Autopromocja

Zoe Folbigg o „Stacji miłość": To też książka o odwadze [WYWIAD]

14 lutego 2020

Wygrałam na loterii bilet do Paryża - i to jest fakt; każdy lubi ten moment ucieczki w jakąś szczęśliwą opowieść - powiedziała PAP brytyjska pisarka Zoe Folbigg. Jej debiutancka powieść "Stacja miłość" ukazała się właśnie na polskim rynku.

Zoe Folbigg: Dziękuję za miłe słowa! Myślę, że każdy lubi ten moment ucieczki w jakąś szczęśliwą opowieść. A z taką mamy tu do czynienia.

Z. F.: Jak najbardziej, taki był mój zamysł, żeby inspirować czytelników. Natomiast przyznam szczerze, że na początku, gdy zabrałam się za pisanie książki, miała to być po prostu powieść o miłości. Wiele osób, gdy dowiadywało się, jak poznałam swojego męża (to on był pierwowzorem Mężczyzny z Pociągu), mówiło: "przecież to jest znakomity temat na powieść", "musisz to spisać". Doszłam do wniosku, że jest to też książka o odwadze, o braniu życia w swoje ręce. Miałam w którymś momencie taką nadzieję, że książka moja zainspiruje czytelników do działania, nie tylko w kwestii miłości, ale także do podejmowania odważnych i przemyślanych decyzji, żeby odważyli się pomóc przeznaczeniu.

Z. F.: Mogę powiedzieć, że sposób, w jaki Maya reaguje na mężczyznę, którego widzi, to byłam w stu procentach ja. Kiedy czytamy scenę, gdy Maya ma przeczucie dotyczące swojej siostry, która zostaje potrącona przez samochód, to też się wydarzyło w moim prawdziwym życiu. Wygrałam na loterii bilet do Paryża - i to też jest fakt. Trochę podkoloryzowałam w książce zwroty akcji. Mam to szczęście, że wszystkie moje szefowe to były wspaniałe kobiety, nigdy nie trafiłam na taką okropną szefową, z jaką musi się spotykać Maya i też nie miałem takich dylematów w pracy, przed jakimi ona staje.

Kolejna rzecz, którą podkoloryzowałam, to był moment, kiedy Maya i James wpadają na siebie ponownie. W prawdziwym życiu to nie było tak dramatyczne... Uczucia, Maya - to stuprocentowa ja, prawda. Historie, które wydarzają się po drodze, są troszeczkę "podkręcone".

Z. F. Nie wiem, co najchętniej czyta się w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii są obecne różne style pisarskie, które podobają się czytelnikom. Np. "Milkman" Anny Burns to jest książka, w której nie ma żadnej interpunkcji. Ta książka osiągnęła bardzo wielki sukces. Kolejny poczytny autor - James Frey - napisał książkę "Milion małych kawałków". Tam z kolei główną siecią narracyjną są bardzo szybkie dialogi. I ta książka sprzedaje się bardzo dobrze. Dlatego wydaje mi się, że nie ma jednego stylu, który spowoduje, że książka odniesie sukces. Moja książka sprzedała się w Wielkiej Brytanii bardzo dobrze, mam nadzieję, że podobnie będzie i w Polsce. Osobiście bardzo lubię realizm magiczny, jako gatunek literacki, a wiem, że wielu osobom on się wcale nie podoba. Dlatego uważam, że sukcesem wydawniczym jest trafić w to, co w danym momencie ludzie chcą czytać - z czym się utożsamiają, i co im sprawia przyjemność.

Z. F.: Moją intencją było napisanie powieści o miłości, z happy endem, natomiast w trakcie pisania pojawiła się myśl, żeby spróbować zachęcić ludzi do działania - nawet małymi krokami. Chodzi o to, żeby wykazać tę odwagę, chęć wzięcia życia w swoje ręce. Okazało się, że czytelnicy gazety, w której też opisałam tę historię, zgłaszali się później do mnie po radę. Za każdym razem mówię: spróbuj tak pokierować swym losem, aby życie się potoczyło tak, jak byś chciał.

Z. F.: Pierwotnie historia była umiejscowiona w redakcji magazynu, ponieważ to było środowisko, które znałam, jako dziennikarka. Kiedy zaniosłam książkę do mojej agentki, powiedziała, że to za bardzo przypomina historię z filmu "Diabeł ubiera się u Prady". Ale przecież historia tamta dzieje się ok 10 lat wcześniej. Ja chciałam ją trochę unowocześnić i przenieść narrację do świata mody online. Pracowałam w miejscu, które się zajmuje sprzedażą ubrań, uznałam więc, że to będzie miejsce bardziej na czasie niż redakcja magazynu.

Z. F.: W Wielkiej Brytanii "Stacja miłość" okazała się bestsellerem, więc mój wydawca prosił o kolejną część i zasugerował, żebym znów napisała o prawdziwym życiu, kiedy jestem mężatką, mam dzieci... Zrobiłam to inaczej, napisałam drugą książkę, która opowiada o naszej podróży, którą rzeczywiście odbyliśmy - przez rok podróżowaliśmy dookoła świata. Tytuł tej książki - "Postcard", czyli kartka pocztowa. Wiele przygód i fantastycznych postaci.

Z. F.: Jeśli czytelnicy piszą do mnie za pomocą Instagrama czy tweetują coś, to staram się wchodzić w konwersację, odpisywać na listy, wiadomości. Świat książkowy jest wspaniały, więc jestem szczęśliwa, że mogę być częścią tej społeczności. Myślę, że w 2020 r. to jest ważne, aby ta więź była, a autor był dla czytelników dostępny. Nie da się bez tego w obecnych czasach funkcjonować.

Z. F.: Tak, tak! Był ktoś taki. Prawa do mojej książki kupiła pewna firma producencka z Wielkiej Brytanii. Ale to postępuje powoli, a firma postawiła sobie za cel zrobienia filmu na miarę "To właśnie miłość", czyli porządną komedię romantyczną w wydaniu brytyjskim. Szukają scenarzysty, chcą by reżyserowała film kobieta. Poszukiwana jest obsada, mam nadzieję, że w ciągu roku projekt ruszy z kopyta.

Rozmawiała: Dorota Kieras (PAP)

– dziennikarka i redaktorka. Karierę rozpoczęła w "Cosmopolitan" w 2001 roku. Później jako freelancerka pisywała do "Glamour", "Fabulous", "Daily Mail", "Healthy", "Look", "Top Sante", "Mother and Baby", "Elle", "Sunday Times Style" i Style.com. "Stacja miłość" (2017) to jej debiutancka powieść.

Źródło: PAP

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png