Wracają, bo teatr bez grania nie istnieje. Bo czekają na nich widzowie. Bo muszą zarabiać. Radość z otwarcia scen miesza się z obawami o przyszłość.
Media

A w czwartym etapie znoszenia obostrzeń rząd „odmroził” teatry… Formalnie od 6 czerwca.

- Pierwszy po lockdownie spektakl był bardzo wzruszającym przeżyciem – opowiada aktorka, Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz. - Minęły trzy miesiące od mojego ostatniego wejścia na scenę. W Łaźni Nowej w Krakowie zagrałam w marcu „Ginczankę. Przepis na prostotę życia ”, a 7 czerwca wróciłam z tym spektaklem do Teatru na Plaży. Te „okoliczności przyrody” w Sopocie były dodatkowym walorem, współgrały z odnową życia twórczego. No i widzowie… Dziwne, że tak ich mało, że w maseczkach… Ale czułam ogromną wdzięczność, że odważyli się i przyszli. Mieliśmy chyba wszyscy poczucie niezwykłego momentu, zwłaszcza, że „Ginczanka” jest spektaklem wyjątkowym.

Reklama

W miniony weekend w Warszawie dla widzów otworzyły się jako pierwsze Och Teatr i Teatr WARSawy (12 czerwca) oraz Teatr Polonia i Teatr Narodowy (13 czerwca). Nie tylko stołeczne sceny zaprosiły widzów do siebie. M.in. we Wrocławiu grał Teatr Pieśń Kozła, w Tarnowie teatr im. Solskiego, a w Białymstoku Teatr Dramatyczny.

Jak było? - Inaczej - mówi Adam Sajnuk, dyrektor Teatru WARSawy i odtwórca głównej roli w „Kompleksie Portnoya” zaprezentowanym po przerwie. - Publiczność dopisała, ale widzowie na początku byli trochę onieśmieleni. Schowani za maseczkami tworzyli jakiś nadrealny obraz. Czuliśmy jednak dobrą energię. To wyróżnienie, że po przerwie przyszli właśnie do nas, że stęsknili się za teatrem.

Reklama

Granie w tzw. reżimie sanitarnym nie jest jednak sytuacją normalną. Burzy ideę teatru, ogranicza i widza, i aktora. - Graliśmy „Kilka dziewczyn” na małej scenie Studio, gdzie kontakt z widzem mamy niemalże namacalny - mówi Grzegorz Małecki, aktor Teatru Narodowego. - Białe kartki z napisem „Prosimy nie siadać” i maseczki na twarzach sprawiały jednak dość smutne wrażenie. Widz powinien mieć wolność i komfort oglądania, które udzielają się też aktorom na scenie, tymczasem sytuacja była krępująca i dla widzów, i dla wykonawców. Dla mnie ten spektakl był… niewygodny. Jest jakaś więź, która wytwarza się pomiędzy aktorami a widownią w czasie spektaklu. Wie o tym każdy, kto choć raz był w teatrze. Przy większej widowni jest lepsza energia, widza się słyszy, czuje, jest wręcz „dotykalny”. Dziś miałem poczucie zagrania jakby połowy spektaklu – opowiada Małecki. I dodaje: - Z artystycznego punktu widzenia chciałbym, żeby grać dopiero wtedy, kiedy zostaną zniesione obostrzenia. Ale z drugiej strony jest aspekt finansowy. Wielu z nas, szczególnie pozaetatowe koleżanki i koledzy, znalazło się w sytuacji dramatycznej. Jestem więc ostatnim, który by nawoływał do zamykania scen. Ludzie muszą z czegoś żyć. Środowisko aktorskie wcale nie jest tak zamożne, jak przedstawia się je na kolorowych portalach. Większość z nas zarabia przeciętnie lub wręcz marnie. Nawet etatowcy. Zarabia się graniem, więc grać musimy.

Dlaczego zagrali? Teatr musi grać, inaczej nie istnieje

Równolegle pojawiają się dwa wątki: misja teatru i potrzeba zarabiania. I nie da się tego oddzielić, bo aktorzy i inni pracownicy teatrów muszą z czegoś żyć. A ostatnie trzy miesiące nie były łatwe. To co prawda wypowiedź brytyjskiego aktora, ale oddaje ducha: "Podczas lockdownu tożsamość artysty wyparowała. Brak dochodu jest zły; ale gorszy jest brak roli lub celu w tak zwanej „nowej normalności”.

Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz zagrała swój monodram już 7 czerwca, bo taka była decyzja teatru, ale podkreśla, że bardzo czekała na ten moment. -Ta chęć grania „na już” bierze się z mojego rozgorączkowania i pracoholizmu. Chcę wracać, nie tylko z powodów finansowych, ale dlatego, że brakowało mi poczucia sprawczości. Chcę znowu działać, opowiadać historie i iść do przodu. Chcę się czuć użyteczna społecznie, bo ludzi zajmujących się kulturą, pozbawiono tego poczucia podczas lockdownu. Nawet umieszczenie nas na samym końcu „odmrażania” jest też czytelnym wskazaniem hierarchii ważności – dodaje.

Pytany o powody otwarcia teatru „w pierwszym rzucie” Adam Sajnuk, dyrektor Teatru WARSawy wymienia trzy równoważne: - Po pierwsze dlatego, że teatr jest powołany do grania. Skoro widz chce przyjść zobaczyć spektakl, to dla mnie jest to podstawowe kryterium. Po drugie – konieczność finansowa, bo jako teatr prywatny, nie stać nas na niegranie. Część teatrów, szczególnie miejskich będzie czekać do września, ale one są w innej sytuacji i tak naprawdę rozwiązanie takie jest dla nich korzystniejsze finansowo. Dla nas nie. Cały czas mamy koszty, ale nie mamy wpływów. Sajnuk tłumaczy, że dotacje, które teatr otrzymał jeszcze przed pandemią musi przeznaczyć na konkretne projekty, natomiast wkład własny zabezpiecza utrzymanie budynku, płace, itp. Przyznaje też, że na dłuższą metę granie przy 50-procentowym obłożeniu oznaczałoby bankructwo dla każdego teatru. – A po trzecie, chciałem zobaczyć już teraz, jak ta nowa rzeczywistość ma wyglądać. Informuję wszystkich, że można już grać – podsumowuje.

Wracają, bo chcą mieć kontakt z widzem, a widz na nich czeka, co pokazują wyprzedane w większości bilety na weekendowe spektakle. Wracają, bo muszą z czegoś żyć, nawet ze świadomością, że widownia nie zawsze wypełni się w 50 proc. - Być może koszt wieczoru się zwróci, a może nie (honoraria, tantiemy, obsługa), ale zdecydowaliśmy się grać, bo to jest przede wszystkim obowiązek wobec naszych widzów – podkreśla Alicja Przerazińska, dyrektorka Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury. Wśród innych powodów jest i ten: umożliwienie pracy kilkudziesięciu artystom i pracownikom teatru, którzy są nierzadko w bardzo trudnej sytuacji. Przerazińska dodaje: - Last but not least, gramy żeby zachować społeczną potrzebę i nawyk teatru.

Och-teatr zaczął po lockdownie „Upadłymi aniołami”, a Polonia „Zapiskami z wygnania”.

Podczas ostatniego weekendu także teatry spoza Warszawy zaprosiły widzów już nie on-line. Wśród nich był m.in. wrocławski Teatr Pieśń Kozła. - Dwa tygodnie temu pokazaliśmy w sieci „Raport Kasandry”, ale był to spektakl czterokrotnie grany na żywo i transmitowany. Następnie można go było oglądać jeszcze przez dwa dni; miał ponad 2 tys. obejrzeń. Ale kiedy okazało się, że w ramach luzowania restrykcji przywracana jest działalność teatrów, zdecydowaliśmy z zespołem, że wracamy. Nawet dla małej liczby widzów – mówi Grzegorz Bral, dyrektor Teatru Pieśń Kozła. W ciągu czterech dni weekendu zagrali spektakl „Wojownik”, który premierę miał w listopadzie 2019 roku. Ponieważ wpływy z biletów i tak nie byłyby duże, przedstawienia były prezentem dla widzów. - Gramy, bo aktorzy nie tylko bardzo już tego pragną, a także dlatego, że większość z nich to freelancerzy, którzy od kilku miesięcy nie zarabiają – mówi Grzegorz Bral.

Jest jednak „ale”

Teatry dostosowały się do wytycznych, bo chcą grać, bo taka jest ich misja. Zgodzili się na to widzowie, ale trudno nie postawić pytania o przyczyny szczególnego reżimu akurat w teatrze. I nie chodzi tu o krytykę zabezpieczeń. Raczej o próbę zrozumienia. Opowiadając na gorąco po spektaklu „Kilka dziewczyn” o swoich wrażeniach Grzegorz Małecki mówi tak: - Była w tym jakaś hipokryzja. Widownia (a raczej połowa widowni) w maskach. A my na scenie bez. Jesteśmy bez masek 30 cm od widzów, całujemy się, przytulamy, gramy „nos w nos” i każe nam się podpisywać przed wejściem na scenę oświadczenie, że wg naszej wiedzy jesteśmy zdrowi. Dlaczego więc nie zażądać tego samego od widzów i nie wpuścić stu procent widowni i to bez masek. Tak bym wolał.

Trudno się nie zgodzić. Przed spektaklem można zrobić zakupy w sklepie i nikt nie zwróci uwagi klientom bez maseczek, których jest większość; można przyjechać do teatru transportem publicznym, w którym wszystkie miejsca mogą być zajęte, a pasażerowie albo mają maski, albo nie; po obejrzeniu przedstawienia można iść na wesele i bawić się do rana w gronie 150 osób (bez maseczek!) albo iść na procesję lub wiec wyborczy (tam też maseczki i dystans należą do rzadkości), ale w teatrze zmierzą nam temperaturę, odbiorą oświadczenie, że jesteśmy zdrowi, usadzą na co drugim miejscu, obowiązkowo w masce. Dlaczego?

Proszę nie oczekiwać wyczerpującej odpowiedzi w tym artykule. Pytania zadałam Ministerstwu Kultury, Ministerstwu Zdrowia, Ministerstwu Rozwoju i Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu.
Odpowiedzi dostałam takie:

  • „Za kwestie bezpieczeństwa w zakresie ochrony zdrowia odpowiada Minister Zdrowia i Główny Inspek-tor Sanitarny. Uprzejmie prosimy o skierowanie pytania zgodnie z kompetencjami, Centrum Informacyj-ne MKiDN”
  • „Proszę te pytania skierować do Ministerstwa Rozwoju i Ministerstwa Kultury. Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska, Ministerstwo Zdrowia”
  • „Ministerstwo Rozwoju odpowiadało tylko za przygotowanie wytycznych dot. wesel. W sprawie pytań dotyczących bezpieczeństwa i higieny pracy w dobie pandemii COVID-19 sugerujemy, żeby skontakto-wała się Pani z Głównym Inspektoratem Sanitarnym i/lub z Ministerstwem Zdrowia. Departament Komunikacji Ministerstwo Rozwoju”.

Jedynym z przywołanych , który udzielił komentarza jest rzecznik GIS, Jan Bondar, który sytuację wyjaśnia tak: - Rozporządzenie reguluje obecne obostrzenia i ich łagodzenie, natomiast GIS ze swoimi wytycznymi musiał się do niego dostosować. Ponadto współautorami wytycznych są też odpowiednie ministerstwa, które znają specyfikę branż. Mam wrażenie, że zapomnieliśmy wszyscy, że przede wszystkim obowiązujące prawo nakłada na nas nadal obowiązek noszenia maseczek poza przestrzenią otwartą oraz o ile w tej przestrzeni nie można zachować odpowiedniego dystansu. Przygotowując wytyczne, w tym dla instytucji kultury braliśmy pod uwagę kilka czynników, np. to, że teatr czy kino gromadzi większą, zanonimizowaną zbiorowość. To z tego faktu wynika merytoryczny, usankcjonowany w przepisach prawa nakaz wskazywania co drugiego miejsca na widowni. Dlaczego podobna zasada nie działa np. w komunikacji miejskiej? Ponieważ ten etap w środkach transportu już mamy za sobą, a teraz trzeba było zrobić kolejny krok. Trzeba pamiętać o branżach strategicznych. Z punktu widzenia funkcjonowania kraju niektóre z nich są priorytetowe. Zmieniamy zasady, ale trzeba się przyglądać, bo wiele rzeczy jest niepokojących. W przypadku instytucji kultury w wytycznych zapisano dodatkowo możliwość kontaktowania się z inspektorami w terenie, którzy będą wyjaśniać wątpliwości.

- Mnie to już nawet nie dziwi, bo wiem, że tak w czasie żałoby narodowej, jak i w czasie pandemii, jako pierwsze zamyka się teatry. Za to uwalnia się nas na końcu i z największymi obostrzeniami. Jakby trzeba się było wykazać opiekuńczością akurat na tym przykładzie, skoro wcześniej otwarto galerie, kościoły, pozwolono na organizację wesel. Widzę w tym wszystkim tak wiele niedopracowanych zaleceń i nie-konsekwencji. Prosty przykład: gdybym mógł wpuścić na widownię nie 50 proc. widzów, ale np. 70 proc. tyle że z zachowaniem 1,5 m odstępu. Przy takim układzie widowni jak w Teatrze WARSawy mogę spełnić ten warunek, ale nikt o tym nie pomyślał – mówi Adam Sajnuk.

Czy to wykonalne? Tak. Zdjęcie z Berliner Ansamble chyba znane, bo zrobiło w sieci furorę. Widownia stanowi 70 proc. standardowej liczby miejsc, ale zachowano 1,5 metrowe odstępy.

Mateusz Węgrzyn, rzecznik prasowy Teatru Powszechnego zwraca uwagę, że organizacja pracy wielu osób oraz zaplanowanie bezpiecznego uczestnictwa widzów w spektaklach wymaga czasu i sporych nakładów pracy. - Zamrożonego na kilka miesięcy dużego teatru nie da się odmrozić w jeden dzień. Poza tym sytuacja jest wciąż niepewna i dynamiczna, notujemy właśnie szczyt zachorowań, mimo poluzowania obostrzeń i ogłoszenia "zwycięstwa". Wpadamy więc trochę w absurdalną sytuację - oto podczas całonocnych wesel, w sklepach czy na basenie nie obowiązują już restrykcyjne obostrzenia, a z kolei od instytucji kultury wymaga się szybkiego opracowania wyśrubowanych procedur. Nie jesteśmy jednak epidemiologami, dlatego prosiliśmy o konsultacje ze specjalistami, które się odbyły i trochę pomogły w naszej pracy, ale i tak każda placówka musi wypracować konkretne zasady na podstawie ogólnych zaleceń.

Pytana o tak wyśrubowany reżim sanitarny w teatrach dyrektor Instytutu Teatralnego Elżbieta Wrotnowska–Gmyz, przyznaje, że nie jest on łatwy do wypełnienia, ale wynika z poczucia odpowiedzialności za artystów i widzów. - Już 26 maja podczas spotkania ze Stowarzyszeniem Dyrektorów Teatrów, Unią Teatrów Polskich i Gildią Polskich Reżyserów i Reżyserek oraz dr Pawłem Abramczykiem, dyr. departamentu w GIS, wiedzieliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na błędy w czasie łagodzenia obostrzeń – mówi Wrotnowska-Gmyz. - Jesteśmy już po kolejnym spotkaniu dyrektorów teatrów, filharmonii i scen baletowych z ekspertami zorganizowanym wspólnie z Instytutem Muzyki i Tańca, na którym padły odpowiedzi na bardzo wiele trudnych i szczegółowych pytań z zakresu epidemiologii, prawa pracy i sposobów radzenia sobie ze stresem związanym z zagrożeniem epidemicznym. Sytuacja jest nowa i trudna, ale robimy wszystko, żeby pomóc teatrom w tym trudnym okresie. Ewentualne ognisko koronawirusa w teatrze może kosztować teatry bardzo wiele – zapewnia dyrektorka Instytutu Teatralnego.

I tylko taki drobiazg: wśród uczestników tych rozmów zabrakło dyrektorów teatrów prywatnych. Adam Sajnuk, dyr. Teatru WARSawy zwraca uwagę na pewną absurdalność sytuacji, skoro MKiDN wraz z Instytutem Teatralnym, Stowarzyszeniem Dyrektorów Teatrów, Gildią Reżyserów i Unią Teatrów Polskich rozmawiało wyłącznie z teatrami miejskimi, które i tak nie planowały się otwierać w pierwszym możliwym terminie, podczas gdy to prywatne komunikowały, że zależy im na szybkim odmrożeniu scen. To pozostawienie teatrów prywatnych w próżni wpłynęło m.in. na powołanie do życia stowarzyszenia o nazwie Unia Teatrów Niezależnych. - Jako reprezentanci scen prywatnych liczymy, że będziemy lepiej słyszani. Oczywiście zapraszamy też inne teatry do nas – mówi Sajnuk.

Kiedy zagrają inni?

Część teatrów zapowiada otwarcie w następny weekend lub na początku lipca. 26 czerwca wróci do pracy offline Teatr Łaźnia Nowa. - Będziemy eksploatować przede wszystkim spektakle małoobsadowe, chociaż zaczynamy od „Konformisty 2029”, który jest większą produkcją. Jako szef artystyczny ponoszę również odpowiedzialność wobec artystów sceny. Oni zostali odcięci od źródeł dochodu na dwa miesiące. I naprawdę wielu z nich jest dramatycznej sytuacji – mówi Bartosz Szydłowski, dyrektor krakowskiego teatru Łaźnia Nowa. - Kategoria opłacalności jest ważna i zawsze bierzemy ją pod uwagę tworząc repertuar, ale nie jest najważniejsza. Teatr musi grać. A w czasie kryzysowym szczególnie potrzebna jest mądra rozmowa, która pomoże w przepracowaniu tych tygodni w zamknięciu – dodaje Szydłowski.

Teatr Powszechny planuje premierę "Dobrobytu" w reż. Árpáda Schillinga, wróci więc dopiero 10 lipca w nowym reżimie. Spektakl mocno koresponduje z sytuacją epidemii i zarządzania strachem, a cała historia rozgrywa się w odizolowanym hotelu. - Granie spektakli z połową widowni dla dużego teatru publicznego przeważnie jest bardzo nieopłacalne, a na dłuższą metę grozi zapaścią finansową - zaznacza rzecznik prasowy Mateusz Węgrzyn. Czy będą się ratować podwyższaniem cen biletów? Zachowanie reżimu sanitarnego, środki czystości itp. to dodatkowe, spore koszty. - Na razie nie planujemy takiej decyzji, wielu osobom na skutek epidemii obniżono pensje czy wręczono wypowiedzenia, wyższa cena biletów mogłaby być tylko dodatkową barierą w dostępie do kultury – zapewnia Węgrzyn.

Wiele teatrów nie otworzy się jednak wcześniej niż w nowym sezonie. Tak będzie w Teatrze Współczesnym czy Teatrze Studio. - Najprawdopodobniej pod koniec czerwca zorganizujemy kilka działań performatywnych, w których będzie mogła uczestniczyć bardzo ograniczona liczba widzów - zapowiada Roman Osadnik, dyrektor Teatru Studio. Działania te będą dostępne także on-line. Planowane jest też otwarcie Galerii Studio, ale do spektakli repertuarowych teatr powróci dopiero w nowym sezonie, co - jak mówi dyr. Osadnik - będzie też uzależnione od sytuacji i rozwoju pandemii. - Już teraz zostaliśmy zmuszeni do przełożenia jednej premiery na przyszły rok budżetowy. Teatr Studio rozważa stosowanie mieszanego profilu działania tzn. grania spektakli z widzami w teatrze w ograniczonej liczbie i przy jednoczesnym odpłatnym streamingu do Internetu. - Niestety zrealizowanie streamingu na wysokim poziomie jest bardzo kosztowne – dodaje Osadnik.

Online nie zastąpi żywego teatru

Choć zapewne jakąś formę współistnienia należy wypracować. Że nie jest łatwo pokazywać spektakle w sieci wiedzą ci, którzy je podczas lockdownu oglądali. Bywało różnie. Często ułomności natury technicznej starano się nie dostrzegać, „bo za darmo”, „bo nie widzieliśmy w teatrze”, „bo skąd można było przewidzieć, że to się przyda”…

Dyrektor Osadnik podkreśla, że działania on-line nigdy nie zastąpią żywego kontaktu widza z aktorem. Są też działaniem ratunkowym dla zespołu aktorskiego, dzięki któremu jest podstawa prawna do wypłacania dodatkowych wynagrodzeń, które przynajmniej w niewielkiej części rekompensują aktorom utracone przychody z tytułu odwołanych spektakli.

Spektakle online mają swoje zalety, ale tak się dłużej nie da, bo zatraca się sedno teatru - uważa Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz. - Jego sercem jest spotkanie z żywym człowiekiem i przeżycie tu i teraz. przekonuje, że teraz jest czas znowu przekonać widzów, że warto przyjść do teatru i zapłacić za bilety.To będzie praca, którą my, artyści, musimy wykonać, by zachęcić do aktywnego uczestnictwa w kulturze. Z dystansem podchodzi do teatru w sieci także Grzegorz Małecki. - Nie jestem entuzjastą spektakli online. A przynajmniej nie w takim wydaniu jak mieliśmy okazję oglądać. Jeśli mają być ofertą dla widza w dobie platform streamingowych, to rejestracje spektakli muszą być bardziej profesjonalne. Potrzebują dobrych operatorów, przemyślanego montażu, dźwięku, zbliżeń.

Dyrektor Instytutu Teatralnego pytana o obecność teatru w sieci odpowiada, że to nowe doświadczenie, dzięki któremu choć teatry straciły wpływy, to nie tylko nie straciły widzów, ale zyskały nową publiczność. - Oglądalność spektakli w internecie jest ogromna i na szczęście są też próby biletowania spektakli w sieci. Dobrze byłoby gdyby pieniądze za bilety z sieci trafiały do twórców – zwraca uwagę Wrotnowska- Gmyz. I przekonuje, że działalność teatrów online będzie prowadzona nadal, równolegle z powrotem widzów do teatrów. - Na pewno muszą się znaleźć środki na profesjonalne nagrania spektakli, na dofinansowanie nowych artystycznych form obecności teatru w sieci. To jest dla nas ważne, bo wielu widzów, być może dzięki temu odkryło teatr, do którego wcześniej nie mogli mieć dostępu. Teatru znowu okazał się bardzo potrzebny i buduje tak potrzebne w tych trudnych czasach poczucie wspólnoty.

Odmrożenie i co dalej?

Pytanie jest bardzo na czasie. To teraz jest ostatni dzwonek, by zacząć myśleć o kulturze systemowo. Może patrząc na nią tak jak Monika Grütters, komisarz rządu federalnego ds. Kultury i mediów, która mówi głośno: „Artyści są nam niezbędni szczególnie teraz" a „kultura nie jest luksusem, lecz wyrazem człowieczeństwa".

Nie wystarczy powiedzieć "odmrażamy" teatry. Sytuacja jest skomplikowana. Ostatnie trzy miesiące pokazały, że pomoc dla artystów wykuwała się w trudzie i znoju, i że nawet z „Kulturą w sieci” daleko jej do ideału. To wszystko co się wydarzyło, pokazało jak słabo zabezpieczeni są artyści, jak niewielkie środki zagospodarowane są w budżetach miejskich na kulturę (a teraz skurczą się jeszcze bardziej), jak bardzo odpowiedzialne instytucje nie są przygotowane na sytuacje nagłe. Dopiero w trzeciej tarczy antykryzysowej zawarto rozwiązania dotyczące postojowego jakoś dopasowanego do realiów pracy ludzi w instytucjach kultury. Ale rozwiązania te nadal są niewystarczające. Resort kultury zapowiada szybkie zakończenie prac nad ustawą o uprawnieniach artysty zawodowego, która od dwóch lat jest w konsultacjach z przedstawicielami artystów. Ma ona dotyczyć osób, które przynajmniej połowę dochodu czerpią z twórczości, a nie są związane z instytucjami kulturalnymi i nie mają zabezpieczenia socjalnego oraz emerytalnego. Czy będzie to dokument na miarę nowych wyzwań?

Trudno powiedzieć, że to pocieszające, ale podobne problemy ma też wiele innych państw europejskich. W Wielkiej Brytanii do końca roku może upaść 50 proc. scen muzycznych i 70 proc. teatrów dramatycznych o ile rząd nie pomoże ich ratować. Organizacje zrzeszające ludzi kultury zaapelowały do rządu Wielkiej Brytanii o dodatkowe wsparcie, powołując się na takie przykłady, jak niemiecki fundusz kulturalny o wartości 890 mln funtów(!). Niemcy pozostają na razie niedościgłym wzorem. Artyści i pracownicy sektora kultury szybko mieli dostęp do tzw. „błyskawicznej pomocy”, udzielanej przez kraje związkowe. Samozatrudnieni i firmy zatrudniające do 5 osób mogą otrzymać bezzwrotną dotację w wysokości 9 tys. euro, na 3 miesięce. Firmy zatrudniające do 10 osób mogą zaś wnioskować o 15 tys. euro.

- Nie jestem osobą, która liczy na pomoc. Od początku lockdownu robiłam miniserial internetowy „W związku z zaistniałą sytuacją” autorstwa Zośki Papużanki w Teatrze Łaźnia Nowa, co pozwoliło odrzucić negatywne myślenie i przywrócić poczucie sprawczości. Wiedziałam, że są odbiorcy, którzy czekają na kolejny odcinek i mam dla kogo przetwarzać emocje, których tyle mam w sobie. Nie da się jednak ukryć, że to był (i jest) trudny czas dla artystów. Oczywiście wnioskowałam o te wszystkie stypendia ministerialne, ale nie dostałam; już miałam podejrzenia, że coś ze mną jest nie tak (śmiech-red.). W końcu dostałam zapomogę. 1800 zł. Wniosek składałam w kwietniu, pieniądze dostałam 3 dni temu… Nie będę wybrzydzać, nie narzekam, bo narzekanie wywołuje negatywne emocje. Robię swoje, przebijam się z projektami i idę do przodu, ale wiem, że nie wszyscy tak potrafią. I nie muszą tak potrafić. Znam wielu artystów, którzy nie mają umiejętności producenckich, pracują na umowę zlecenie i jest to straszne, że zostawiono ich samym sobie. Mam poczucie twardego lądowania po latach lotu i ciężkiej pracy – mówi freelancerka Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz.

Dyrektorka Instytutu Teatralnego przekonuje, że w sytuacji, gdy samorządy ograniczą wsparcie, środowiska artystyczne mogą liczyć na programy pomocowe realizowane przez MKiDN. - Jest „Kultura w sieci”, w ramach programu na projekty teatralne przeznaczono 8,4 mln zł, dofinasowanie dostało prawie 140 projektów i na pewno będą kolejne. Już podniesiono fundusz zapomogowy dla twórców do kwoty 4 mln, ok. 1000 osób otrzymało stypendia, w tym 130 z zakresu teatru. Rysują się nowe rozwiązania, które powinny pojawić się w następnych tarczach – zapewnia Wrotnowska- Gmyz. - O ile teatry prywatne, jako przedsiębiorstwa mogą korzystać z tarcz antykryzysowych, to sceny, których organizatorem są samorządy działają w oparciu o dotację przyznaną przez organizatora skorzystały z programu „Kultura w Sieci”, jednak wszystkie sceny odnotowały poważny uszczerbek w budżecie nie grając – dodaje.

To oczywiście ważna pomoc, ale – kwoty nie oszałamiają, a lista beneficjentów projektu „Kultura w sieci” może być dyskusyjna, nawet przyjmując za punkt wyjścia de gustibus non est disputandum. Także tarcze antykryzysowe, nawet odświeżone, nie dotyczą wszystkich. - Na przykład nie dotyczą takich organizacji jak moja – mówi Grzegorz Bral, dyr. Teatru Pieśń Kozła. - Kiedy czytam, że rząd niemiecki wpompowuje miliard euro, szczególnie we freelancerów, w teatry, w tancerzy, to mam poczucie, że polscy twórcy stali się bankrutami nie tylko finansowymi. Są też ofiarami bankructwa posługi społecznej, jaką powinni wykonywać politycy. Z kolei pomoc od miasta dla artystów wynajmujących lokale owszem, jest. Zmniejszono czynsze, ale jeśli ktoś nie wynajmuje lokalu od miasta, nie może liczyć na żaden upust od właściciela lokalu. Nie dostrzegłem nigdzie szczególnych form wsparcia finansowego dla takich organizacji jak nasza. Sądzę nawet, że panuje pogląd, iż mając dotację, jesteśmy zabezpieczeni. W przyszłym roku sytuacja będzie o wiele gorsza dla wszystkich. Obawiam się więc, że stanę niedługo przed kolejnym dylematem: który z kolejnych swoich projektów muszę ponownie po latach działalności poświęcić? W zeszłym roku był to Brave Festival.

Co byłoby ratunkiem dla takich stowarzyszeń jak Stowarzyszenie Kultury Teatralnej Pieśń Kozła, która prowadzi m.in. Teatr Pieśń Kozła? - W związku z pandemią do maja br. mój teatr stracił już ok. pół miliona złotych z powodu odwołania 6 wyjazdów zagranicznych. To ogromna strata, bo takie wydarzenia gwarantowały dodatkowe pieniądze na bieżącą działalność, uzupełniając miejską dotację. Rozwiązaniem ratującym nas byłby zwrot przez rząd np. 50 proc. tych utraconych korzyści. Ponadto utrzymanie dotacji miejskiej przynajmniej na dotychczasowym poziomie. Jeśli samorząd zacznie oszczędzanie od kultury, to będzie jej koniec – mówi Bral. - Pomysł na to, że takie stowarzyszenie jak moje przetrwa jeśli znajdzie sponsora komercyjnego, jest pomysłem lansowanym od 25 lat we Wrocławiu i jest groteskowy, bo nie ma w Polsce sponsora gotowego na utrzymywanie teatru.

Co ciekawe nie inne problemy ma też dyrektor teatru miejskiego. - Nie ukrywam, że granie spektakli dla ograniczonej widowni z ekonomicznego punktu widzenia jest finansowym samobójstwem dla instytucji. Bez dopłat z tytułu utraconych wpływów zwyczajnie nie będzie to możliwe. Nie możemy liczyć na ulgi w składkach ZUS, dopłaty do pensji, nie możemy starać się o subwencje. Odmówiono nam także obniżenia czynszu. Na przychody teatru składają się dotacja podmiotowa, dotacje celowe, ale także przychody z biletów, wynajmu sal, wyjazdów, spektakli i koncertów gościnnych. Tych ostatnich jesteśmy pozbawieni, co sprawia, że instytucje zaczynają pogrążać się finansowo. Jedyna nadzieją na zmianę tej sytuacji jest zwiększenie dotacji podmiotowej przez Organizatora, którym dla Studio jest m. st. Warszawa, ale jesteśmy świadomi, że nie będzie to takie proste w kontekście 41 % spadku przychodów Miasta w kwietniu – mówi o sytuacji Teatru Studio jego dyrektor, Roman Osadnik.I wskazuje na niekonsekwencje pewnych rozwiązań. - Stworzyliśmy projekt Kwarantanna - mówi Osadnik. - Działania te finansujemy głównie z własnych środków oraz dobrowolnych wpłat widzów. Kilka dni temu otrzymaliśmy wiadomość, że nasz wniosek na działania on-line w ramach programu "Kultura w sieci" uzyskał dofinansowanie. Bardzo nas to ucieszyło, ale jednocześnie znaleźliśmy się w wielkim kłopocie, gdyż w związku z tym, że działania te muszą być udostępnione nieodpłatnie, z automatu zmuszeni jesteśmy rozliczać podatek w ramach prewspółczynnika, który jest dla instytucji kultury bardzo niekorzystny. Do tej pory każdy koszt instytucji był powiązany z uzyskiwaniem przychodów i mogliśmy rozliczać VAT w 100 %. Teraz, przy braku przychodów z biletów, należność VAT-u może być kilkakrotnie wyższa niż uzyskana dotacja od Ministerstwa Kultury.

Bez pomocy Państwa wiele teatrów może zniknąć z mapy kulturalnej kraju – podsumowuje Roman Osadnik.