statystyki

Michał Milczarek „Donikąd. Podróże na skraj Rosji” [WYWIAD]

autor: Zbigniew Rokita26.01.2020, 11:30
Michał Milczarek - filozof, podróżnik, reporter. Adiunkt w Instytucie Filologii Wschodniosłowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego

Michał Milczarek - filozof, podróżnik, reporter. Adiunkt w Instytucie Filologii Wschodniosłowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiegoźródło: DGP

Byty przesłaniają bycie, a na skraju Rosji te byty znikają, dzięki czemu widzialne staje się czyste bycie albo nicość. Dlatego tak ciągnie mnie na Arktykę, bo tam nicości musi być bezmiar

Magazyn DGP z 24 stycznia 2020 r.

Magazyn DGP z 24 stycznia 2020 r.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Michał Milczarek - filozof, podróżnik, reporter. Adiunkt w Instytucie Filologii Wschodniosłowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego

fot. Materiały prasowe

Co to za mapa koło ciebie?

Pangei.

Istniejącej miliony lat temu, gdy kontynenty się jeszcze nie oddzieliły od siebie. Wolałbyś podróżować po Pangei niż po świecie w obecnym kształcie?

Nie bardzo. Pangea kojarzy mi się z jedną wielką Azją Centralną czy Syberią Południową, światem, w którym mniej jest barier geograficznych, a przez to mniej różnorodności kultur. W świecie Pangei nie byłoby cieśniny Beringa i jej bym żałował.

Dlaczego akurat jej?

Woda sama w sobie nic nie znaczy, ona odsyła do tego, co jest po drugiej stronie. Stąd metafizyka tej cieśniny – międzynarodowej linii zmiany daty, gdzie z jednej strony masz Rosję, z drugiej USA dwa imperia, które tu się schodzą, jednocześnie łączą się i nie łączą. A jeśli nie byłoby cieśniny Beringa, nie byłoby też leżących w niej Wysp Diomedesa.

I to byłoby stratą, bo...?

To dwie wyspy: rosyjska Wielka Diomeda należy do Czukotki, a amerykańska Mała Diomeda jest częścią Alaski. Dzielą je cztery kilometry, ale różnica czasu z powodu przebiegającej tam linii zmiany daty wynosi dwadzieścia godzin. Gdy stoi się na rosyjskiej Diomedzie, widać amerykańskie wczoraj, a stojąc na Diomedzie amerykańskiej, można zobaczyć rosyjskie jutro – stąd Amerykanie czukocką wyspę nazywają Tomorrow Island. Można zobaczyć to wszystko zresztą nie tylko z tych wysp – Amerykę widać też z rosyjskiego lądu i odwrotnie.

Żyjący na Dalekim Zachodzie Alaskańczycy mogą znaleźć więc ulgę w świadomości, że nigdy nie będzie końca świata – wystarczy wychylić się i zobaczyć, że Rosjanie po drugiej stronie cieśniny już żyją w przyszłości.

To dziwne doświadczenie transu. Tam dzisiaj nie do końca jest dzisiaj, bo towarzyszy mu jutro lub wczoraj.

Ludzie po obu stronach granicy utrzymują jakieś związki?

Oczywiście. Granicę zaczęto uszczelniać dopiero w latach 20. XX w., potem Sowieci wysiedlili Inuitów z Diomedy na ląd stały. Wcześniej dało się przemieszczać w jedną i drugą stronę bez przeszkód. Spałem kiedyś w sklepie na wyspie po stronie alaskańskiej – a raczej w pokoiku z paletą coca-coli – gdy w środku nocy wchodzi facet. I zaczyna opowiadać, że jego dziadek przypłynął z Diomedy radzieckiej na amerykańską i już tam został. Nie byłem dobrze rozbudzony, ale poczułem, że on przyszedł do mnie z drugiej strony mapy, jego dziadek przekroczył cały świat – a w rzeczywistości miał rzut beretem.

Czyli zanim ta granica się domknęła, wcześniej była umowna, a rzeczywistość polityczna nie nadążała za geograficzną.

Na Czukotce przed czasami radzieckimi niemal zupełnie nie było czuć obecności rosyjskiego państwa. Choć Czukotka formalnie należała do imperium, niczym to nie skutkowało. Car zaczął się nią interesować wtedy, gdy na przełomie wieków XIX i XX w pobliskim Nome na Alasce wybuchła gorączka złota. Wówczas zjawiło się mnóstwo handlarzy, którzy pływali z Ameryki do Imperium Rosyjskiego i sprzedawali broń, alkohol, rzemiosło. I dlatego alaskańska gorączka złota, która wybuchła 200–300 km od wybrzeży Rosji, wzbudziła niepokój cara. Bał się, że jego czukoccy i eskimoscy poddani zwiążą się z Ameryką.

Było to zresztą raptem dwa pokolenia po sprzedaży Amerykanom rosyjskiej Alaski w 1867 r.

Gdy Alaska należała do Rosji, nigdy nie żyło na niej jednocześnie więcej niż 700 Rosjan. Była ich tam garstka, mieli ledwie kilka osad. Mapa się tam rwała, car nie ogarniał imperium, które ciągnęło się od Wielkopolski aż po Alaskę – koło Pyzdr, najdalej kiedykolwiek na zachód wysuniętej miejscowości Rosji, widnieje dziś tabliczka: „Pyzdry i Alaska rubieżami Cesarstwa Rosyjskiego”. A w pierwszej połowie XIX w., gdyby się uprzeć, to imperium rozciągało się aż do granicy z Meksykiem, a nawet weszło z nim w spór terytorialny. Mowa o rosyjskiej faktorii handlowej Fort Ross w pobliżu San Francisco w Kalifornii, która po uzyskaniu przez Meksyk niepodległości w 1821 r. formalnie do niego należała. Meksykanie wysłali nawet w tej sprawie notę protestacyjną do Petersburga.

I na Alasce, na chwilę przed odkryciem złota, a potem ropy, imperium się poddało.

Rosjanie traktowali Alaskę jako zamorską kolonię. Bali się, że w przypadku wojny nie będą w stanie jej bronić i zostanie im odebrana, więc woleli ją sprzedać i cokolwiek zarobić. A gdyby odkryli złoto, miejscowa administracja nie mogłaby kontrolować zalewu poszukiwaczy z południa kontynentu.

Wśród przyczyn decyzji cara o sprzedaży Alaski wymienia się też koszty tłumienia powstania styczniowego – była okazja do uzupełnienia zasobów państwowej kasy.


Pozostało jeszcze 73% treści

2 dostępy do wydania cyfrowego DGP w cenie
9,80 zł Za pierwszy miesiąc.
Oferta autoodnawialna
PRENUMERATA 2020

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie