Nie przejmować się – ta zasada w podejściu do energii jądrowej obowiązywała w Związku Radzieckim niezależnie od tego, co wybuchło i ilu ludzi zginęło
ikona lupy />
okładka Magazyn 23 sierpnia 2019 / Agencja Gazeta
Niczym za czasów Związku Radzieckiego wiemy dziś na pewno tylko tyle, że 8 sierpnia na poligonie koło wioski Nionoksa nad Morzem Białym coś wybuchło. Po eksplozji zarejestrowano zaś wzrost promieniowania radioaktywnego. Co uległo zniszczeniu? Trudno powiedzieć. Po długim milczeniu rosyjskie władze enigmatycznie przyznały, że w trakcie próby wybuchł eksperymentalny silnik rakietowy, w wyniku czego zginęło pięć osób biorących udział w testach. Anglojęzyczny dziennik „The Moscow Times” doniósł w tym tygodniu, że po tajemniczym zdarzeniu do kliniki w Archangielsku przywieziono trzech nagich, owiniętych przezroczystą folią mężczyzn. Wszyscy mieli być przetransportowani do szpitala w Moskwie, lecz zmarli w drodze na lotnisko. Według gazety placówkę ogarnęła panika, gdyż w tkance mięśniowej jednego z lekarzy stwierdzono obecność radioaktywnego izotopu cezu-137. Powstaje on w wyniku rozszczepienia wzbogaconego uranu U-235, używanego w reaktorach jądrowych i głowicach atomowych. Co wskazywałoby, że na poligonie koło wioski Nionoksa wyleciał w powietrze mały reaktor jądrowy. „Nikt – ani dyrektorzy szpitali, ani urzędnicy Ministerstwa Zdrowia, ani urzędnicy regionalni, ani gubernator – nie powiadomili personelu medycznego, że pacjenci są radioaktywni” – donosił „The Moscow Times”. Choć lekarze to podejrzewali, nawet im nie zalecono zastosowania środków ochronnych. Dopiero kilka dni po śmierci trzech mężczyzn klinikę odwiedzili urzędnicy z resortu zdrowia, proponując wszystkim osobom, które mogły wejść w styczność z substancjami radioaktywnymi, wyjazd do Moskwy na specjalistyczne badania. Nieco wcześniej funkcjonariusze Federalnej Służby Bezpieczeństwa przejęli dokumentację medyczną sprawy i zmusili personel szpitalny do podpisania zobowiązania do zachowania milczenia. Wzorcowo powielono w ten sposób sowiecki model radzenia sobie z podobnymi „incydentami”.

Sukces albo śmierć

Prace nad pierwszym radzieckim reaktorem atomowym przebiegały w szaleńczym tempie. Był rok 1948, trzy lata po tym, jak Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. To, że Zachód miał w swoich rękach tak potężne narzędzie, nie dawało spokoju Józefowi Stalinowi. Ponieważ stworzenie sowieckiej broni atomowej stało się jednym z jego priorytetów, wszyscy mieszkańcy ZSRR i ludzie oddani sprawie rewolucji na całym świecie musieli się temu podporządkować. Dzięki świetnym służbom wywiadowczym i komunistycznym ciągotom naukowców pracujących w Los Alamos przy amerykańskim programie jądrowym „Manhattan” szybko udało się zdobyć plany reaktorów wytwarzających wzbogacony uran i pluton, a także samej bomby atomowej.
Wielką batalią, jaką stała się budowa pierwszego sowieckiego reaktora jądrowego, nazywanego pieszczotliwie „Anuszką”, dowodził znakomity uczony Igor Kurczatow. Projekt osobiście nadzorował szef NKWD Ławrientij Beria oraz wyznaczeni przez niego oficerowie. Taki model pracy przetestowano już na radzieckich uczonych w czasie II wojny światowej, gdy organy bezpieczeństwa wzięły pod swoje skrzydła biura projektowe tworzące nowe konstrukcje samolotów czy czołgów. Naukowcy, inżynierowie i pracownicy techniczni mieli wybór: sukces albo śmierć. Zwykle osiągano sukcesy, bo każdy miał świadomość, czym się może skończyć gniew Berii. W przypadku prac nad bronią atomową rzecz była o tyle skomplikowana, że uczeni wiedzieli już, jak niebezpieczny dla żywych organizmów jest długotrwały kontakt z substancjami radioaktywnymi. Choroba popromienna zwykle kończyła się bolesną agonią, której długość zależała od przyjętej dawki promieniowania oraz odporności organizmu ofiary.
Uczestnicy radzieckiego programu atomowego postawieni przed takim wyzwaniem wyznawali zasadę, że nie należy się zbytnio troszczyć o życie własne ani kolegów i w żadnym wypadku nie przejmować się zasadami bhp. „Generał Zawieniagin (szef Zarządu 9 NKWD – red.) siedział na stołku w sterowni bez odzieży ochronnej i jadł wyjętą z kieszeni mandarynkę. Dyrektor zakładów Boris Muzrukow stał obok niego świadom niebezpieczeństwa, ale bał się opuścić generała. Przeprowadzone później pomiary dozymetryczne w jego domu zrejestrowały dziesięciokrotne przekroczenie normy” – pisze Kate Brown w książce „Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne”. Co ciekawe, gen. Zawieniagin, który regularnie odwiedzał sterownię „Anuszki”, przeżył jeszcze całe siedem lat. Przykładem dla całego zespołu naukowców świecił też Kurczatow. W jednym z donosów nazbyt wrażliwy podwładny akademika informował NKWD, że jego szefowi „zdarza się lekceważyć wszelkie zasady bezpieczeństwa i osobiście wchodzić do pomieszczeń, w których aktywność (promieniotwórcza – red.) jest znacznie większa od dopuszczalnej normy”. Bywało, że promieniowanie wedle liczników Geigera przekraczało normy nawet 150-krotnie. Nie powstrzymywało to uczonego przed wejściem do środka reaktora. Próbował bowiem znaleźć odpowiedź, dlaczego na prętach paliwowych pękają osłonki. Z powodu tej usterki reaktor, zamiast wytwarzać pluton, głównie emitował promieniowanie jonizujące, zatruwając wszystko wokoło. A brak plutonu, niezbędnego do zbudowania bomby atomowej, bardzo złościł Ławrientija Berię. Mając do wyboru konfrontację z niezadowolonym szefem NKWD i wejściem do środka reaktora atomowego, Kurczatow wybierał to drugie.

Eksperymenty na życiu

Poświęcenie naukowca nie poszło na marne. Reaktor, choć nieustannie ulegał awariom, do stycznia 1949 r. wyprodukował dość plutonu, by zbudować jedną bombę atomową. Jej detonacja miała zademonstrować Stanom Zjednoczonym, że straciły przewagę strategiczną. Wyeksploatowana «Anuszka» nadawała się już tylko do generalnego remontu. „Inżynierowie oceniali, że potrzebują około roku na demontaż i naprawę reaktora. Beria dał im dwa miesiące” – opisuje Kate Brown. Szef NKWD surowo rozkazał, żeby przy rozbieraniu konstrukcji nie zmarnował się choćby gram uranu. W tamtym czasie jedyne jego złoża dostępne dla Związku Radzieckiego znajdowały się na terenie Dolnego Śląska w kopalniach zbudowanych i mocno wyeksploatowanych przez Niemców. W efekcie do „Anuszki” trzeba było załadować cały sowiecki zapas uranu. Aby zbudować następne bomby, konieczne było wydobycie metalu ze stygnącego, ale nadal promieniującego reaktora. Beria polecił robić to ręcznie, bo metalowe chwytaki mogły uszkodzić pręty paliwowe, w których znajdował się bezcenny surowiec. Dawki promieniowania, jakie otrzymali ludzie, którzy musieli wchodzić do „Anuszki”, powinny ich zabić w ciągu kilku dni. Wedle zachodnich naukowców bezpieczna dla ludzkiego organizmu dawka wynosi to ok. 30 remów rocznie. Osoba wyjmująca pręty paliwowe z radzieckiego reaktora wchłaniała w ciągu jednego dnia pracy nawet 400 remów. „Wszyscy dostawali swoją «szansę»: więźniowie, zesłańcy, żołnierze, operatorzy, nadzorcy i naukowcy” – pisze Kate Brown. „Nawet Kurczatow założył maskę gazową i wbiegł do środka. Po wydostaniu się z radiologicznego piekła każdy wypijał po kieliszku oczyszczającej organizm wódki, zmagając się z mdłościami i zawrotami głowy” – dodaje autorka.
Obserwacje stanu zdrowia ofiar „Anuszki” dostarczyły nieocenionej pomocy podczas przygotowań sił zbrojnych ZSRR do wojny atomowej. Jej możliwość zasygnalizował światu Związek Radziecki 29 sierpnia 1949 r., detonując na poligonie niedaleko Semipałatyńska pierwszą radziecką bombę jądrową, zbudowaną z plutonu pozyskanego z „Anuszki”. Sukces Moskwy wywołał panikę na Zachodzie, choć z powodu awarii reaktorów musiało upłynąć jeszcze kilka lat, zanim ZSRR zaczął produkować bomby i głowice atomowe na masową skalę. W międzyczasie na Kremlu doszło do zmiany warty. Po śmierci Stalina władzę usiłował przejąć Beria, ale przerażeni tą perspektywą towarzysze z Biura Politycznego postanowili zlikwidować szefa NKWD. Nowy przywódca Nikita Chruszczow okazał się człowiekiem o wiele łagodniejszym od poprzedników. Codzienny terror i masowe zabójstwa stały się przeszłością.
Jednak w kwestii broni atomowej i korzystania z energii jądrowej Chruszczow nie zamierzał okazywać skrupułów. Bez wahania zaakceptował więc pomysł na widowiskowy eksperyment militarny, który chciał przeprowadzić na żołnierzach marszałek Gieorgij Żukow przy współpracy z zespołem naukowców kierowanych przez Igora Kurczatowa. Na poligonie koło wsi Tockoje w obwodzie orenburskim przygotowano wzorcowe pola bitwy, składające się z betonowych bunkrów, ziemianek oraz klasycznych okopów. Dwie linie frontu były oddalone od siebie o ok. 15 km. Jedną obsadziły 44 tys. żołnierzy wyposażonych w sprzęt militarny, ale bez odzieży ochronnej. Na drugiej linii, imitującej pozycje obronne wroga, rozmieszczono czołgi, transportery opancerzone i działa, do których poprzywiązywano kozy, konie, krowy i psy zabrane okolicznym chłopom. Mieszkańców wsi znajdujących się w promieniu 7 km od pola walki ewakuowano. Tym, którzy mieszkali nieco dalej, przekazano, że jak zobaczą błysk na niebie, powinni położyć się na ziemi, nogami w stronę eksplozji.
4 września 1954 r., w dniu eksperymentu, nad poligon nadleciał bombowiec Tu-4 i w odległości 5 km od umocnień „wroga” zrzucił na spadochronie bombę atomową o mocy 20 kiloton. Czyli prawie taką jak ta, która zniszczyła Hiroszimę. Nuklearny ładunek eksplodował 350 metrów nad ziemią, paląc wszystko w promieniu wielu kilometrów. Marszałek Żukow nakazał jednak kontynuować manewry – w drugim etapie setka bombowców Ił-28 miała zrzucić bomby konwencjonalne na głowy zwierząt, które mogły przeżyć w umocnieniach linii „nieprzyjaciela”. Po nalocie dywanowym marszałek wydał rozkaz „przełamania frontu wroga”. Godzinę po odpaleniu ładunku jądrowego dowódcy popędzili 44 tys. nieświadomych niebezpieczeństwa żołnierzy do ataku. „Jednostki biorące udział w ćwiczeniach weszły bez obaw w strefę wybuchu atomowego, doszły nawet do punktu zero, pokonały strefę promieniowania i wykonały zadania” – odnotowano w raporcie dla Chruszczowa, jaki David Holloway opublikował w książce „Stalin i bomba”. Zadowolony Żukow skonstatował, że przy pomocy bomb atomowych można nie tylko niszczyć miasta, lecz także przełamywać linie frontu. A co najważniejsze, pomimo braku odzieży ochronnej żołnierze nadal mają dość sił, aby w ciągu następnych dni brać udział walkach. Ilu z nich zmarło po tych manewrach? Nigdy tego oficjalnie nie odnotowano, a cały eksperyment otoczono ścisłą tajemnicą. Zaraz po zakończeniu ćwiczeń wszyscy uczestnicy musieli podpisać zobowiązanie, że przez 25 lat nikomu nie wspomną o nim ani słowem. Za złamanie zakazu groziło wieloletnie zesłanie do łagru. Obietnica zwolnienia z milczenia po upływie ćwierćwiecza miała zaś dać żołnierzom nadzieję, że kiedyś będą mogli się w końcu wygadać. Nie wiedzieli, że naukowcy badający teren poligonu zagwarantowali władzom, że żaden z nich nie ma szansy przeżyć następnych 25 lat.

Rozmach Chruszczowa

„W Związku Radzieckim energia nuklearna była dziedziną, w której pokładano wielkie nadzieje. Feniksem powstającym z popiołów powojennej ruiny” – pisze Kate Brown. Nikita Chruszczow widział w energii jądrowej szansę na realizację swojej obsesji: wyprzedzenia USA na polu ekonomicznym i naukowym. Wprowadzaniem atomowej rewolucji w gospodarce i życiu codziennym mieli się zająć mieszkańcy „zamkniętych miast”. Były to ośrodki wznoszone wokół zakładów zbrojeniowych, przy poligonach oraz reaktorach atomowych (głównie za Uralem). Ich nazwy ukrywano za kryptonimem złożonym z nazwy innej miejscowości i cyfry. Osiedleni w „tajnych miastach” naukowcy, inżynierowie, technicy i zesłańcy mogli je opuścić tylko za zgodą nadzorującego ich dowódcy jednostki KGB. Obowiązywała absolutna tajemnica. Żadne z „zamkniętych miast” nie zostało oznaczone na oficjalnej mapie.
Jednocześnie Chruszczow bardzo chciał się pochwalić światu, co zamierza osiągnąć. Zadanie przekazania Zachodowi sowieckiej wizji przyszłości spadło na barki dziennika „L’Humanite”. W tym celu do Związku Radzieckiego zaproszono w 1958 r. dziennikarza Luciena Barniera, pracującego dla organu prasowego Komunistycznej Partii Francji. W Moskwie czekały na niego oszałamiające prezentacje. Na początek gościowi przedstawiono plan rozpuszczenia lodów Arktyki. Rosjanie chcieli tego dokonać przy użyciu olbrzymich pomp zasilanych reaktorami atomowymi, przelewających przez cieśninę Beringa ciepłą wodę z Pacyfiku do Oceanu Lodowatego. Wszystko po to, by ogrzać północne brzegi Syberii i zmienić ją w wielkie pola uprawne. Równie ambitnie przedstawiał się plan budowy transhimalajskiej linii kolejowej łączącej ZSRR z Indiami i Chinami. Do przebicia się przez ogromne pasma górskie zamierzano użyć – rzecz jasna – bomb atomowych. „Mamy podstawy, aby sądzić, że po dwóch, trzech latach promieniowanie radioaktywne opadnie samo tak dalece, iż przestanie stanowić już niebezpieczeństwo” – podkreślił rozmówca Barniera. Następnym etapem miało być położenie torów, po których popędzą składy kolejowe ciągnięte przez atomowe lokomotywy. „Wedle informacji, jakich mi udzielono w Moskwie, lokomotywa ta ma rozwijać moc 12 000 KM i będzie mogła ciągnąć pociąg o ciężarze 3500 ton z prędkością 60 km/h” – opisywał francuskim czytelnikom Barnier w cyklu reportaży z ZSRR. W kolejce czekały jeszcze projekty samolotów i samochodów zasilanych reaktorami jądrowymi. Kwestiami radioaktywnych odpadów, skażeniami czy promieniowaniem władze ZSRR nie zamierzały się przejmować.
Dalekosiężne plany i bliskie terminy sprawiały, że w „zamkniętych miastach” pracowano pełną parą, bez oglądania się na procedury bezpieczeństwa. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Radioaktywny słup dymu i pyłu przypominający atomowy grzyb wzniósł się nad miastem Czelabińsk-40 (obecnie Oziorsk) po południu 29 września 1957 r. „Źródłem wybuchu był zbiornik ze skażonymi odpadami radioaktywnymi, które się przegrzały i spowodowały eksplozję, wyrzucając położoną siedem metrów pod powierzchnią stusześćdziesięciotonową betonową pokrywę na wysokość dwudziestu trzech metrów” – opisuje Kate Brown. Niosący ją słup radioaktywnych odpadów sięgnął wysokości kilkuset metrów, po czym zaczął wolno opadać na ziemię, obsypując cały Czelabińsk-40. „Nikt nie wiedział, co robić. Nie istniały procedury na wypadek eksplozji nuklearnej: nie było rozdzielnika obowiązków, autobusów, karetek czy punktów opatrunkowych. Żołnierze i więźniowie oficjalnie nie wiedzieli, że pracują z materiałami promieniotwórczymi, toteż nie mieli wyznaczonych zasad postępowania, dozymetrów, pastylek jodu czy respiratorów” – wylicza w swojej książce Kate Brown. Uczestniczka tamtych zdarzeń, młoda lekarka Galina Pietrowa, w rozmowie z autorką opowiadała, jak na miejscu katastrofy młodzi ludzie wymiotowali, krwawili, a niektórym zaczęły wypadać włosy.

Bez refleksji

Oczyszczenie Czelabińska-40 z radioaktywnego skażenia zajęło ponad rok. Władze ZSRR skierowały do tego zadania kilkanaście tysięcy żołnierzy wspomaganych przez ochotników. Nikt nie myślał o zapewnieniu im specjalistycznej odzieży ochronnej. Samo oczyszczenie strefy sprowadzało się zaś do mycia ścian i dachów budynków ryżowymi szczotkami, zbierania radioaktywnego pyłu oraz przekopywaniu ziemi tak, aby skażona warstwa znalazła się pod świeżym gruntem. Specjalne procedury ustalono jedynie dla okolic „strefy zero”. Wyznaczeni żołnierze wbiegali do niej z łopatami na kilka minut, zbierali pył lub przekopywali grunt, po czym ich miejsce zajmowali zmiennicy. Po obmyciu się z pyłu i złapaniu oddechu wracali do kolejki. Zgony, do których przy okazji dochodziło, władze utajniały, a dokumentację medyczną na bieżąco niszczono, dzięki czemu świat i mieszkańcy ZSRR pozostawali nieświadomi rozmiarów katastrofy. Status „zamkniętego miasta” pilnowanego przez KGB bardzo ułatwiał sprawę.
Choć tragedię skutecznie zatuszowano, to pomysły na atomowe lokomotywy, samochody i samoloty ostatecznie przeszły do lamusa. Po odsunięciu od władzy Nikity Chruszczowa w 1964 r. jego następca Leonid Breżniew uznał pragmatycznie, że stosowanie energii atomowej w zbyt wielu dziedzinach to niepotrzebny kłopot dla kraju zasobnego w ropę i gaz. Odtąd reaktory atomowe w ZSRR miały służyć głównie do wytwarzania wzbogaconego uranu i plutonu do głowic jądrowych oraz produkcji prądu. Na szczytach władzy nie wyciągnięto jednak żadnej lekcji z lekceważenia procedur bezpieczeństwa. Gdy w połowie lat 70. ruszył wielki program jednoczesnej budowy 20 elektrowni atomowych, myślano głównie o tym, żeby plan pięcioletni został zrealizowany w terminie. Dlatego też zrezygnowano z zastosowania sprawdzonych reaktorów wodno-ciśnieniowych na rzecz rurowo-grafitowych, które były tańsze i prostsze w budowie, mimo że nie posiadały powielonych obiegów wody, chroniących przed wydostawaniem się promieniowania do otoczenia oraz osłon zewnętrznych i innych zabezpieczeń. Taki stos atomowy o mocy 1 tys. MW produkował rocznie aż 600 kg plutonu, czyli trzy razy więcej niż analogiczny reaktor wodno-ciśnieniowy.
Dzięki nowym elektrowniom atomowym ZSRR mógł zwielokrotnić liczbę wytwarzanych głowic nuklearnych, wyprzedzając w wyścigu zbrojeń Stany Zjednoczone. Największą wadą reaktorów rurowo-grafitowych okazało się to, że nie były one odporne na mentalność człowieka sowieckiego, co potwierdziła katastrofa w Czarnobylu. Nocą 26 kwietnia 1986 r. pracownicy tamtejszej elektrowni rozpoczęli eksperyment polegający na stopniowym zmniejszaniu mocy reaktora w bloku IV. W tym celu wyłączyli automatyczne systemy bezpieczeństwa i chłodzenie. Stos atomowy gwałtownie się wtedy rozgrzał i pękły rury doprowadzające wodę. W efekcie pod kopułą reaktora wytwarzał się wodór. Urządzenie w końcu eksplodowało, wyrzucając w powietrze jakieś 50 ton paliwa jądrowego. Przybyli na miejsce katastrofy strażacy nie wiedzieli, że otrzymują dawkę promieniowania, która zabije ich w ciągu kilku godzin. Na Kremlu przejęto się katastrofą dopiero wówczas, gdy przestała być tajemnicą i wprawiła w panikę cały świat.