nakazuje dać priorytet wojskowym i prosi, by cywilów mających pieniądze ewakuować na ich własny koszt.
Rozmiary operacji przerzutowej znamy z raportu ambasadora Michała Sokolnickiego z 1942 r. Melduje on rządowi w Londynie, że w latach 1939‒1942 przez Turcję przewinęło się 5 tys. cywilów, obywateli polskich. Wśród nich byli również nie-Żydzi, jednak stanowią oni ewidentną mniejszość. Sokolnicki konkluduje, że w Stambule pozostaje już nie więcej niż 120 polskich uchodźców. Zasadnicza część akcji przerzutowej jest zakończona.
– Według naszej wiedzy każdy, kto otrzymał dokumenty wystawione przez Rychlewicza – przeżył, a Turcja, która odmówiła Niemcom zamknięcia polskich przedstawicielstw w 1939 r., nie sprzeciwiała się jego operacji – mówi mi ambasador Kumoch – Na razie zidentyfikowaliśmy 431 nazwisk, ale z depeszy Sokolnickiego wynika, że mówimy o paru tysiącach, nie o setkach. Bardzo interesuje mnie rola w całej „aferze” ambasadora Sokolnickiego. Była niewątpliwie wymiana korespondencji między ambasadą, konsulatem i Chaimem Barlasem, a fakt, że konsul Rychlewicz pozostawił swoje fałszywe poświadczenia w archiwum konsulatu, sugeruje, że operacja była znana rządowi – wyjaśnia.

Waga bohaterstwa

Wojciech Rychlewicz urodził się w 1903 r. w Mielnikowcach na terenie dzisiejszej Ukrainy. W wieku 17 lat wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. W 1920 r. przeniósł się do Wilna, gdzie zdał maturę i wstąpił na tamtejszą politechnikę – studiował inżynierię wodną. W 1937 r. został szefem Konsulatu Generalnego w Stambule. Pełnił tę funkcję do 1941 r., kiedy to opuścił Turcję tą samą drogą, co żydowscy „katolicy”. W Palestynie wstąpił do Armii Andersa, przeszedł z nią szlak bojowy we Włoszech i w randze podporucznika zakończył służbę w Austrii, gdzie zajmował się polskimi uchodźcami. Po 1946 r. Rychlewicz przeniósł się z żoną do Londynu. Tu mieszkał aż do śmierci.
Anna Whitty odzyskała niedawno pamiątkę po dziadku – księgę gości, którzy odwiedzali go w Wilnie i Stambule. Wpis z września 1940 r.: „Proszę mi wierzyć, że właśnie jako pisarz z zawodu nie umiem nic więcej napisać – wtedy, kiedy jestem naprawdę wdzięczny i naprawdę czyjąś dobrocią i prostą szlachetnością wzruszony – jak tylko: Dziękuję. Dziękuję. Bóg zapłać! Marian Hemar”. Jeden z największych poetów międzywojennej Polski trafił przez Stambuł do Brygady Strzelców Karpackich.
Bob Meth mówi, że chce kiedyś spotkać potomków Rychlewicza, „Konsula-Ratownika”, jak o nim mówi: – Jedną z naczelnych zasad judaizmu oraz chrześcijaństwa jest wiara w to, że każda istota ludzka została stworzona na obraz Boga. Jest dla mnie jasne, że polski konsul podzielał tę filozofię. I powiem im, że mam nadzieję, iż będą w nim widzieć przykład dla siebie i że przekażą wagę jego bohaterstwa swoim dzieciom.
Eldad Beck jest berlińskim korespondentem izraelskiego dziennika „Israel Hayom”. Artykuł ten ukazuje się jednocześnie w dłuższej wersji w jego gazecie