Rozwój energetyki jądrowej przyniósł wiele zmian. Dał nam chociażby nuklearną rodzinę.
DGP
W jaki sposób przebyła pani drogę od badania historii polsko-ukraińskich kresów do analizowania społecznych kontekstów energetyki atomowej?
Kresy zaciekawiły mnie ze względu na polityczną i etniczną niejednoznaczność. To ziemia Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Żydów, Niemców, Rosjan, nawet Czechów – paradoksalnie jednak dopiero Sowieci po I wojnie światowej przynieśli na te tereny ścisłą etniczną identyfikację. Zanim pojawił się tu komunizm podbarwiony nacjonalizmem, tożsamości społeczne mieszkańców określały się głównie klasowo i religijnie. To byli „tutejsi” chłopi mówiący „tutejszym” językiem. Albo „językiem katolickim”.
Reklama
Prawosławni mieszkańcy naszego Podlasia – zwłaszcza starsze pokolenie – do dziś mówią „po tutejszemu”.
Tymczasem Sowieci przystawili każdemu na czole pieczątkę z przynależnością narodową. Nowoczesna biurokracja wymaga jednoznacznej klasyfikacji. Potem, w latach 30., właśnie na ukraińskich kresach, nim jeszcze przyszedł sztucznie wywołany Wielki Głód, miał miejsce najsilniejszy bunt przeciwko kolektywizacji. Oficerowie NKWD spostrzegli, że wśród Polaków i Niemców częściej występuje otwarty opór wobec wywłaszczania niż wśród Ukraińców i Żydów, a obywatele tych dwóch ostatnich narodowości chętniej zapisują się do partii. Można więc było łatwo dokonać selektywnych aresztowań, a potem wywózek. Kiedy zaś Niemcy w 1941 r. rozpoczęli okupację Kresów, pierwszą rzeczą, którą zrobili, było przejęcie sowieckich rejestrów paszportowych. Tam znaleźli wszystko, czego potrzebowali do prowadzenia swojej polityki etnicznej: nie tylko nazwiska ludzi posortowanych według narodowości, lecz także ich adresy. Nie bez powodu Holokaust zaczął się właśnie na terenach okupowanej Ukrainy. To właśnie był na tych ziemiach powiew nowoczesności.

Reklama
Postęp ma swoją cenę.
Kiedy przyglądałam się temu zderzeniu Kresów z nowoczesnością, to zaczęło interesować mnie zagadnienie ciemnej strony postępu. A niewiele jest wyraźniejszych symboli postępu od energii nuklearnej, która odcisnęła, głównie za pośrednictwem katastrofy w Czarnobylu, swoje piętno na ziemiach, o których rozmawiamy. Kiedy w książce o Kresach („A Biography of No Place. From Ethnic Borderland to Soviet Heartland”, Harvard University Press 2005) wspomniałam o tym aspekcie atomowym w epilogu, mój wydawca spytał, czy nie napisałabym książki o Czarnobylu. Miałam wątpliwości: tyle już ukazało się tekstów na ten temat. Zdawało mi się zresztą – dość stereotypowo – że to zagadnienie powiązane z porządkiem sowieckim, że ciężko mu będzie nadać wymiar uniwersalny. Ale przyglądając się bliżej tym kwestiom, odkryłam, że amerykański kompleks przemysłowy Hanford, producent plutonu, wytworzył gigantyczne ilości radioaktywnych odpadów. Że rozmiary spowodowanego nimi skażenia są porównywalne do Czarnobyla i do skażenia wywołanego przez tajne sowieckie zakłady nuklearne Majak koło Oziorska na Uralu. Wychodząc od tego odkrycia, zaczęłam pisać „Plutopię” („Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne”, przeł. Tomasz Bieroń, Czarne 2016). Podczas zbierania materiałów do tamtej książki rozmawiałam z okolicznymi rolnikami – i z tymi z okolic Hanford, i z tymi z rejonu Oziorska – i ciągle słyszałam te same historie o dramatycznie pogarszającym się zdrowiu. Pytałam o to naukowców, ci mówili: nic się nie dzieje, to tylko durnowaci chłopi. Po zakończeniu prac nad „Plutopią” pomyślałam, że może w wypadku Czarnobyla będzie prościej, ostatecznie była to katastrofa cywilnej infrastruktury i wydarzyła się w sumie całkiem niedawno. Udałam się do archiwum w Kijowie, w którym pracowałam już wcześniej przy okazji pisania książki o Kresach, i znalazłam tam kopalnię rozmaitych danych. Podobnie było w Mińsku, Homlu, Czernihowie, Żytomierzu, Mohylewie, nawet w Moskwie. Im dłużej pracowałam nad „Instrukcją przetrwania”, tym bardziej było dla mnie oczywiste, że muszę mieć solidną „podbudowę archiwalną”, bo czułam, że moja książka nie wszystkim się spodoba.
I nie spodobała się.
O rany, to mało powiedziane!
Co się dzieje, kiedy panowanie nad atomem spotyka się z biurokratycznym panowaniem nad ludźmi?
Otacza je atmosfera braku jawności, opinii publicznej się o nich nie informuje, a potem, siłą rzeczy, pojawiają się kłopoty z ustaleniem, kto może być pociągnięty do odpowiedzialności. Oczywiście chodzi też o to, że energia atomowa jest związana z produkcją bomb. Mamy więc z jednej strony utopijne marzenie o tym, że posiądziemy niewyczerpywalne źródło energii, która będzie zbyt tania, by w ogóle mierzyć jej zużycie, a z drugiej strony – produkcja energii atomowej dla celów cywilnych może w pewnych okolicznościach służyć celom militarnym, otacza ją potężny aparat bezpieczeństwa i mgła tajemnicy.
Spotkałem się z pojęciem „czarnobylskiego kompromisu” zawartego między ekspertami sowieckimi i międzynarodowymi w kwestii tego, ile osób zginęło w katastrofie w Czarnobylu i jakie były jej konsekwencje dla ludności i środowiska. Kanoniczna wersja jest mniej więcej taka: radiacja okazała się mniejsza, niż przypuszczano, 54 osoby zginęły w rezultacie ostrej choroby popromiennej. I że generalnie był to problem nie tyle z energetyką jądrową, ile z komunistycznym bałaganem i brakiem szacunku dla jednostki.
Po tym, co się stało w Czarnobylu, ludzie w różnych krajach zaczęli niepokoić się kwestiami bezpieczeństwa energetyki jądrowej. Także w USA, bo wypadek w elektrowni Three Mile Island w stanie Pensylwania poprzedzał Czarnobyl o siedem lat. W nieco dłużej perspektywie inwestycje związane z budową nowych elektrowni po prostu się zatrzymały. Hans Blix (dyrektor Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w latach 1981–1997 – red.) mówił wprost, że ludzie stracili wiarę w energetykę jądrową. Czarnobyl był ogromnym zagrożeniem dla lobby atomowego. W tych środowiskach stało się jasne, że spośród różnych problemów, jakie spowodowała ta katastrofa, na pierwszy plan wysuwa się kwestia uruchomienia fali możliwych procesów sądowych o odszkodowanie za utratę zdrowia wskutek długiej ekspozycji na radiację. I to nie w ZSRR, ale w Stanach – w wyniku działalności takich kompleksów przemysłowych jak Hanford. Amerykańskim lekarzom, specjalistom od radiacji, mówiono bez ogródek: waszym głównym zadaniem będzie teraz przygotowanie się do roli świadków obrony w procesach przeciwko rządowi Stanów Zjednoczonych. A w dalszej kolejności – do roli ekspertów broniących energetyki atomowej i naszych przedsiębiorstw z tej branży. I to jest całkiem realny problem: że niemal wszyscy ci specjaliści byli i są zależni od przemysłu nuklearnego. Badania prowadzone przez nich pod koniec lat 80. w Czarnobylu były dalekie od obiektywizmu. To nawet nie jest oskarżenie z mojej strony, raczej stwierdzenie faktu: wielu naukowców, którzy nie chcieli się podporządkować, krytykowano, sekowano i zwalniano z pracy, inni po prostu nie dostawali grantów. Po wydaniu „Instrukcji przetrwania” doświadczyłam tych praktyk na sobie. Atakowali mnie naukowcy, atakowali dziennikarze związani z pronuklearnymi organizacjami lobbystycznymi. Na mojej macierzystej uczelni, Massachusetts Institute of Technology, pojawiły się sugestie, że może powinnam zostać zwolniona. Innymi słowy – niewiele miejsca pozostaje na otwartą dyskusję o skutkach katastrofy w Czarnobylu, o skutkach wypadków w Fukushimie, o liczbie ofiar, wtedy, teraz i w przyszłości.
DGP
Cofnijmy się do „Plutopii” – do społecznego kontekstu ery nuklearnej. Jak wychować idealnego, lojalnego pracownika do wykonywania ryzykownych zadań w kombinacie produkującym pluton?
Kiedy Stany Zjednoczone i ZSRR w latach 40. zeszłego wieku zaczynały budowę gigantycznych fabryk plutonu (Amerykanie budowali Hanford w latach 1942–1947, Rosjanie wznieśli Majak w latach 1945–1948 – red.), wiadomo było, że do takiego zadania potrzeba ogromnych zastępów siły roboczej. Robotnicy w Stanach byli przeważnie imigrantami, mężczyznami powracającymi z długotrwałego bezrobocia albo żołnierzami. W Związku Sowieckim byli to zazwyczaj więźniowie łagrów, ewentualnie żołnierze. Tysiące takich facetów zgromadzonych w tymczasowym obozowisku to dla przedsiębiorcy czysty koszmar: piją, biją się, zakładają gangi, gwałcą się nawzajem, uciekają. W obu krajach pojawiała się refleksja, że ta siła robocza nie jest zdolna do wzniesienia i utrzymania tak skomplikowanej inwestycji jak zakłady plutonowe. Kto zatem? Rozwiązaniem okazała się podstawowa komórka społeczna, rodzina nuklearna (w socjologii rodzina dwupokoleniowa, składająca się z rodziców i dzieci – red.). To był w sumie raczej nowy pomysł – epoka wciąż jeszcze obfitowała w rodziny rozszerzone, wielopokoleniowe, rozgałęzione.
Idea utopijnego miasta fabrycznego, zasiedlonego przez robotnicze rodziny, którym przedsiębiorstwo zapewnia względny dobrobyt w zamian za ciężką pracę, była już obecna w fordyzmie.
Owszem, ale tu idziemy o krok dalej. Plutonowe miasta planowano jako miasta zamknięte albo przynajmniej jako miasta o ograniczonym dostępie. Miały żyć w nich robotnicze rodziny nuklearne – bez ciotek, dziadków i bratanków, bo żadnym krewnym nie wolno było tam przebywać na stałe. Dziś rodzina złożona z taty, mamy i dziecka wydaje się standardem demograficznym rozwiniętego świata, wtedy była wynalazkiem: hodowało się ją poprzez odcięcie korzeni i uczynienie zależną od systemu usług socjalnych. Plutonowe miasto opiekowało się dziećmi pracowników i prowadziło je do szkół, produkowało jedzenie i dostarczało je do sklepów oraz stołówek, sprzątało ulice, remontowało domy i mieszkania.
Toż to szwedzkie państwo opiekuńcze.
Prawie. W każdym razie po pewnym czasie mieszkańcy takich miejsc zaczynają się zastanawiać nad tym, jak mogliby żyć bez tego wszystkiego. I wydaje im się, że nie mogliby. Dodatkowy aspekt tego eksperymentu społecznego miał ponadto charakter klasowy: brało się ludzi z klasy robotniczej i zapewniało się im społeczny awans – oto zaczynali mieszkać i zarabiać jak ludzie kadry zarządzającej. Kruczek polegał na tym, że ten społeczny awans utrzymywał swoją ważność tylko w plutonowym mieście. Aspekt rodzinny był tu zresztą kluczowy – pracowało się już nie dla siebie, ale dla bliskich. Szkoły w Richland, mieście zbudowanym dla pracowników Hanford, były znakomite – Richland ma najwyższy w Stanach wskaźnik tytułów doktorskich per capita. Proszę sobie wyobrazić, jaka to pociągająca perspektywa: nie masz nawet ukończonej szkoły średniej, a twoje dziecko robi doktorat. W ten sposób wytworzono armię znakomitych, lojalnych, patriotycznie nastawionych pracowników, którzy gotowi byli harować w ekstremalnie ciężkich warunkach, w obliczu zagrożenia zdrowia i życia. I jeszcze jedna ważna sprawa: ci pracownicy byli świadkami lżejszych bądź poważniejszych wypadków, a także regularnego wypuszczania skażonych substancji do środowiska. Siedzieli cicho. Omertà, zmowa milczenia, była tak szczelna, że nawet po upływie dekad nie chcą o tym rozmawiać.
Obóz koncentracyjny to przewrotny wzorzec idealnego miasta epoki totalitarnej. A zamknięte plutonowe osiedle? Jaki porządek społeczny, urbanistyczny, w sobie zawiera?
Przypatrzmy się Richland: miasto było budowane przez wojskowe zespoły konstrukcyjne według pomysłu zapożyczonego ze schematów produkcji taśmowej – najpierw powstawała ulica, a potem przy niej, jeden przy drugim, identyczne domy z prefabrykowanych elementów. Ten wojskowy patent do sfery budownictwa cywilnego przeniósł po II wojnie deweloper William Levitt. Osiedla wznoszone przez jego firmę z prefabrykatów do dziś nazywamy Levittowns. To takie wzorcowe podmiejskie osiedle składające się z identycznych domów przeznaczonych dla ludzi z białej, aspirującej klasy średniej. Te osiedla wciąż są silnie posegregowane klasowo i rasowo – podobnie jak Richland, w którym Afroamerykanów praktycznie nie było. Ale uwaga! Była jedna rodzina afroamerykańska, którą pokazywano wszystkim przyjezdnym na dowód, że segregacji nie ma.
Rodzina potiomkinowska, można by rzec.
Owszem, wyeksponowana, żeby przysłonić wyizolowane klasowo i rasowo osiedle. W Związku Sowieckim zresztą też projektowano takie monokulturowe miasta: zamknięte osiedla akademickie albo miasta jak Oziorsk, dla wykwalifikowanych robotników i inżynierów. Otrzymujemy osobliwe, ściśle strzeżone, hojnie subsydiowane, wyselekcjonowane społeczności, które w pewnym sensie stały się wzorem dla masowego budownictwa naszych czasów: weźmy choćby elitarne osiedla podmiejskie o ograniczonym dostępie z zewnątrz (ang. gated communities – red.). To dziwne miejsca, ale ludzie czują do nich pociąg.
Wspominaliśmy już o tym, ale powtórzę: zwykło się obciążać niewydolny sowiecki reżim za fatalną reakcję na katastrofę w Czarnobylu – pani zdaje się sugerować w swoich książkach, że chodzi tu o innego rodzaju fatalną logikę postępowania, niezupełnie zależną od aktualnego systemu politycznego.
Kiedy zachodni naukowcy przybyli do Czarnobyla, jako punkt odniesienia przyjmowali wciąż wysoce arbitralne i politycznie podejrzane amerykańskie badania z Hiroszimy. Dokonywali ocen ekspozycji na radiację, posługując się schematem jednego, krótkiego, silnego wybuchu, w wyniku którego ludzie giną od fali uderzeniowej, poparzeń i jednorazowego przyjęcia dużej dawki promieniowania. Tymczasem czarnobylska specyfika polegała na długotrwałej, nierzadko wieloletniej ekspozycji na niższą radiację. Ta ekspozycja mogła się wzmagać, w miarę jak substancje radioaktywne koncentrowały się w roślinach i zwierzętach na różnych etapach łańcucha pokarmowego. Radioaktywność trafiała w ten sposób do lodówek, na stoły, a finalnie do ludzkich organizmów. Ponadto każdy wypadek jądrowy ma własny, unikatowy wzorzec radioaktywnych izotopów. Nawet każde ciało absorbuje te izotopy na swój unikatowy sposób. A zatem problem z modelami stosowanymi przez medycynę zajmującą się radiacją polega na zbytnim generalizowaniu, upraszczaniu oraz wyciąganiu zbyt dalekich wniosków z danych zebranych w Hiroszimie. Kiedy więc partyjni naukowcy z Moskwy spotkali kolegów z Zachodu, to miód lał im się na serca: można było się z Amerykanami dogadać. Oczywiście, piszę o tym w książce, nie wszyscy gotowi byli pójść na taki wygodny politycznie kompromis, pewne badania rosyjskich, ukraińskich, białoruskich naukowców nadal się rozwijały. Do tego mamy jeszcze ludzi dotkniętych bezpośrednio chorobami wywołanymi najpewniej przez długotrwałą ekspozycję na radiację, np. ludzi chorujących na nowotwory tarczycy, kości, szpiku.
Specjaliści argumentują, że katastrofa w Czarnobylu wydarzyła się w specyficznym momencie historii Związku Sowieckiego – niemal w chwili jego upadku. I że ewidentne załamanie zdrowotne obserwowane w tamtejszej populacji było zależne raczej od dramatycznego spadku poziomu życia oraz związane z idącą za tym spadkiem falą zaburzeń psychosomatycznych, samobójstw, alkoholizmu.
Katastrofa w Czarnobylu wydarzyła się pod sam koniec zimnej wojny. Po upadku Związku Sowieckiego zarządzanie skutkami katastrofy w dużej mierze przejęła społeczność międzynarodowa, zachodni fachowcy zjawili się na Ukrainie i na Białorusi z gotowym pakietem uprzedzeń względem sowieckiej dziczy. Nie widzieli chorujących ludzi, widzieli roszczeniowy, leniwy, rozpuszczony przez dekady komunizmu tłum pchający się po dotacje i świadczenia zdrowotne. Tamtejszych chłopów portretowano jako brudasów i prymitywów o cechach osobliwie kobiecych – zgodnie ze starym stereotypem, że to przede wszystkim kobiety są skłonne do histerii, hipochondrii i nie potrafią myśleć racjonalnie. Do tego piją, palą i jedzą byle co. I że wszyscy boją się panicznie energii jądrowej i dowolne objawy chorobowe przypisują wpływowi promieniowania. To neoliberalne myślenie funkcjonowało jak wytrych, którym można było otworzyć każdy zamek. Jeśli noga ci się powinie – to twoja wina. Jeśli zachorujesz – twoja wina. Jeśli mało zarabiasz – twoja wina. Z powodu zimnowojennych stereotypów i neoliberalnego egoizmu nie dostrzegano, co było bardzo łatwe, problemów zdrowotnych wywołanych radiacją u setek tysięcy osób, a także ignorowano lokalnych naukowców i lekarzy.
Co jednak zrobić teraz, pod koniec drugiej dekady XXI w., gdy zaczynamy mieć realne kłopoty z ociepleniem klimatu. Energetyka jądrowa wydaje się wciąż najlepszym możliwym rozwiązaniem.
Naukowcy twierdzą, że nowe generacje reaktorów są niemal całkowicie bezpieczne. Tyle że oni zawsze tak mówią: w latach 60. słyszeliśmy to samo. I nawet jeśli teraz mają rację, muszą nas przekonać, że nic nam nie grozi. Myślę, że jedyną drogą do tego celu jest uczciwa, transparentna analiza tego, co się z energetyką jądrową działo w przeszłości. Rzetelna rachuba ofiar. A także refleksja nad klasową biopolityką: to biedni ludzie o ograniczonej mobilności dostali największą dawkę promieniowania w Czarnobylu, bo bogatsi wyjechali, kiedy tylko mogli, wyjechali też lekarze. Dodatkowy problem, jaki mamy z energetyką jądrową, jest tego rodzaju, że brak nam czasu. Temperatury biją kolejne rekordy. Musimy szybko wejść w posiadanie źródeł energii alternatywnych względem węgla, nie damy rady czekać na reaktory termojądrowe. Nie mamy nawet tych dwóch dekad, które są potrzebne na zbudowanie elektrowni atomowych zgodnie z nowymi, wyśrubowanymi normami bezpieczeństwa. Krótko mówiąc, powinniśmy zapewnić sobie inne źródła energii odnawialnej, stawiać na odchudzenie własnego zużycia energii, a jednocześnie pracować nad bezpieczną, transparentną energetyką jądrową. To ostatnie rozwiązanie musi zawierać w sobie także kwestię tego, co zrobić z odpadami radioaktywnymi. Cała sprawa ma jeszcze aspekt obywatelski: ludzie nie powinni zostawiać politycznym liderom, administracji, armii, naukowcom i biznesowi całkowitej swobody działania. Musimy się wszyscy uczyć tego, jak działa energetyka jądrowa, żeby móc choć w części kontrolować procesy decyzyjne w tej dziedzinie, a przynajmniej umieć zadawać inteligentne pytania.