KSIĄŻKA | Ironia tej książki – a nie jest to ironia prześmiewcza – kryje się w tym, że ludzie są raczej smutnymi zwierzętami. Radosny seks to rzadkość, podobnie zresztą jak miłosne oddanie. Podglądacz, raz podjąwszy swoje brzemię, nie może albo nie umie się już wycofać. W związku z tym cierpi straszliwe katusze, świadkując z reguły niezmierzonym pasmom nudy, wstrętu, frustracji, upokorzenia i osamotnienia, które stają się udziałem jego gości. Sam popada w związku z tym w depresję, ewentualnie dostaje ataków szału na widok klientów wycierających łapy z majonezu (i nie tylko majonezu) w czyściutkie poszewki i prześcieradła. Satyryk nie wymyśliłby lepszej puenty.
Gay Talese, „Zapiski podglądacza”, przeł. Piotr Kaliński, Czarna Owca 2017 / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Reklama
Ta historia mogłaby być – choć nie jest – fabularną podstawą serialu komediowego w rodzaju nieco bardziej perwersyjnego „Hotelu Zacisze” albo, równie dobrze, thrillera o inwigilacji, obsesji i zbrodni. Oto w 1966 r. niejaki Gerald Foos nabywa przydrożny motel na przedmieściach Denver w amerykańskim stanie Kolorado – jest biznesmenem, chce zrobić interes w branży hotelarskiej. Ale sprawa ma drugie dno: Foos to nałogowy voyeur, nic nie kręci go tak, jak podglądanie aktów seksualnych z udziałem innych, najlepiej obcych, osób. Kupiony przez niego motel został starannie wyselekcjonowany, ma bowiem rodzaj niskiego strychu ciągnącego się nad wszystkimi pokojami. Przez następne 30 lat Foos będzie spędzał sporą część swego życia na tym właśnie strychu, podglądając hotelowych gości przez otwory w suficie, zamaskowane specjalnie zaprojektowanymi kratkami wentylacyjnymi. Zobaczy wiele rzeczy, które pragnął zobaczyć. Zobaczy też sporo takich, których zobaczyć wcale nie chciał.
Rzecz w tym jednak, że Foos to podglądacz z różnych powodów niestereotypowy. Stosunkowo najmniej osobliwe jest to, że wciąga do voyeurystycznego procederu dwie kolejne małżonki – dzięki ich pomocy nigdy nie zostaje przyłapany in flagranti, niekiedy oglądają one gości razem z nim, czasami uprawiają również seks na strychu, naturalnie w drodze inspiracji tym, co widzą przez kratki. Ale Foos nie ma przy tym wszystkim temperamentu libertyna, lecz raczej księgowego; szybko racjonalizuje sobie swoją pasję jako rodzaj katalogowania połączonego z kolekcjonerstwem: przez trzy dekady – od czasów prezydentury Johnsona i początków kontrkulturowej rewolucji po epokę słynnych występów prezydenta Clintona z asystentką i cygarem – prowadzi szczegółowe zapiski na temat motelowych gości i ich zachowań seksualnych. Zapiski te Foos prowadzi po trosze z pozycji kolekcjonera obserwującego liczne okazy, po trosze z pozycji empatycznego moralisty, a w pewnej mierze przyjmując postawę pionierskiego badacza materii dotąd okrytej zasłoną wstydliwego milczenia.
Świadomość, że robi coś, czego być może z taką poznawczą konsekwencją nie robił nikt przed nim – a świat nie ma o tym zielonego pojęcia – popycha w 1980 r. Geralda Foosa do wysłania listu do wybitnego dziennikarza Gaya Talese’a. „Znam pewnego mężczyznę, żonatego i z dwójką dzieci, który wiele lat temu kupił pod Denver motel z dwudziestoma jeden pokojami po to, żeby podglądać swoich gości. (...) Dowiedziałem się o istnieniu tego człowieka, kiedy do mojego domu w Nowym Jorku dostarczono napisany odręcznie, anonimowy list datowany na 7 stycznia 1980 roku” – pisze Talese w „Zapiskach podglądacza”, książce, która przed rokiem miała premierę w Stanach Zjednoczonych, a jest szczególnym podsumowaniem długoletniej, przeważnie korespondencyjnej, znajomości Talese’a z Foosem.
Dlaczego ta historia musiała czekać 36 lat? Po części dlatego, że Talese nigdy nie chciał się zgodzić na to, by zapewnić Foosowi anonimowość. Ale to nie wszystko: chodziło też, jak należy przypuszczać, o odnalezienie języka, a ściślej: tonacji, w której dałoby się opowiedzieć o motelowym podglądaczu, wiedzionym, wedle słów samego Foosa, „wyłącznie niezaspokojoną ciekawością, nie perwersją”. „Zapiski...” świadomie nie skupiają się więc ściśle na materiale zgromadzonym przez hotelarza i z premedytacją unikają jakiejkolwiek sensacyjności. Ironia tej książki – a nie jest to ironia prześmiewcza – kryje się w tym, że ludzie są raczej smutnymi zwierzętami. Radosny seks to rzadkość, podobnie zresztą jak miłosne oddanie. Podglądacz, raz podjąwszy swoje brzemię, nie może albo nie umie się już wycofać. W związku z tym cierpi straszliwe katusze, świadkując z reguły niezmierzonym pasmom nudy, wstrętu, frustracji, upokorzenia i osamotnienia, które stają się udziałem jego gości. Sam popada w związku z tym w depresję, ewentualnie dostaje ataków szału na widok klientów wycierających łapy z majonezu (i nie tylko majonezu) w czyściutkie poszewki i prześcieradła. Satyryk nie wymyśliłby lepszej puenty.