statystyki

Warpechowski: Każdy artysta chce się wybić. Jeśli brakuje mu talentu, to szuka poklasku przez wymierzone w religię prowokacje [WYWIAD]

autor: Robert Mazurek12.07.2019, 07:51; Aktualizacja: 12.07.2019, 09:24
Zbigniew Warpechowski performer i poeta. Jeden ze współzałożycieli międzynarodowej grupy Black Market, skupiającej artystów sztuki performance.
Fot.Łukasz Zarzycki

Zbigniew Warpechowski performer i poeta. Jeden ze współzałożycieli międzynarodowej grupy Black Market, skupiającej artystów sztuki performance. Fot.Łukasz Zarzyckiźródło: Dziennik Gazeta Prawna
autor zdjęcia: Fot. Lukasz Zarzycki, tel. 693230238, e-mail lukaszzarzyckiwp.pl, www.lukaszzarzycki.pl

W podejściu do sztuki konserwatyzm jest czymś obrzydliwym, to myślenie w rodzaju „My wiemy, czym jest sztuka, a reszta jest do d..y” - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem Zbigniew Warpechowski.

Z czego żyje bohema?

Z czego się da.

A pan?

To był Kraków, lata 50.–60. Koledzy plastycy podrzucali fuchy, dawali coś zarobić, robiłem plakaty, sprzątałem Krzysztofory, Masza Potocka, dziś szefowa MOCAK-u, nazwała mnie menelem.

A miała rację?

(śmiech) Coś w tym jest, pomieszkiwałem gdzie się dało: a to w Jazz Clubie, a to w Teatrze 38, najczęściej w Krzysztoforach. Ludzie wychodzili z kawiarni o godz. 23, ja wyjmowałem dmuchany materac, nawet kąpałem się w misce na środku i spałem. Rano przychodził kierownik i mówił: „Panie Zbyszku, proszę wstawać, goście przychodzą”.

Gdzie pan bywał?

Wszędzie. W SAiW-ie…

W czym?

W klubie Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli – bardzo fajny klub z tanią herbatą. Szklanka za 1,20 zł. Co czwartek organizowali wieczorki, tam się grało w brydża, a zimą można się było ogrzać. Religią i propagandą nikt się tam nie zajmował, za to przesiadywał Wiesiek Dymny, Ewa Demarczyk, ludzie z Piwnicy Pod Baranami…

Długo pan tak bawił?

W zasadzie prawie cały pobyt w Krakowie. To był czas biedy, ale jednocześnie bardzo ważny okres w moim życiu, ponieważ zaprowadził mnie do sztuki.

Mamy rozmawiać o sztuce właśnie.

Słucham pana.

Może pan, klasyk awangardy, znany na świecie performer, wyjaśni mi, dlaczego mam finansować faceta, który kładzie się na krucyfiksie i udaje akt seksualny? Mam się godzić na obrażanie uczuć religijnych, bo to galeria?

To prawda, jest w Polsce grono artystów, którzy nie mają nic do powiedzenia i uznają, że najlepszym i najłatwiejszym sposobem na zaistnienie jest sprowokować, napluć na krzyż czy na Matkę Boską, sprofanować. Te najtańsze, obrzydliwe chwyty nie mają nic wspólnego ze sztuką.

To dlaczego to robią?

Co roku jakiś tysiąc osób kończy u nas studia jako magistrowie sztuki i każdy chce zaistnieć jako artysta, każdy chce się wybić. Jeśli brakuje mu talentu, to szuka poklasku przez wymierzone w religię prowokacje. To najprostsze.

Dla pana to prowokatorzy, ale wielu uznaje ich za wielkich artystów.

Może, lecz mnie proszę z tymi ludźmi nie kojarzyć, nie chcę być z nimi łączony w żaden sposób.

Magazyn. Okładka. 12 lipca 2019

Magazyn. Okładka. 12 lipca 2019

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Tak samo mówił Jerzy Bereś, wielki rzeźbiarz i performer szokujący tym, że rozbierał się do naga w czasie swoich występów.

I Bereś miał rację.

I Beresia, i pana oskarżano o to, że za tym, co robicie, nie stoi sztuka. To wygłup, każdy by tak umiał…

Owszem, oskarżano, i co mam z tym zrobić? Jestem opluwany od 50 lat, dla takich ludzi jak Waldemar Łysiak performance to najpodlejszy rodzaj sztuki. I co? Przecież z tym się nie da polemizować.

„Róg pamięci’, rok 1997, pan w stroju Mojżesza rozbija tablice z przykazaniami…

Po kolei, bo zanim do tego doszło, zobaczyłem w Warszawie wielki billboard filmu „Skandalista Larry Flynt”, z mężczyzną ukrzyżowanym na kobiecym kroczu. Jednocześnie wyczuwalna była wielka fala new age i uznałem, że to czas, by wstrząsnąć ludźmi, spytać, czy wiedzą, co robią, i ponownie, jak Mojżesz, rozbić tablice z dziesięcioma przykazaniami. Robię więc performance, w którym ten gest powtarzam. Potem zdejmuję strój Mojżesza i wychodzę oklejony zdjęciami porno, na podłodze plakat „Skandalista Larry Flint”, a ja wyciągam Biblię, wyrywam kartki, zwijam w rulonik i wkładam w prezerwatywy...

No właśnie, przecież…

Zaraz, zaraz, moment. To nie był koniec, bo z tych ruloników układam na podłodze napis „New Age”. Wtedy znów wchodzę jako Mojżesz, dmę w róg i rozbijam drugą tablicę z przykazaniami.

Dla bardzo wielu osób samo wyrywanie kart z Biblii i wkładanie w prezerwatywę…

To skandal?

Tak.

Ale nikt się nie obraził, bo ludzie widzieli cały performance, a nie czytali w piśmie „Exit” streszczenie autorstwa idioty, który wyszedł przed końcem i niczego nie zrozumiał. Ci, którzy byli ze mną do końca, doskonale odczytali moje intencje.

Uznano to wręcz za przejaw pańskiego konserwatyzmu i religijności.

Proszę pana, ja rozumiem, że niektórzy mogą się czuć dotknięci sztuką. Gdy robiłem „Champion of Golgotha”, na którym w stroju sportowca wchodziłem na krzyż, to modliłem się przed każdym występem: „Jezu, wybacz mi i spraw, bym nie przekroczył granicy”.


Pozostało jeszcze 75% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie