statystyki

Legutko o Terleckim: Został „Psem”, bo się zhipisił, a żeby zostać hipisem, trzeba być oblojdrą strasznym

23.08.2019, 07:00; Aktualizacja: 23.08.2019, 10:52
Ryszard Legutko

Ryszard Legutkoźródło: Agencja Gazeta
autor zdjęcia: Fot. Maciej Swierczynski Agencja Gazeta

Ja się nie przejmuję procesami społecznymi, postępującą modernizacją, nieuchronnością historyczną – ja mam to w nosie. Kieruję się tym, co jest słuszne, a słuszne jest mieszkać z dziećmi i wnukami

Magazyn 23 sierpnia 2019

Magazyn 23 sierpnia 2019

źródło: Agencja Gazeta

Z Ryszardem Legutką rozmawia Robert Mazurek.

Lubi pan coś?

A cóż można, proszę pana, lubić w dzisiejszym świecie?

Malkontent i mizantrop.

Nie sądzę.

Zyskuje pan przy bliższym poznaniu?

Chyba tak, znam się ze sobą już trochę i nawet się lubimy.

No tak, musi pan zyskiwać, stracić się nie da.

Paweł Śpiewak określił mnie mianem ponurego ideologa. A czy ja coś lubię? Lubię psy, lubię stare książki.

Czytać czy posiadać?

Wystarczy posiadanie, można zajrzeć od czasu do czasu, nie za często, mam przesyt oglądania.

Książek?

Wszystkiego. Kiedyś byłem strasznym kinomanem, w czasach licealnych, na studiach spędzałem wiele godzin w kinie. Jak wyjeżdżałem za PRL-u do Anglii…

Pan wyjeżdżał za komuny?

Pracowałem w hotelu jako nocny portier. Za dnia chodziłem do kina i nadrabiałem zaległości, bo przecież w PRL-u nie sprowadzano wielu z tych filmów. Uwielbiałem westerny, i to bardzo długo, nawet kiedy już wszyscy zachwycali się Godardem, to ja tkwiłem przy westernach.

No tak, co taka konserwa mogła oglądać.

Szanowny panie, „15.10 do Yumy” jest znacznie bardziej wyrafinowanym dziełem sztuki niż „Do utraty tchu”. Wtedy wiedziałem o filmach wszystko, teraz nie wiem nic. Nie chcę wiedzieć, nie chodzę do kina.

Mówiłem, że malkontent.

To prawda.

Do kina to pan chodził z dziewczynami czy sam?

Różnie, kochałem kino.

Bardziej niż dziewczyny?

W czasach, kiedy zajmowałem się dziewczynami, byłem na poziomie przeciętnym. Nie byłem jakimś donżuanem, który przebierał w kobietach, ale prowadziłem intensywne życie towarzyskie, nawet bardzo intensywne.

Krakowska bohema, filozof w długim płaszczu?

Nie, żadną bohemą nie byłem, nawet odczuwam do jej przedstawicieli pewną niechęć, ale to pewnie dlatego, że mnie nie zapraszali.

To jak pan prowadził to życie towarzyskie?

Było na tyle intensywne, że o mało nie wyleciałem ze studiów po pierwszym roku. Po prostu zamiast chodzić na zajęcia, chodziłem na imprezy, grałem w brydża.

Na forsę oczywiście.

Nigdy nie grałem na pieniądze, miałem ambicję zostać brydżystą sportowym i grałem w turniejach, ale bez sukcesów, kompletnie bez sukcesów, mimo że grałem z najlepszymi, bo moi koledzy, głównie z AGH, osiągali świetne wyniki. Zorientowanie się, że to nie dla mnie, zajęło mi sporo czasu i o mało nie przypłaciłem tego wyrzuceniem z uniwersytetu.

Co trzeba umieć, żeby grać w brydża?

Nigdy pan nie grał?

Ani razu, za głupi jestem.

Podobnie jak w szachach trzeba pamiętać i rozważać w głowie różne warianty. Najbardziej fascynujące są turnieje, gdy się gra czterech na czterech i wtedy…

Nie, nie, ja tego nie ogarnę, naprawdę tępy jestem. Niech pan lepiej powie, co to za towarzystwo, z którym się pan prowadzał?

Koledzy ze studiów. Jak na to spojrzę z dzisiejszej perspektywy, było to dość niewinne. To był jednak PRL, myśmy w spodniach i płaszczach z MHD (Miejski Handel Detaliczny – red.) chodzili do kina oglądać kolorową młodzież na Zachodzie, gdzie zaczynała się kontrkultura.

Ryszard Terlecki…

Mój rocznik, chodziliśmy do tego samego liceum.

…został jednak „Psem”.

Został „Psem”, bo się zhipisił, a żeby zostać hipisem, trzeba być oblojdrą strasznym.

Kim, przepraszam?

Oblojdrą, czyli takim kloszardem.

A pan, z arystokratycznej rodziny, gardził kloszardami?

Odwrotnie, z bardzo prostej rodziny, moi rodzice nie mieli wyższego wykształcenia. Może dlatego nie zostałem kloszardem, bo jak ktoś pochodzi z prostej rodziny, to myśli w kategoriach awansu, a nie ostentacyjnego, dekadenckiego – przepraszam za słowo – zpsienia, że posłużę się aluzją do mojego kolegi Ryszarda.

Dopiero pańskie dzieci mogły zostać punkami?


Pozostało jeszcze 76% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (3)

  • kolo(2019-08-22 21:28) Zgłoś naruszenie 30

    Dlatego "Pies", bo po zatrzymianiu przez policję tłumaczył im słowo hippies - jako "hip-pies"

    Odpowiedz
  • wnerw(2019-08-23 09:26) Zgłoś naruszenie 20

    Dla osób nie wywodzących się z małopolski i rejonów byłej Galicji "Oblojdra" to niechlujnie ubrany, brudny typ coś w stylu "Łajzy" czy "Łazegi" czyli człowieka niezdarnego lub niechlujnie ubranego. Wydaje mi się że to określenie pasuje do Pana Terleckiego, szczególnie gdy spojrzę na jego zdjęcia w mundurze wojskowym, pozującego z papierosem.

    Odpowiedz
  • xxx(2019-08-23 09:48) Zgłoś naruszenie 02

    Legutko niech zmieni dilera.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie