FANTASTYKA I GNOZA | Literatura fantastyczna lubi na różne sposoby rozciągać i psuć rzeczywistość. Robi to z dwóch powodów: po pierwsze, bo śmiertelnie się tego boimy; po drugie, bo ma to dla nas posmak boskości
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Rzeczywistość to jest coś, co nie znika, kiedy przestaje się w to wierzyć” – mówi Koniolub Grubas w „Valisie” Philipa K. Dicka. Trafne spostrzeżenie. Rzeczywistość wymyka się definicjom, od tysięcy lat martwi filozofów i kapłanów, a jednak jej egzystencjalna przejrzystość budzi nasze zaufanie: rzeczywistość to wszystko, co jest. Jeśli ktoś zaczyna podejrzewać, że coś niedobrego dzieje się z rzeczywistością, zwykle – i zazwyczaj niebezpodstawnie – kieruje się go do psychiatry.
Rzeczywistość jest także cenną wartością: oswojoną entropią – przedmioty się niszczą, ludzie starzeją i umierają, góry ścierają się na proch, ale wszystko to rozpisano na unikalne sekwencje, tempa i interwały; strumień czasu zmierza w jednym tylko kierunku, nie meandruje, nie zawraca, nie miesza się z innymi. To ważne: nasze umysły wyewoluowały w takim świecie, więc jesteśmy wyczuleni na wszelkie odstępstwa od normy, zakłócenia, błędy. Nosimy w sobie swego rodzaju detektory chaosu. W codziennym życiu raczej się nie przydają – chociaż, z drugiej strony, spróbujcie przypomnieć sobie sytuacje, w których wasz mózg zamigotał synapsami i wyprodukował ad hoc dziesiątki spiskowych teorii z całkowicie żenujących powodów; mnie zdarzyło się niegdyś zgubić samochód na parkingu w centrum handlowym (pomyliłem niemal identycznie wyglądające piętra).
Rzeczywistość tu i ówdzie przetarta
To, co w życiu przydaje się rzadko, często sprawdza się w kulturze popularnej – w tym wypadku w fantastyce. Fantastyka chętnie fabularyzuje i ekstrapoluje fobie swoich odbiorców, w jakiejś mierze jest to w ogóle sztuka żywiąca się lękiem. Może dlatego rozmaite mniejsze lub większe awarie rzeczywistości stanowią jeden z jej ulubionych tematów. Ten moment, w którym z lustra patrzy nam głęboko w oczy ktoś całkiem do nas niepodobny; gdy za drzwiami do klozetu znajdujemy schody prowadzące do wnętrza Ziemi; gdy nagle spływa na nas olśnienie, że od samego początku wszystkich nas oszukiwano; gdy zaczynamy podejrzewać, że rzeczywistość jest tu ówdzie przetarta i że coś jakby zza niej prześwituje – to są punkty startowe, z których fantastyka lubi ruszyć przed siebie. Bo budzą nasz strach.
Oprócz strachu pojawiają się też pytania. Są to pytania, które sztuka, nawet popularna, może zadawać bez obawy, że jej twórcę ubezwłasnowolnią i odwiozą w kaftanie do wariatkowa. A zatem: Kto lub co jest gwarantem stabilnego trwania rzeczywistości? Kto lub co ją wytwarza i legitymizuje? Po co to robi? Czy rzeczywistość może mieć cel? Czy można w trakcie albo ex post korygować jej bieg? Czy są jakieś inne rzeczywistości? A jeśli tak – to czy są lepsze, czy, dajmy na to, gorsze niż nasza?
Te pytania – i stosowne odpowiedzi – to naturalnie elementy wielkich metafor; metafor, które wydają się nam przejmujące i istotne. Ostatecznie trudno odkryć (lub podważyć) coś ważniejszego niźli główną zasadę organizującą rzeczywistość.
Akurat położenie, w jakim znalazł się w „Valisie” Koniolub Grubas, jest dość specyficzne: Grubas oczekuje, że świat rozpadnie się na jego oczach, a ściślej, że zostanie najechany i zniszczony przez prawdę, czyli prawdziwego Boga. Ponieważ, jak sądzi Grubas, napełniwszy sobie głowę pismami gnostyków, rzeczywistość to iluzja podtrzymywana przez Stwórcę uzurpatora, kalekiego Demiurga. Teodycea Grubasa jest następująca: skoro to zły Demiurg, nie zaś Bóg, podtrzymuje tę wynaturzoną symulację świata, nic dziwnego, że rządzą tu śmierć, niesprawiedliwość i szaleństwo. Od czasu do czasu Bóg – kimkolwiek jest: duchem, miłością, maszyną, kosmitą, abstrakcją – przebija się przez wrogą zasłonę i podejmuje próbę naprawy. Dwa tysiące lat temu zjawił się jako Jezus Chrystus, teraz znów żyjemy w ostatnich dniach przed jego ponownym przyjściem, ale „Imperium nigdy się nie rozpadło”, bo upływ czasu także jest iluzoryczny. Grubas doznał porażenia skupionym różowym światłem, skoncentrowaną informacją, przejrzał – i teraz ma nadzieję być świadkiem apokalipsy.
Najciekawsze w tym całym zamieszaniu jest to, że „Valis” to praktycznie powieść obyczajowa, rzecz o paru kalifornijskich rozbitkach po Erze Wodnika i hippisowskich latach 60. Coś takiego mógł napisać tylko Philip K. Dick.
W światowej fantastyce Dick nie znajduje w zasadzie żadnego porównania w swoim osobliwym mistycyzmie zaszytym w tandetną, komiksową materię groszowej SF. Motywem przenikającym jego twórczość jest fundamentalny, obsesyjny brak zaufania do rzeczywistości: w „Ubiku” to lęk przed entropią i rozpadem, w „Trzech stygmatach Palmera Eldritcha” chemiczne miraże sztucznych rajów, w „Przez ciemne zwierciadło” niemożność wyplątania się z narkotycznego labiryntu wcieleń, w „Człowieku z Wysokiego Zamku” poczucie bezradności wobec immanentnego – ale w jakimś sensie przesiąkniętego fałszem – zła, w tym wypadku reprezentowanego przez Nazistów, którzy wygrali wojnę światową i okupują połowę Stanów Zjednoczonych. Dopiero napisana pod sam koniec życia (Dick zmarł w 1982 r. w wieku 53 lat) trylogia „Valis” – w jej skład wchodzą jeszcze „Boża inwazja” i „Transmigracja Timothy’ego Archera” – przyniosła autorowi rodzaj poznawczej ulgi: tym, co lśni w oddali, za horyzontem ziemskiego piekła, jest najprawdopodobniej Bóg.
Mózg w naczyniu
Mówiąc o rzeczywistości jako formie zniewolenia, trudno oczywiście nie wspomnieć o „Matrixie” rodzeństwa Wachowskich (ta historia zaciąga spory dług u Dicka i także ma mocny gnostycki posmak, będąc zarazem ekspresją lęku przed nadciągającą Osobliwością, czyli momentem, gdy sztuczna inteligencja okaże się potężniejsza od ludzkiej), ostatecznie to tego rodzaju wielkie widowiska kształtują masową wyobraźnię. Najbardziej szokujące w „Matrixie” było zresztą nie to, że świat jest wytwarzaną cyfrowo zbiorową halucynacją, lecz to, że ludzkie ciała leżą milionami – lecz każdy oddzielnie – bez przytomności i ruchu w kiślowatej mazi, z mózgami podłączonymi kablem do sieci. Ten obraz odwołuje się do atawistycznego lęku przed solipsystycznym poczuciem odcięcia od rzeczywistości i innych ludzi; jeśli tylko ja jestem myślącym podmiotem, a wszystko poza mną to jedynie wytwór mojej świadomości, to może być też przecież odwrotnie: wszystko, łącznie ze mną, jest iluzją, którą ktoś na bieżąco stwarza, ktoś, kogo moje poznanie nie potrafi wyodrębnić z tła, a kto może mieć, na przykład, taki kaprys, że wyciągnie akurat moją wtyczkę z gniazdka.
W filozofii taka przykra sytuacja bywa podstawą eksperymentu myślowego zwanego mózgiem w naczyniu – mózg, odcięty od zmysłów, acz regularnie dokarmiany, w pełnej izolacji pływa sobie oto w akwarium, gdzie drażniony jest przez komputer określonymi zespołami bodźców elektrycznych. Czy będzie przetwarzał informacje inaczej niż wówczas, gdy spoczywał jeszcze w czyjejś głowie? Czy można w ten sposób wytworzyć złudzenie doskonałe? A może da się tak hodować całe społeczeństwa?
Ten motyw odsyła nas z kolei do zagadnienia hierarchii bytu odciskającej swoje piętno na rzeczywistości. W opowiadaniu „Doktor Corcoran” Stanisława Lema tytułowy szalony naukowiec noszący „ogromne szkła i siwy wąs, z jednej strony krótszy, jakby nadgryziony”, mizantrop, który „wierzył tylko we własne istnienie, wszystkich innych miał za fantomy, senne widziadła”, hoduje ludzi w skrzyniach. To znaczy, nie tyle ludzi, ile elektroniczne symulacje ludzkich świadomości, zatrzaśnięte w pudłach razem z całym swoim światem. „Tej – wskazał na pierwszą z brzegu [skrzynię] – wydaje się, że jest siedemnastoletnią dziewczyną, zielonooką, o rudych włosach, o ciele godnym Wenery. (...) Ta tutaj druga, to to pewien uczony. Jest już bliski ogólnej teorii grawitacji, obowiązującej w jego świecie – w tym świecie, którego granicą są żelazne ściany bębna”. Corcoran to demiurg histeryczny, nieszczęśliwy, niedoceniony, być może znacznie słabszy od istot, które stworzył, a którym nigdy nie będzie dane go poznać, ponieważ jest względem nich istotą wyższego rzędu. Czy ten piętrowy układ nie jest przypadkiem samopowtarzalny w nieskończoność? Inaczej zadając to samo pytanie: Czy wiesz, kto stuka w wieko twojej skrzyni?
Warstwowej hierarchii bytu poświęcił wiele miejsca inny polski pisarz SF, nieco dziś – niesłusznie – zapomniany Adam Wiśniewski-Snerg (1937–1995). Stworzona przez niego teoria nadistot (znalazła literackie zastosowanie przede wszystkim w powieściach „Robot”, „Nagi cel” i „Według łotra”) to, mówiąc lapidarnie, porcja absolutu wypranego z metafizyki. Na drabince życia wedle Snerga obowiązują proste zasady: istota podrzędna postrzega wyłącznie inne istoty z poziomu swojego i niższych, istot wyższych – kimkolwiek lub czymkolwiek są – dojrzeć i pojąć nie jest w stanie, choć mogą się okazać jej stwórcami, właścicielami, gwałcicielami, mordercami, kolonizatorami jej terytorium. Niewykluczone, że bogowie żyją wśród nas, zdaje się twierdzić Wiśniewski-Snerg, zresztą jest to wiedza bez znaczenia, bo i tak nie potrafimy odróżnić północnego wiatru od podstawionej pod nos rury boskiego odkurzacza.
Naukowcy i biurokraci
Trzeba tu jednak zauważyć, że demaskacja siły podskórnie organizującej rzeczywistość nie musi mieć koniecznie charakteru absolutystycznego; ludzie boją się tego, co obecnie uważają za główną siłę napędową swoich światów, choćby nauki albo biurokracji. Widać to klarownie w dwóch świeżo wydanych powieściach fantastycznych, „Mrocznej materii” Blake’a Croucha (przeł. Paweł Wieczorek, wyd. Zysk i S-ka) i „Fałszerzach” Antoine’a Bello (przeł. Elżbieta Janota, wyd. Sonia Draga). W „Mrocznej materii” pewien fizyk zostaje przemyślnie okradziony ze swojego życia (a przy okazji także z żony i syna), lądując nagle w alternatywnej wersji rzeczywistości, w której zmuszony jest zająć miejsce... samego siebie, ale już bez rodziny, za to z fenomenalnym dorobkiem naukowym. Crouch sprytnie rozgrywa paradoksy fizyki kwantowej i przypomina o koncepcji multiversum, czyli nieskończonego zbioru równoległych wszechświatów; w wielu z nich nie chcielibyście się znaleźć.
W „Fałszerzach”, których chętnie nazwałbym biurokratyczną idyllą, młody Islandczyk przystępuje jako początkujący agent do tajnej globalnej organizacji – jej celem jest korygowanie rzeczywistości, głównie poprzez fałszowanie rozmaitych przeszłych zdarzeń. Pracownicy KFR (Konsorcjum Fałszowania Rzeczywistości) fabrykują nieistniejące biografie, gatunki i plemiona, prostują niektóre życiorysy, inne z lekka wykrzywiając, z równą łatwością poruszają się w obszarach historii społecznej i naturalnej. Wybicie przeszłości z rytmu ma skutki w teraźniejszości: umożliwia choćby prowadzenie polityki z powoływaniem się na te artefakty, które wszyscy zaczęli już uważać za prawdę. Konsorcjum jest wszelako tak hierarchicznie rozciągnięte, że doły nie wiedzą, jakie cele ma góra – czy jej cel to naprawa świata? A może władza nad nim? Zabawne, jak szybko niekiedy fantastyka staje się anachroniczna: Bello wydał swoich „Fałszerzy” przed dekadą. Dziś, w epoce agresywnej postprawdy, by osiągnąć podobne efekty jak gigantyczna organizacja KFR, wystarczy paru polityków łżących jak z nut i gromada agresywnych internetowych trolli. Kogo obchodzą fakty?