Dowiaduję się więc, że jestem „urzędniczką” „klona IPN”, który atakuje „niezależnych historyków” i kompromituje się w kraju i zagranicą. Prof. Grabowski sugeruje również, że instrumentalnie traktuję doświadczenia mojej prababci i babci, które przeżyły Zagładę, a wojna naznaczyła ich życie traumą. Do tej części artykułu niestety nie potrafię się odnieść, ponieważ w warsztacie badacza brak instrumentów by odpowiadać na takie zarzuty.

Z jednym wyjątkiem: Instytut Pileckiego jest finansowany przez państwo polskie, z tego samego działu budżetowego, z którego finansowane są Muzeum POLIN czy Państwowe Muzeum Auschwitz–Birkenau. Podobnie przez państwo polskie finansowana jest Polska Akademia Nauk, w której działa Centrum Badań nad Zagładą Żydów, z którym Pan Profesor przez lata był związany, a także renomowane instytucje pamięci o Zagładzie, jak Żydowski Instytut Historyczny. Dofinansowanie od Państwa Polskiego otrzymała również książka „Dalej jest noc”. Zarzut, że polemista reprezentuje instytucję państwową stanowi zatem klasyczne argumentum ad personam.

Rodzinne doświadczenia sprawiają, że nie potrafię się pogodzić z brakiem szacunku do relacji i świadectw Ocalałych z Holokaustu. I właśnie dlatego poruszyło mnie podważanie ich wiarygodności przez Jana Grabowskiego, skutkujące kreatywnym przepisaniem na nowo wspomnień Natana Najmana (str. 471- 472 książki „Dalej jest noc”) pod konkretną tezę.

Odnosząc się do blisko 46 proc. tekstu Jana Grabowskiego, które wychodzi poza niską ocenę moich kompetencji i przypisywanie mi niskich intencji, zauważam próby obrony ze strony mojego Adwersarza, któremu zarzuciłam pominięcie dużego materiału źródłowego. Jan Grabowski w odpowiedzi przyznaje się, że zna źródła, o których piszę – a przynajmniej ich część. Ale cytować ich nie będzie, bo są jego zdaniem bez znaczenia.

Pozwolę sobie wymienić kilka przykładów. Jan Grabowski opisuje w rozdziale o Węgrowie działalnoś
kolaboranta Lucjana Matusiaka, jednakże pomija dość istotny fakt. Matusiak, który był sprawcą cierpień węgrowskich Żydów, ale był również sprawcą cierpień Polaków. W materiałach, które przytaczam, jest dość dużo o tym, jak ten miejscowy policjant, deklarujący się jako Niemiec (traktowany też przez mieszkańców jako folksdojcz), katował i maltretował dotychczasowych sąsiadów, katolików, chłopów. Wiedzę tę możemy czerpać z tych samych akt sądowych, na podstawie których Jan Grabowski opisuje jego straszliwe zbrodnie na Żydach.

Prof. Grabowski twierdzi także, że powojenne procesy z dekretu sierpniowego są bardziej wiarygodne niż zeznania składane przed Główną Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich. Jest to osobliwa teza, bo to właśnie z wykorzystaniem dokumentów Głównej Komisji z lat 60. i 70. prokuratura RFN ścigała i skazała m.in. załogę Auschwitz, Treblinki, a polski prokurator Jan Sehn współpracował z niemieckim prokuratorem Fritzem Bauerem, uważanym za jednego z tych, który miał odwagę rozpocząć walkę z przemilczaniem Holocaustu w latach 50. i 60. – polecam znakomity niemiecki film „Labirynt kłamstw”.

Prof. Grabowski odrzuca część dokumentów, ale nigdzie w 46 proc. swojej polemiki nie odpowiada na pytanie, dlaczego 10-krotnie zaniżył liczbę niemieckich funkcjonariuszy terroru w powiecie węgrowskim. Nijak nie konfrontuje ze sobą danych liczbowych, które pokazują, że komunistyczna PRL chętniej karała zdrajców niż demokratyczna RFN sprawców Zagłady. Nie pasuje to do głoszonej przez niego często tezy, że Niemcy mają rozliczenia za sobą, a Polska nie.

Zdigitalizowanych przez nas źródeł, do których dotarliśmy w landowym archiwum, jest wiele i chętnie się z moim Adwersarzem podzielę. Lektura pełnego zapisu zeznań niemieckich sprawców przed niemiecką prokuraturą inspiruje do zadania pytania, dlaczego żadne z tych zeznań nie obciąża polskich kolaborantów? Jest wiele przykładów technik obciążania „innych” za zbrodnie stosowane przez niemieckich podejrzanych. Piszą o tym Stefan Klemp, Christopher Browning, Jochen Boehler, Andrej Angrick. Dlaczego niemieccy sprawcy nie mieliby tego zrobić przed niemieckimi prokuratorami w tym właśnie wypadku? Czemu nie próbowali własnych zbrodni „wieszać” na polskich policjantach czy chłopach? Co powstrzymało ich przed tak oczywistą linią obrony?

Pozwolę sobie jeszcze raz wyjaśnić zależności między archiwum Zentrale Stelle w Ludwigsburgu (obecnie oddział Bundesarchiv) a archiwami landowymi, które poza landowym archiwum Berlina nie znajdują się w zbiorach USHMM. Owszem, w centrali w Ludwigsburgu znajdują się niektóre materiały z archiwów landowych, ale pełna dokumentacja tych śledztw, w tym oryginały polskich przesłuchań czy pełna dokumentacja śledztwa prowadzona przez daną prokuraturę niemiecką – znajduje się w archiwach landowych i ich oddziałach. Częściowo materiały te się pokrywają, a częściowo – nie.

Nowe dokumenty przytaczane przeze mnie dotyczą szczególnie fragmentów artykułu, w których opisuję terror wobec ludności polskiej oraz nowe fakty dotyczące jednostek niemieckich. Uważane przez Jana Grabowskiego jako niewiarygodne zeznania Polaków z lat 60., 70. oraz 80. dotyczą także relacji ludzi, którzy stracili swoich najbliższych z rąk Niemców, często po donosach kolaborantów. Nawet najbardziej krytyczna analiza tych źródeł powinna prowokować do zadania kilku pytań. Jaki sens miałoby zatajenie w zeznaniu danych sprawcy, kiedy chodziło o największe traumy życia, czyli zamordowanie najbliższych na oczach składających zeznanie? Czy rzekoma solidarność oparta na więzi narodowej z polskim kolaborantem byłaby silniejsza niż chęć ukarania zbrodniarzy odpowiedzialnych za cierpienie ich rodzin? Przeczy temu psychologia sądowa pokazująca, że rodzina ofiary raczej rozszerza niż zawęża krąg sprawców. Dlatego warsztat historyka w przypadku dyskredytacji źródła wymaga wykazania dyskwalifikujących cech każdego z nich, a nie subiektywnej oceny katalogu dziesiątek tysięcy źródeł na podstawie własnej aprecjacji.
Zeznania przed Główną Komisją nie były również, jak pisze mój Adwersarz, składane w asyście prokuratora, ale przed prokuratorem lub sędzią pod przysięgą. Do dzisiaj stanowią niezwykle wartościowy materiał źródłowy opisu zbrodni niemieckich pod warunkiem ich starannego zebrania.

Mam też poważny problem ze zrozumieniem tezy, że śledztwa polskie były prowadzone na zlecenie niemieckiej prokuratury. To nieprawda. Wszystkie śledztwa z powiatu węgrowskiego inicjowane i prowadzone były w Polsce i przekazywane dalej do Ludwigsburga za pośrednictwem ambasady PRL z prośbą o wszczęcie śledztwa. Wynikało to z faktu, że niemieckie prawo wykluczało (bezwzględnie do 2000 r.) ekstradycję. Jest to napisane explicite w art. 16 konstytucji RFN: „Kein Deutscher darf an das Ausland ausgeliefert werden”; przyjętym zresztą nie bez powodu. Na podstawie polskich wniosków, niemieckie prokuratury w poszczególnych landach wszczynały śledztwa i o ich wyniku – zawsze umorzeniu – w skrócie była informowana strona polska. Wszystkie znane mi dokumenty to potwierdzają.
Główny problem powojennej dokumentacji sprowadza się do paradoksu: ci, którzy karzą i ścigają zbrodniarzy tworzą dokumentację, zaś ci, którzy tego nie robili – nie wytwarzają takich dokumentów. Dlatego właśnie to archiwa polskie są głównym źródłem wiedzy o polskich kolaborantach, a archiwa niemieckie świecą często pustkami na temat niemieckich zbrodniarzy. Choć dziś te niemieckie materiały są dla historyków bezcenne – to w porównaniu do obszernych polskich dokumentacji – są zaledwie szczątkowe. Może to prowadzić – i prowadzi – do poważnych wypaczeń całościowego obrazu okupacji, w tym Zagłady: umniejszenia roli Niemców w konkretnych zbrodniach, przy jednoczesnym uwypukleniu udziału Polaków – tylko z powodu nierównego dostępu do świadectw.

Warto tu postawić jeszcze dwa pytania: Jaka była wola i determinacja niemieckich prokuratorów i sędziów, poza procesami załóg obozowych, żeby wyjaśnić masowe eksterminacje i indywidualne zabójstwa na terenie powiatowej Polski? Dlaczego wszystkie sprawy kończą się tak samo –. umorzeniem?

Dysproporcja w zasobach materiałów źródłowych pomiędzy archiwami polskimi a niemieckimi wynika także z tego, że tylko państwo niekolaborujące na szczeblu rządu, partii politycznych i wojska, nawet niedemokratyczne jak PRL, mogło pozwolić sobie na ściąganie i karanie niemieckich kolaborantów i przestępców. Sytuacja powojennych Niemiec była diametralnie inna, to nie jednostki, ale masy zaangażowane były w proceder indywidualnych i masowych eksterminacji w okupowanej Polsce. Jeśli gdziekolwiek zwyciężała grupowa solidarność i zmowa milczenia to właśnie w pokojach niemieckich prokuratorów.

Mój największy zarzut dotyczy jednak samej formy sporu: prof. Grabowski jest badaczem Zagłady, który prezentuje pewną jej wizję. Moja krytyka ma charakter merytoryczny i źródłowy, nie jest w żadnym stopniu atakiem na niego osobiście. Gdyby ktoś w ten sposób krytykował moją działalność, cieszyłabym się i traktowałabym to jako formę docenienia mojej pracy. Nie rozumiem, dlaczego każda formę uprawnionej krytyki autor traktuje jak personalną napaść, czy nie można dyskutować normalnie?