Gdy dokonany wiosną 1940 r. mord na polskich oficerach wyszedł na jaw, rozpoczął się trwający pół wieku proces konstruowania kłamstwa katyńskiego. Szczególnym gwałtem na prawdzie i moralności było narzucanie go Polakom
Reklama
Nazwa rosyjskiej wsi Katyń, gdzie w 1943 r. Niemcy odkryli masowe groby rozstrzelanych oficerów Wojska Polskiego, stała się synonimem bezprecedensowej zbrodni popełnionej na obywatelach polskich przez władze Związku Sowieckiego. Jej ofiarą padło – według dzisiejszego stanu badań – 21 581 polskich jeńców wojennych i więźniów politycznych.
W czasie gdy trwały egzekucje jeńców i więźniów politycznych, NKWD (Komisariat Ludowy Spraw Wewnętrznych) przeprowadził też masową akcję deportacyjną ich najbliższych. Odbyła się jednego dnia – 13 kwietnia 1940 r. Na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej ponad 60 tysięcy członków rodzin rozstrzelanych Polaków zesłano do północnego Kazachstanu.
Po wojnie przyniesiony ze wschodu reżim kazał Polakom zapomnieć o ofiarach zbrodni. Na straży sowieckiej wersji historii stała cenzura, a tych, którzy upominali się o prawdę, represjonowano.

Polscy jeńcy wojenni

Gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona uderzyła od wschodu na Polskę, do sowieckiej niewoli dostało się ok. 240 tys. polskich żołnierzy i policjantów. Po kilku tygodniach większość wojskowych zwolniono lub przekazano Niemcom, pozostawiając w niewoli 25 tys., których wysłano do pracy w przemyśle i przy budowie dróg. Natomiast ponad 8 tys. oficerów skoncentrowano w obozach jenieckich w Starobielsku na wschodniej Ukrainie i w Kozielsku na południowy zachód od Moskwy. Na początku kwietnia 1940 r. przebywało w nich 3809 i 4599 jeńców, w tym 13 generałów oraz 279 pułkowników i podpułkowników. Zawodowi wojskowi stanowili jedną trzecią więźniów. Pozostali – oficerowie rezerwy – reprezentowali różne zawody inteligenckie. Byli wśród nich: lekarze, prawnicy, nauczyciele, inżynierowie, urzędnicy. Trzeci obóz w Ostaszkowie w północnej Rosji przeznaczony był dla 6364 policjantów, a także żandarmów, funkcjonariuszy straży granicznej i więziennictwa oraz pracowników służb wywiadowczych. Wszystkie trzy obozy jenieckie mieściły się w dawnych klasztorach prawosławnych. Panowały tam ciasnota i fatalne warunki sanitarne. Mimo że Polaków traktowano jako jeńców wojennych, wbrew konwencjom międzynarodowym obozy nie podlegały armii, lecz NKWD. Osadzonych poddawano intensywnym przesłuchaniom. Chodziło o rozpoznanie ich przedwojennej działalności, poglądów politycznych, stosunku do ZSRR. Towarzyszyła temu komunistyczna agitacja, ale skutki politycznej reedukacji jeńców okazały się mizerne. Na współpracę z Sowietami poszli tylko nieliczni.
W przeddzień rozpoczęcia wywózek na śmierć w Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie przebywało łącznie blisko 15 tys. jeńców.

Machina mordu

Drobiazgowo zaplanowana akcja eksterminacyjna trwała w kwietniu i maju 1940 r. Na podstawie list transportowych otrzymywanych z Moskwy komendanci obozów wysyłali 200–300 osobowe grupy jeńców na egzekucję do trzech obwodowych zarządów NKWD. Równolegle szefowie tych placówek otrzymywali z centrali analogiczne listy Polaków do rozstrzelania. Wykonanie zadania każdorazowo potwierdzali telegramem. Wobec jeńców stwarzano pozory, że mają być przeniesieni do innych obozów lub zwolnieni; zaszczepiono ich nawet na tyfus. Podstęp okazał się skuteczny: oficerowie i policjanci szli do transportu chętnie, nie stawiając oporu.
Według dzisiejszego stanu wiedzy zginęło 14 546 jeńców. 6311 policjantów z Ostaszkowa zabito w Twerze i pochowano w oddalonym o 30 km Miednoje, 3820 oficerów ze Starobielska zginęło w Charkowie i zostało pochowanych w Piatichatkach na obrzeżach miasta, a 4415 jeńców z Kozielska zamordowano w Katyniu 15 km na zachód od Smoleńska, a częściowo w siedzibie smoleńskiego NKWD. Wszystkie trzy miejsca pochówku były zarazem tajnymi cmentarzyskami ofiar wielkiej czystki z lat 1937–1938.

O nich wciąż nie wiemy nic

Najsłabiej rozpoznaną grupą ofiar zbrodni katyńskiej pozostają więźniowie polityczni różnych narodowości. Od początku okupacji sowieckiej trwały aresztowania urzędników, prawników, działaczy politycznych i społecznych, przedstawicieli burżuazji, ziemian. Po 5 marca 1940 r. Beria nakazał skoncentrować więźniów z terenu Zachodniej Białorusi w Mińsku, a z Zachodniej Ukrainy przenieść do więzień w Kijowie, Charkowie i Chersoniu – i tam zapewne zostali zamordowani. Wśród więźniów, których Beria nakazał rozstrzelać, było aż 1,2 tys. oficerów i 5 tys. policjantów. W jedynym znanym miejscu pochówku – w Bykowni pod Kijowem – archeolodzy znaleźli szczątki 2 tys. rozstrzelanych więźniów oraz przedmioty pozwalające identyfikować ich z osobami z „ukraińskiej listy katyńskiej”. Więźniowie z Białorusi spoczywają zapewne na cmentarzysku ofiar stalinowskich represji w Kuropatach pod Mińskiem. Groby pozostałych są nieznane do dziś.
Według raportu szefa KGB Aleksandra Szelepina na podstawie decyzji Biura Politycznego zamordowano 7305 więźniów. Dopiero w połowie lat 90. władze ukraińskie ujawniły listę 3435 rozstrzelanych. Było wśród nich kilkuset wojskowych i policjantów, przedstawiciele elit społecznych i politycznych, ale także wykryci przez NKWD agenci przedwojennej polskiej policji politycznej w ruchu komunistycznym. Brzmienie około 20 proc. nazwisk wskazuje na ukraińskie lub żydowskie pochodzenie. Dowodzi to, że selekcja na śmierć opierała się na kryteriach politycznych i klasowych, a nie etnicznych.

Dowody zbrodni

Gdy w 1941 r. powstawała w ZSRR armia gen. Andersa, rząd polski zaczął poszukiwać 8 tys. oficerów, o których było wiadomo, że dostali się do sowieckiej niewoli. Władze ZSRR udzielały wykrętnych odpowiedzi, choć w jednej z rozmów gen. Mierkułowowi wymknęło się ponoć: „Popełniliśmy z nimi wielki błąd”. Prawda – choć niecała – wyszła na jaw 13 kwietnia 1943 r., kiedy niemieckie radio obwieściło odnalezienie pod Smoleńskiem masowych grobów polskich oficerów.
Odkrycie zbrodni wojennej dokonanej przez państwo należące do koalicji antyhitlerowskiej było niezwykłym darem dla niemieckiej propagandy. Niemcy zorganizowali w Katyniu masową akcję ekshumacyjną z udziałem ekspertów z krajów okupowanych lub satelickich, a także neutralnej Szwajcarii. Wydobyto zwłoki 4243 oficerów, z których 2730 zidentyfikowano jako więźniów Kozielska, dowodząc sowieckiego sprawstwa zbrodni. Ważną rolę w tych pracach odegrała komisja techniczna Polskiego Czerwonego Krzyża, której członkowie działali w porozumieniu z wywiadem Armii Krajowej i zabezpieczyli liczne dowody rzeczowe.
W trudnym położeniu znalazł się rząd RP na uchodźstwie. Z jednej strony musiał upomnieć się o swoich pomordowanych obywateli, a z drugiej znalazł się pod naciskiem Brytyjczyków, obawiających się o trwałość sojuszu wojennego z ZSRR.

„Prawda” po sowiecku

Po odzyskaniu Smoleńska władze sowieckie powołały własną komisję pod przewodnictwem naczelnego chirurga Armii Czerwonej Nikołaja Burdenki. W styczniu 1944 r. „udowodniła” ona niemieckie sprawstwo mordu w Katyniu. Władzom sowieckim nie udało się natomiast doprowadzić do uznania niemieckiej winy za Katyń w procesie norymberskim.
Na przyjęcie przez państwo rosyjskie odpowiedzialności za zbrodnię trzeba było czekać pół wieku. Na fali pieriestrojki rosyjscy dziennikarze odkryli cmentarze ofiar w Piatichatkach, Miednoje i Bykowni, a historycy dotarli do dokumentów NKWD. 13 kwietnia 1990 r. władze ZSRR wydały oświadczenie obciążające odpowiedzialnością „Berię, Mierkułowa i ich pomocników” oraz przekazały Polsce spisy straconych.