Kulturowe wizerunki służących, skupione na męskich portretach, są głęboko niereprezentatywne – od połowy XIX w. służba domowa stawała się w dużej mierze domeną kobiet
Magazyn DGP z 11 stycznia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Wydany przed paroma tygodniami w nowym polskim przekładzie „Saturnin” Zdeňka Jirotki to rzecz ze wszech miar warta przypomnienia – Jirotka, czeski pisarz, felietonista i dziennikarz, publikując tę humorystyczną powieść w mrocznych czasach Protektoratu (a ściślej: w 1942 r.), raczej się nie spodziewał, że zapewni sobie dzięki niej stałe miejsce w historii czeskiej literatury oraz w sercach czytelników. „Saturnin” był nad Wełtawą wznawiany dziesiątki razy, w plebiscytach na najpopularniejszą czeską książkę ostatniego stulecia konkuruje w zasadzie tylko z „Przygodami dobrego wojaka Szwejka”. Książka Jirotki jest przy tym nietypowa, nie operuje bowiem humorem plebejskim, knajpianym, rubasznym (który zwykliśmy stereotypowo identyfikować jako właściwy czeskiej kulturze), lecz żartem subtelnym, absurdalnym, nieco kostycznym, wywodzącym się z tradycji brytyjskiej.
Joanna Kuciel-Frydryszak, „Służące do wszystkiego”, Marginesy 2018 / DGP
Reklama
W wypadku „Saturnina” zresztą nie tylko humor nawiązuje do tej tradycji – główny pomysł fabularny także. Jest to bowiem historia młodego człowieka, który zatrudnia osobistego służącego, tytułowego Saturnina. Młodzieniec – po prawdzie dobiegający trzydziestki – nieśmiały i ogólnie słabo zaradny życiowo, zdaje się w wielu sprawach na charyzmę, pomysłowość i nienaganne maniery Saturnina. Saturnin bywa nieco ekstrawagancki („W ogóle miał poczucie humoru trudne do przyjęcia. Pewnego razu opowiadał mi o dowcipach, które podobno nazywa się kanadyjskimi. Jeśli dobrze go zrozumiałem, pointa owych żartów polega na tym, że pali się jakiś dom albo ktoś jest ciężko ranny”), ale ma pewną zasadniczą zaletę: nie istnieją dla niego rzeczy niemożliwe do wykonania, nawet jeśli obrana przezeń droga do celu jest nieco okrężna i nie całkiem zrozumiała. Dzięki niekonwencjonalnym zabiegom lojalnego i oddanego Saturnina narrator otrzymuje szansę rozwiązania swoich problemów, zarówno sercowych, jak i rodzinnych (rodzina zaś to iście piekielna menażeria).

Reklama
Osadzona w osobliwym bezczasie książka Jirotki ma swój oczywisty pierwowzór: słynny cykl powieściowy brytyjskiego humorysty P.G. Wodehouse’a o młodym arystokracie Bertramie Woosterze i jego służącym Jeevesie.

Służący – superbohater

Wodehouse publikował opowiadania o tej parze już w latach I wojny światowej, pierwsza powieść z serii („Dziękuję, Jeeves!”) ukazała się w 1934 r., ale autor ogólnie był nader płodny – bibliografia jego twórczości wymienia 71 powieści (z czego 11 o Bertiem i Jeevesie), 42 sztuki, 15 sztuk teatralnych i setki opowiadań. „Zdeněk Jirotka musiał znać pisarstwo Wodehouse’a – zauważa Ondřej Bezr w czeskim dzienniku „Dnes”. – W czeskich przekładach książki tamtego zaczęły się pojawiać od połowy lat 20., w kolejnej dekadzie wyszło ich już całkiem sporo. Kiedy Jirotka pracował nad swoim «Saturninem», zdecydowanie miał dokąd sięgać po inspirację”.
DGP
U Wodehouse’a mamy podobny układ: Bernie Wooster to wprawdzie człowiek szlachetnie urodzony, ale jednak nieudacznik. Jeeves z kolei to elokwentny, dystyngowany, wykształcony, świetnie zorientowany fachowiec, obdarzony inteligencją i sprytem superbohatera – nigdy nie działa na pierwszym planie, niemniej ma skuteczność agenta służb specjalnych. Bernie zatem, obracając się w wyższych sferach (sportretowanych z ciepłym sarkazmem) i nieustannie pakując się w kłopoty przez swoją łatwowierność i hipokryzję, zawsze może liczyć na dyskretny patronat swego wpływowego sługi.
Nietrudno zauważyć, że zarówno „Saturnin”, jak i cykl o Jeevesie to późne realizacje starego literackiego wzorca, wedle którego pan i sługa na swój sposób się dopełniają (nawet jeśli są artystyczną ekspresją przeciwieństw). Don Kichot i Sancho Pansa. Robinson Crusoe i Piętaszek. Pan i Kubuś Fatalista. Samuel Pickwick i Sam Weller. Sherlock Holmes i John Watson. W eseju „The Rise and Fall of the Literary Servant” („Narodziny i kres postaci służącego w literaturze”) irlandzka literaturoznawczyni Mary Phelan wskazuje, że sługa – bohater drugiego planu – ewoluuje od roli pomocnika do roli faktycznego sprawcy wydarzeń, zaliczając po drodze parę innych wcieleń. Phelan dodaje, że superbohaterski Jeeves już w latach międzywojennych był odbierany przez literacką publiczność w Wielkiej Brytanii jako uroczy, nostalgiczny anachronizm, wyraz tęsknoty za epoką panów i sług, która na oczach czytelników właśnie zmierzała ku końcowi. Jeśli Jeeves był anachronizmem, to Saturnin był już czystą mieszczańską fantazją – choćby dlatego, że na osobistego lokaja mogli sobie pozwolić jedynie krezusi. Męska służba o tak szczególnej specjalizacji była po prostu niebywale droga, czy to w Anglii, czy na kontynencie.

Symboliczna pantomima

Warto też podkreślić jeszcze jedną specyfikę kulturowych wizerunków służących: skupiając się na męskich portretach, są głęboko niereprezentatywne – od połowy XIX w. służba domowa stawała się w dużej mierze domeną na poły niewolniczego kobiecego znoju. Podobnym fałszem są podszyte kanoniczne przyrównania zbiorowego wysiłku służących do dobrze naoliwionego mechanizmu, w którym liczy się każde kółeczko zębate – podstawowy błąd takich funkcjonalistycznych wyobrażeń (a ulega im nawet Kazuo Ishiguro w skądinąd wybitnych „Okruchach dnia”) polega na założeniu, że główną wartością danej społecznej instytucji jest to, iż sprawnie działa. Przed ponad stuleciem zauważył to już wielki socjolog Thorstein Veblen w swojej „Teorii klasy próżniaczej”, nazywając złośliwie ów taniec sług wokół panów „symboliczną pantomimą”. Pantomimą – bo w milczeniu. Symboliczną – bo mającą potwierdzać społeczną hierarchię prestiżu.
„Służący byli ówczesnym odpowiednikiem urządzeń domowych – pisze Bill Bryson w książce „W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku” (przeł. Tomasz Bieroń, Zysk i S-ka 2013). – Czeladź nie tylko pomagała wygodniej żyć, ale również była wskaźnikiem pozycji społecznej. (...) Karol Marks, który żył w długach i często nie miał pieniędzy na jedzenie, zatrudniał gosposię i sekretarza. W domu było tak ciasno, że sekretarz – nazwiskiem Pieper – musiał spać z Marksem w jednym łóżku. (Mimo to Marks zdołał wygospodarować dostatecznie dużo czasu sam na sam z gosposią, aby ją uwieść i zapłodnić). (...) Dziwny to był świat. Czeladź tworzyła warstwę społeczną żyjącą głównie po to, by członkowie innej warstwy społecznej mieli wszystko pod ręką, kiedy tylko czegoś zapragnęli”.
Tak czy owak, w czasach, gdy P.G. Wodehouse publikował swoje książki o Jeevesie, rzeczywista podaż służących na rynku była już dość skromna i nagle wychodziło na to, że trzeba pewne rzeczy zrobić samemu, bez pomocy. Podobnie bezradni bywamy w drugiej dekadzie XXI w., kiedy wysiądzie sieć elektryczna. Opisywany przez Brysona dziesiąty diuk Marlborough dziwił się w latach 20. zeszłego stulecia, że nie pieni mu się szczoteczka do zębów (zwykle to kamerdyner wyciskał pastę na jego szczoteczkę, czego diuk przez dekady jakoś nie zauważył). Lucy Lethbridge w książce „Servants: A Downstairs View of Twentieth-Century Britain” („Służący. Patrząc z dołu na dwudziestowieczną Wielką Brytanię”) przywołuje anegdotę o brytyjskim wicekrólu Indii, który, będąc pod koniec XIX w. przejazdem w ojczyźnie, nie umiał otworzyć okna od sypialni (zawsze robił to za niego służący) – więc po prostu stłukł szybę. Lethbridge wspomina także o Winstonie Churchillu – jego lokaj skarżył się, że premier za nic nie potrafi się sam ubrać („Tylko siedział jak głupi i weź go ubieraj”).
Nim jednak owa rozbrajająca bezradność – w jakiejś mierze sportretowana także przez Wodehouse’a i Jirotkę – stała się tematem anegdot, była po prostu niezbywalnym elementem rzeczywistego świata i szczególnym atrybutem władzy nad innym człowiekiem.

Zażyłość i eksploatacja

Szczęśliwie mitologia „dawnych, dobrych czasów” – i jej ideologiczna nadbudowa, wedle której ludzie kiedyś byli sprawiedliwie posortowani przez Boga, a nowoczesność wszystko zepsuła – ulegają powolnej erozji, historiografia zaś pochyla się z uwagą nad tymi, których głos lekceważono i pomijano. Obraz, który się z tych badań wyłania, nie jest jednoznacznie czarno-biały; jest złożony, tak jak złożone i paradoksalne były relacje między państwem a służbą.
Znakomity trzyodcinkowy serial dokumentalny BBC „Servants: The True Story of Life Below Stairs” („Służący. Prawdziwa historia życia na kuchennych schodach”) – zrealizowany przez Pamelę Cox z Uniwersytetu Essex – opowiada społeczne dzieje brytyjskiej służby domowej, od czasów wiktoriańskiego rozkwitu wielkich majątków ziemskich, przez epokę burżuazyjnego boomu klasy średniej (i jej pogoni za prestiżem), aż po moment historyczny, w którym służące mogą dyktować warunki i zaczynają masowo odchodzić z zawodu, a w ich miejsce pojawia się technologia oraz państwowa polityka społeczna. Oczywiście brytyjski kontekst jest szczególny: żadne inne europejskie społeczeństwo nie miało – i nie ma – takiej obsesji na punkcie podziałów klasowych; u szczytu ery wiktoriańskiej służący mieli być po prostu niewidzialni – architektura arystokratycznych rezydencji zawierała w sobie skomplikowaną ideę przestrzennego apartheidu, by nie drażnić pańskich oczu natrętną obecnością służby. Ale brytyjskie społeczeństwo to również historia szybkiej modernizacji: aspirujących mieszczan nie było już stać na pałace i armie służących. Mogli sobie często pozwolić tylko na jedną pomoc domową, maid-of-all-work, służącą do wszystkiego, z którą żyli w jednym mieszkaniu o paru pokojach.
I tu pojawia się kontekst polski: bardzo ciekawa monografia „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak (Marginesy 2018), badająca związki między naszymi maids-of-all-work a ich pracodawcami w pierwszej połowie XX stulecia. Książka Kuciel-Frydryszak otwiera się na wiele wymiarów tych związków. Po pierwsze, wpisuje się w historię masowej, desperackiej migracji kobiet ze wsi do miast na przełomie XIX i XX w. Po drugie, przez pryzmat służby domowej przygląda się dziejom emancypacji kobiet z niższych klas i gorących sporów o ich prawa pracownicze. Po trzecie, stara się zrozumieć, na czym polegał społeczny dyskomfort mieszkania pod jednym dachem z obcymi ludźmi, wywodzącymi się z zupełnie innego świata, dla których i za których pracuje się w pocie czoła – a także za marne grosze – od wczesnego ranka do późnego wieczora, praktycznie bez możliwości zerwania kontraktu. Niekiedy rodziły się z tego familijna zażyłość i przywiązanie, niekiedy – krańcowa eksploatacja i gwałt (dość powiedzieć, że młodzi panicze przeważnie rozpoczynali życie płciowe od inicjacji seksualnej ze służącą). Dla młodej, samotnej dziewczyny ze wsi alternatywami względem posady służącej do wszystkiego były powrót do włościańskiej nędzy, przytułek bądź prostytucja.

Kolizja na niewielkiej przestrzeni

Kuciel-Frydryszak prowadzi czytelnika przez zaklęte rewiry: od przywołującego na myśl targ niewolników castingu na służącą, przez jej umundurowanie i symboliczne pozbawienie prawdziwego imienia (np. w Poznaniu służące były Pelasiami, bez względu na to, jak się naprawdę nazywały), po monotonne – a przez to wstrząsające – plany żmudnej pracy wypełniające cały dzień, kwestie kąpieli (czy pozwalać się kąpać służącym raz na rok? A może raz na miesiąc?), kąta do spania (zwykle w kuchni), czasu wolnego. Paradoks zderzenia świata służących ze światem bogacącej się burżuazji polegał na tym, że była to kolizja na bardzo niewielkiej przestrzeni: towarzyszyły jej z jednej strony ścisłe rygory, wynikające z potrzeby utrzymania społecznego dystansu mimo fizycznej bliskości, z drugiej zaś – poczucie inteligenckiej misji edukowania i cywilizowania (z czego kpił choćby Witold Gombrowicz w „Ferdydurke”, rzucając narratora w ramiona parobków). Nie tylko Kościół katolicki utwierdzał zmordowane służące w przekonaniu, że są tam, gdzie być powinny, i robią to, co do nich należy, nie dla siebie, nie dla państwa, lecz dla Jezusa – tego rodzaju poglądy wyznawały także wyzwolone „Młodziakówny” tamtych czasów.
Zastanawiam się nad jakąś literacką puentą. Być może dostarcza jej „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood (przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Wielka Litera 2017), dystopijna, biopolityczna historia o przemocy wobec kobiet (w której, prócz mężczyzn, agresorkami są także inne kobiety, te o wyższym statusie), oparta w dużej mierze na wzorcach służebnej podległości zaczerpniętych z dojrzałej epoki wiktoriańskiej. Jeśli zaś chcemy spojrzeć na sprawę nieco pozytywniej, poszukajmy puenty w „Ostatniej arystokratce” Evžena Bočka (przeł. Mirosław Śmigielski, Stara Szkoła 2015), nawiązującego konwencją do „Saturnina” wielkiego czeskiego bestsellera, w którym szlacheccy dziedzice morawskiego zamku Kostka muszą ciułać grosz do grosza, usługując turystom i użerając się z psychopatycznym bądź zapijaczonym personelem.