Święto czy świętokradztwo? Jak oceniamy wykorzystywanie muzyki Chopina przez artystów z innych półek niż „klasyka”?
Reklama
W której kompozycji Chopin zacytował kolędę? Państwo wiedzą? Jeden z najlepszych gitarzystów w Polsce nie wiedział i dlatego w połowie lat 80., gdy każdy estradowiec (nawet jeśli na jego koncerty ciągnęły tłumy) musiał udowodnić, że jest zawodowcem i zdać egzamin obejmujący historię muzyki – oblał i licencji nie otrzymał. A w czasach sztywnych stawek wyznaczanych przez ministerstwo był to prawdziwy uszczerbek na zarobkach. Muzyczny odpowiednik wieszczów śnił się później gitarzyście po nocach, a koledzy przepytywanego muzyka zasiadający w komisji nie kryli oburzenia, jak to możliwe, że tak znakomity artysta okazał się ignorantem.
Chopin nad Wisłą cieszy się estymą mimo upływu wieków. Karcącym okiem autorytetu spogląda z pomnika na muzycznych następców, jest drogowskazem i kanonem. Jedynym wspólnym mianownikiem, do którego sprowadza się cała polska muzyka i nieważne, czy klasyczna, czy jazzowa, czy parkietowa. Jedni biją mu pokłony, drudzy traktują jak tworzywo własnej twórczości. Wszak chopinowskie nokturny, mazurki, walce czy polonezy stały się bodźcem do wielu eksperymentów i pretekstem do rozlicznych reinterpretacji. Dlaczego tak się dzieje? Bo obcujemy z ikoną popkultury, która pozwala czerpać z siebie do syta, a w dodatku jest czymś na kształt wzorca z Sèrves – odpornym na chwilowe trendy i sezonowe mody.

Jedno miejsce w Lidze Mistrzów

Reklama
Powiedzmy to sobie otwarcie – inna moda niż chopinowska nam po prostu nie grozi, stąd te ochy i achy nad wybitnym polskim jedynakiem. Niemcy mieli Bacha, Beethovena, Wagnera, Brahmsa i innych. Austriacy Mozarta, Haydna, Straussa... Francuzi Debussy’ego, Ravela, Berlioza... A Rosjanie – Rachmaninowa, Czajkowskiego, Musorgskiego... Na polskim podwórku Chopin nie miał sobie równych, żaden inny rodzimy kompozytor nie zrobił podobnej kariery za granicą i nie zapadł tak głęboko w zbiorową pamięć. Mówiąc językiem piłkarskim: mamy sporo twórców w ekstraklasie, ale poza Chopinem nikomu nie udało się wejść do Ligi Mistrzów.
– Naprawdę mamy się kim pochwalić: Lutosławskim, Pendereckim, Góreckim czy Kilarem – wylicza dr Mariusz Gradowski z Instytutu Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego, autor audycji radiowej Chop-in-pop. – Ale to nie ten zasięg, nie ta kategoria. To wybitni twórcy, ale czy szczególnie popularni? Niektóre utwory tak, całościowo nie bardzo. Ma to związek z inną estetyką. Wszyscy oni zajmowali się komponowaniem muzyki współczesnej, za mało komunikatywnej dla przeciętnego odbiorcy. A Chopin potrafił pisać prosto i chwytliwie. Ciekawe, że widać to dobrze w dziełach wydanych pośmiertnie, jak Walc a-moll. Miały zostać zniszczone, jak gdyby ich przystępność i proste piękno nie były tym, pod czym Chopin chciał się oficjalnie podpisać. A nam się podoba! – opowiada.
Kiedy nastała era kultury masowej, wraz z nią nastąpił zwrot ku temu, co znane, pamiętane i lubiane. Chopin też trafił do recyklingu. Nastała trwająca do dziś epoka remiksu, sampli, mash-upów. Stał się wdzięcznym narzędziem dla popkultury, ponieważ jego katalog muzyczny jest imponujący, ale w porównaniu z Mozartem czy Beethovena dość wąski. A skoro tak, to łatwy do zapamiętania, utrwalania, powtarzania.
Bez wątpienia mamy do czynienia z artystą wielkiego formatu. A tylko wielcy przechodzą do historii. Chopinowską ponadczasowość próbował precyzyjnie uchwycić Stefan Kisielewski – pisarz i publicysta znany z kąśliwych felietonów na każdy temat, ale też kompozytor i krytyk muzyczny. Wielkiego maga fortepianu uważał za geniusza pełnego przeciwieństw, który wpłynął na wszystkie dziedziny twórczości muzycznej, choć grał na jednym tylko instrumencie; wyeksportował polski folklor na europejskie salony, mimo że polegał tylko na intuicji i nie uderzał z premedytacją w patriotyczne tony. Gdy układał palce na klawiszach, płynęła spod nich romantyczna opowieść, ale każdy dźwięk był poddany klasycystycznym rygorom. Klasyk? Romantyk? Przedwczesny impresjonista? Zdaniem Kisiela Chopin był każdym po trochu. „Korzystał z niego i impresjonizm, i jazz, zachwycał się nim i ekstatyczny mistyk Skriabin, i obiektywistyczny rzemieślnik Ravel; Chopin doskonale mieścił się w historii i klimacie zachodniej muzyki europejskiej, a jednocześnie był organicznym elementem słowiańskiej, patriotyczno-mesjanistycznej, żałosnej nieraz polskiej legendy. Chopin jest jak ów magiczny przedmiot, mając w każdym zwierciadle inne odbicie. A przecież jest to zawsze ten sam i jeden przedmiot. Oto tajemnica synkretycznej natury geniusza (…)” – rozwodził się Kisiel w „Gwiazdozbiorze muzycznym”. A już na piedestał wynosił chopinowskie mazurki jako dowód, że da się za pomocą nici powyciąganych z różnych szpul (łącząc kosmopolityczną technikę muzyczną z narodową specyfiką folkloru) utkać wielkie dzieła.
Rzeczywiście kompozytor posiadł wyjątkowy dar wynoszenia ówczesnej muzyki popularnej na wysoki poziom. – Dobrze to widać na przykładzie nokturnów. Z tych zwykłych, nastrojowych form Chopin stworzył prawdziwe poematy. To samo dotyczy mazurków, które z tanecznych miniatur przepoczwarzały się w utwory nie do tańczenia, ale zasłuchania w bardzo emocjonalnej opowieści. Pamiętajmy również o etiudach. Te wprawki, utwory ćwiczebne urosły za sprawą Chopina do rozmiarów pełnoprawnych i pełnokrwistych kompozycji – mówi dr Gradowski.

Nehring przegrał z Szydło

Siłę oddziaływania chopinowskiego czaru w polskim społeczeństwie próbował zmierzyć, zbadać i określić CBOS. Pretekstem do opracowania raportu był XVII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Chopina w 2015 r. Streamowanie do internetu przesłuchań konkursowych, koncertu inauguracyjnego oraz występów na żywo laureatów okazało się strzałem w dziesiątkę, bo pozwoliło poszerzyć grono entuzjastów (choćby ograniczali się do kibicowania „naszym”) o osoby niesłuchające na co dzień tego rodzaju muzyki, a Chopina kojarzące co najwyżej z opowiadań na lekcjach muzyki, pomnika w Łazienkach czy wizerunku na starym pięciotysięcznym banknocie. Z badań po konkursie wyszło, że 47 proc. Polaków deklaruje zainteresowanie muzyką poważną, przy czym tylko co 10. osoba z tej populacji przyznaje, że słucha klasyki często. Przeważają kobiety nad mężczyznami (w proporcji 52 do 42 proc.), osoby lepiej wykształcone, z dużych miast, dobrze sytuowane oraz starsze – powyżej 55. roku życia. Chopin nie rozgrzał publiczności tak bardzo jak polscy politycy (konkurs chopinowski trafił w epicentrum kampanii przed wyborami parlamentarnymi). Respondenci odpytywani przez CBOS przyznali, że woleli oglądać występy Beaty Szydło i Ewy Kopacz (41 proc. zainteresowanych) niż dwóch finalistów konkursu – polskiego pianisty Szymona Nehringa i Łotysza Georgijsa Osokinsa (5 proc.).
Mimo wszystko Chopin został usłyszany w internecie, gdzie zazwyczaj trudno konkurować o uwagę kapryśnych influencerów. – Konkurs chopinowski to nie sama muzyka. To rywalizacja, zawody, wyścigi pianistów. Ta otoczka jest chyba niezbędna. Podobnie jak z igrzyskami olimpijskimi. Ludzie, którzy nie interesują się sportem na co dzień, nagle siadają przed telewizorem i podziwiają chód sportowy oraz curling, czyli sport dla prawdziwych koneserów. Owo święto Chopina to prawdziwy fenomen – tłumaczy dr Gradowski.

Co powie Chopin?

Wśród najwierniejszych fanów nie ma natomiast zgody, czym jest każda kolejna płyta zawierająca przerobione kompozycje Chopina. Świętem czy świętokradztwem?
Zaśpiewać Chopina – czy może być ambitniejsze wyzwanie dla artysty? Zbyt wielu takich prób polska estrada nie pamięta. Odważyła się na to Joanna Rawik, wylewnie opowiadając o swoich uczuciach w utworze „Romantyczność”. Pod drugim tytułem – „Kocham świat”, przeniesionym prosto z refrenu – ta piosenka na motywach Poloneza As-dur została nagrodzona na festiwalu w Opolu w 1969 r. Dwa lata później wokalnym opracowaniem kompozycji mistrza zajęła się grupa Novi Singers, ale to był jazzowy scat. I wreszcie na początku lat 90. płytą „Tylko Chopin” błysnęła Lora Szafran (wszystkie teksty napisała Justyna Holm). Teraz do grona chopinowskich piosenkarek dołącza Natalia Kukulska. Jej płyta „Czułe struny” jest owocem pracy prawie 100 osób doproszonych do karkołomnego wyzwania. Dyrygenci, aranżerzy, orkiestra symfoniczna, muzycy sesyjni, sławy fortepianu, wokalistki i autorki tekstów – każdy zostawił tu swój ślad. Taka płyta chodziła za Natalią przynajmniej od 10 lat, odkąd w 200. rocznicę urodzin kompozytora wzięła udział w poznańskim koncercie „Chopin nasz współczesny”.
– Tamto wydarzenie nie doczekało się rejestracji i pomyślałam, że kiedyś warto będzie wrócić do Chopina, a ponieważ od dawna marzyłam o nagraniu płyty symfonicznej, połączyłam oba marzenia. Zdaję sobie sprawę, że porwałam się na coś wielkiego. Ta odwaga przyszła z czasem, jak zaczęłam sobie stopniowo wyobrażać, z kim mogę stworzyć taki album. Zaprosiłam najlepszych. Aranżacji tematów chopinowskich utworów podjęli się Adam Sztaba, Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński i Paweł Tomaszewski. Zagrała nasza najwybitniejsza Sinfonia Varsovia, a za warstwę liryczną oprócz mnie odpowiadają m.in. Mela Koteluk, Kayah czy Gaba Kulka.
Skąd u popowej artystki zainteresowanie Chopinem? Rodzice byli bardzo muzykalni, ale Anna Jantar zasłynęła na scenie repertuarem silnie osadzonym w muzyce pop. A jej mąż Jarosław Kukulski, owszem, skończył wyższą uczelnię muzyczną w klasie oboju i krótko grywał w orkiestrze, lecz komponował hit za hitem i choć pisał muzykę filmową oraz aranżował na orkiestrę, trudno go sklasyfikować jako kompozytora „klasycznego”. Inspiracji Natalii należy szukać więc gdzie indziej.
– W liceum fascynował mnie Beethoven, a od Chopina chyba nieświadomie uciekałam. Odkryłam później, że bałam się tych wielkich emocji, które u mnie wywoływał. Preludium e-moll, które ćwiczył mój syn, już zawsze będzie mi się kojarzyło jako tło do trudnych emocji związanych z odejściem babci. Ale jednocześnie w muzyce mistrza jest wiele czułości i na niej właśnie postanowiłam zbudować ten album. Pierwszym bodźcem była dla mnie poruszająca mowa noblowska Olgi Tokarczuk, która również dotknęła ulotnych acz uniwersalnych wartości. Śpiewam m.in. o dewaluacji wartości, zapominanym pięknie, ale również pojawiają się teksty bardziej emocjonalne i osobiste – tłumaczy Kukulska.
Gaba Kulka w Etiudzie As-dur w uroczy sposób opowiedziała o relacji matki i dorastającej córki. Jak bardzo zmienia się ona w czasie („Ktoś całkiem nowy”). Mela Koteluk, parafrazując słynną złotą myśl Juliusza Słowackiego z „Lilii Wenedy” o tym, że „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”, za pomocą utworu „Z wyjątkiem nas” (na motywach Etiudy E-dur), zakotwiczyła tę płytę w bliskiej Chopinowi epoce romantyzmu. Natomiast Kayah wykorzystała Preludium e-moll do podzielenia się osobistą historią uczuciową (tak powstało „Pod powieką”). Nie jest to kolejna płyta o miłości. A nawet gdyby była? Przecież Chopinowskie kompozycje kipią od uczuć, tylko różnie nazywanych: raz brzmią jak erotyczny pamiętnik figlarnego zalotnika, innym razem jak namiętne wyznanie patrioty przybitego klęską nocy listopadowej.
Płyty takie jak ta zawsze będą budzić kontrowersje i zagrzewać do polemik chopinowskich purystów. Dlaczego utwory na fortepian przenosić na grunt symfoniczny czy wokalny? Zwłaszcza że to duże wyzwanie, szczególnie dla wokalistów.
– Bardzo się broniłam przed śpiewaniem polonezów. Wydawało mi się, że są zbyt pompatyczne do śpiewania i technicznie trudne. Polonez As-dur jednak przekornie zainspirował nas z Pawłem Tomaszewskim do bardzo ciekawego w formie utworu symfonicznego z wieloma kolorami. Ten Chopinowski hit ma oczywiście inną tonację i potrzebnych było kilka uproszczeń, by można było go wykonać wokalnie, ponieważ pianistycznie jest bardzo rozbudowany. Wspaniałe wersje utworów Chopina zawsze będą zachwycać w oryginalnej odsłonie i są niepodważalne, ale cieszy mnie liczba pozytywnych opinii o tej płycie. Słuchacze dzielą się ze mną swoim wzruszeniem i czuję, że ta muzyka przenosi ich do pięknego świata, który zapewne przypomni im o wielkości pierwowzoru, a dodatkowo nazwie uczucia, których w tej muzyce tak wiele. Zależało mi, by było czule i niepretensjonalnie. Chopin to wysoka poprzeczka – konkluduje Natalia Kukulska.

Kompozytor w pięciu smakach

Obecność Chopina w polskiej muzyce rozrywkowej to w sumie żadna nowość. Czasami artyści oddawali mu hołd, wplatając do swoich kompozycji cytaty z jego wirtuozerskich dzieł, jak Józef Skrzek z legendarnej grupy SBB, który w finale utworu „Wolność z nami” odtwarzał na fortepianie fragment Preludium e-mol. To było jeszcze w połowie lat 70.
Dużo dalej poszedł popularny jazzman Marcin Masecki – autor albumu złożonego w całości z wybranych nokturnów Chopinowskich. Nokturn to u podstaw forma liryczna, spokojna, nastrojowa, bez emocjonalnych uniesień i fajerwerków. Chopin ją zrewolucjonizował, między spokojne części wplatając dynamiczne interludia. U Maseckiego mniej jest tamtego patosu, a dźwięki są bardziej figlarne, nieokiełznane i panoszące się po całej klawiaturze. Niespełna 40-letni pianista nie gra zgodnie z dworsko-salonowym ceremoniałem. Gwałtownie zmienia temat, robi przydługie pauzy, improwizuje, kiedy chce i jak długo chce, wydaje się kończyć utwór, a tak na dobrą sprawę go zaczyna. Gra po swojemu, nakładając „goniącą” harmonię na „uciekającą” (vide Nokturn H-dur op. 9). Ani nie próbuje podrobić Chopina, ani go uwspółcześnić.
Z twórczością giganta brali się za bary również polscy rockmani. Wyszła nawet płyta „Rock Loves Chopin”. Na gitarze zagrał lider Lady Pank Jan Borysewicz, a Patrycja i Grzegorz Markowscy ozdobili wokalizami chopinowskie evergreeny. Perkusja, bas, gitara elektryczna, loopy i elektronika – z takim arsenałem zaproszeni do projektu twórcy zaczęli majstrować przy nobliwych walcach, polonezach i etiudach. Chopin momentami brzmi tu hardrockowo (Fantazja-Impromptu cis-moll op. 66), funkowo (Preludium „deszczowe”) albo nawet w klimacie new romantic (Nokturn Es-dur op. 9 nr 2), ale tak skonstruowanej muzyce brak lekkości i powabu. A to jest przecież esencja Chopinowskiego emploi.
– Wychowana na Beatlesach zawsze szukałam w muzyce melodii, wzruszeń, energii i pięknych powtarzalnych motywów, a Chopin był w tym mistrzem – przyznaje Patrycja Markowska. – Można powiedzieć, że tworzył hity na fortepian. To tak jak z dobrą literaturą czy kinem, które obronią się po latach i w innej epoce. Na płycie „Rock Loves Chopin” zaśpiewałam tylko kilka dźwięków, ale ta muzyka do tej pory gra mi w duszy. Chopin jest szalenie inspirujący. Taka anegdota: mój tata (Grzegorz, frontman Perfectu – red.) napisał tekst do jednego z utworów Chopina, a jego rodzony brat Krzysztof zaśpiewał tę kompozycję w kościele, kiedy rodzice brali ślub.
W daleką podróż po wszystkich kontynentach zabrała znamienitego kompozytora Maria Pomianowska. Specjalizująca się w muzyce etnicznej i w grze na instrumentach smyczkowych z całego globu artystka wykorzystała znane dzieła wielkiego romantyka i zaaranżowała je na ludowo. Tak powstała kolorowa gama „światowych” utworów: „Chopin w Persji”, „Chopin w Andaluzji”, „Chopin na Syberii” czy „Chopin na Dzikim Zachodzie”, które zasiliły album „Chopin na pięciu kontynentach” z 2010 r. (był to oficjalny Rok Chopinowski, powstawało wiele projektów poświęconych kompozytorowi). Do realizacji materiału użyto wielu osobliwych instrumentów: harfy celtyckiej, mongolskiego morin-huru czy piszczałki międzyleskiej. A okładkę ozdobił wizerunek kompozytora z niebieskimi dredami. Część środowiska przyjęła płytę z niesmakiem, zaś Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych (ZAiKS) nie chciał zarejestrować śmiałych przeróbek Chopinowskich walców, mazurków i etiud. – Dopiero kiedy irlandzkie linie lotnicze zamówiły jednego Chopina w mojej aranżacji i zaczęły go puszczać na pokładzie samolotów, branża przestała patrzeć na mnie jak na dziwoląga – wspomina Pomianowska.
Artystka dużo podróżuje po świecie. Zdążyła się napatrzeć, jak nasz wielki kompozytor z nadwiślańskiej wyroczni staje się popkulturowym towarem o globalnym zasięgu. W Korei Południowej Chopin jest dobrze znany i ceniony, tak jak cała muzyka europejska. To samo w Japonii. Kiedy gra się Chopina, widownia płacze ze wzruszenia. Pewnego razu po koncercie podszedł do Pomianowskiej mały chłopiec, któremu wydawało się, że Chopin jest Japończykiem. Podobnie było w Afryce, kiedy uczyła dzieci tańczyć krakowiaka, a jedno zapytało wprost, czy Chopin przyjdzie na koncert.
– Pamiętam wyprawę do Libanu – opowiada Pomianowska. – Z braku tradycyjnych muzyków dostałam do współpracy heavymetalowców. Próby odbywały się w oparach haszyszu. Heavy metal jest w Libanie źle widziany i chłopaki z zespołu Blaakyum ciągle mieli jakieś kłopoty, ale nie przejmowali się tym. Jeździli po świecie, koncertowali i nagrywali. Pewnego dnia zagrałam im Chopina. Mazurek z op. 68. Byli zachwyceni. Muzyka klasyczna to piękno uniwersalne. Dotrze do każdego. Skruszy nawet twardego heavymetalowca – uważa Pomianowska.
A jeśli ktoś nie wie, gdzie Fryderyk Chopin umieścił motyw ze znanej kolędy, to jest to Scherzo h-moll z op. 20 z cudownym cytatem z „Lulajże, Jezuniu”.